Nie chcę ciągle czekać, chcę to przeżyć szybko

 

Życie to proces – mówi mi to moje ciało. Nawet jeśli chciałbym szybciej, więcej lub według moich pragnień, może to coś dać, a może wręcz przeciwnie.

Może chcesz w jednej chwili być doskonały: chcesz być maratończykiem, mistrzem modlitwy lub medytacji, chcesz być od razu wokalistą lub utalentowanym malarzem. A przedtem musisz przecież łapać zadyszkę w strugach deszczu (bo wtedy, choć przemoczony, to jednak masz pewność, że nie patrzą na ciebie ludzie na ulicy). A przedtem musisz walczyć z rozproszeniami i natłokiem myśli. A przed tym, jak będziesz zachwycać śpiewem, musisz swoje przejść. Nim wyrzeźbisz mięśnie, musisz przestrzegać diety, stopniowo zwiększać poprzeczkę ćwiczeń. Lubię patrzeć na biegaczy, każdy z nich ma swój cel. To jest miłość, i jak każda miłość: ożywia ale i zabija, dodaje sił i pewności siebie, ale też wprowadza organizm w pewien rodzaj szoku (widzę to zawsze do drugiego kilometra a czasem też dzień po, gdy odczuwam, o której partii mięśni mogłem zapomnieć przy rozgrzewce).

Małymi krokami, z dnia na dzień, konsekwentnie możesz zostać tym, kim chcesz. Jeśli w to wierzysz, jeśli dasz się porwać małym, drobnym kroczkom. Jeśli odpowiednio zadbasz o dietę, swoje wypocisz i wyciśniesz, to uda ci się zbudować mięśnie. Jeśli popracujesz nad głosem, jeśli będziesz uczyć się rysunku. Jeśli…

Jeśli nie ma przeciwwskazań zdrowotnych, to osiągniesz formę. Jeśli masz talent i umiejętności, to spełnisz się artystycznie. No właśnie: jeśli. Bo jeśli tak, to jest to proces, który wymaga pokory i cierpliwości.

A co z tymi, którzy może i by chcieli, może i by byli cierpliwi i mają dostatecznie pokory, ale nigdy nie spełnią swoich marzeń, planów i oczekiwań, bo najzwyczajniej świecie obiektywnie, wręcz biologicznie to niemożliwe? Nie oszukujmy się: nie każdy z nas rodzi się wysoki, by zostać modelką, nie każdy jest zdrowy. Tylko że wtedy możesz obwiniać świat, geny, bliskich, otoczenie o swoją porażkę. Albo to zaakceptować i robić to, co akurat robić możesz. Bo czas, który poświęcałbyś na bycie ,,kimś” (i dzięki temu prawdopodobnie czyniłbyś mnóstwo dobra, i nie jest to wcale złe), możesz poświęcić na bycie ,,dla kogoś” (co może być dobre, pod warunkiem, że nie wejdzie tu przy okazji pycha; choć dobro jest dobrem, niezależnie od stanu wewnętrznego czyniącego je).

I wiesz co? I nawet jeśli krok po kroku, cierpliwie robisz swoje. Nawet jeśli kłócisz się z tym wszystkim i obwiniasz świat. Albo gdy godzisz się ze swoim losem i w miejsce pustki czynisz ,,coś”, czas i życie płynie tak samo, we wszystkich tych przypadkach okazuje się, że przecież życie to proces.

Gdy to piszę, płonie świeczka, i będzie to czyniła niezależnie od tego, czy teraz wyjdę pobiegać, czy pójdę coś zjeść albo nagle zasnę. Jeśli jej nie zgaszę, zgaśnie sama, gdy płomień przetrawi cały wosk. Gdy to piszę, za oknem ludzie żyją w swych domach, mówią mi to światła emitowane z ich domów. Za chwilę może zaświeci się więcej okien. Właśnie w jednym domu ktoś zgasił światło, a trzy okna niżej ktoś zaświecił. Gdy to piszę, rosną moje włosy, organizm zużywa dostarczoną mu w ciągu dnia energię, zachodzą reakcje chemiczne i hormonalne, przez głowę przepływają mi myśli o jutrze, o wczoraj i jeszcze kilka o ,,teraz”.

Życie to proces, powie ktoś, kto zasadził ziarno i oczekuje zbiorów. Życie to proces, gdy dowiadujesz się, że zostaniesz matką lub ojcem. Życie to proces – uświadamiasz sobie, gdy bolą stawy i okazuje się, że warkoczyk, za który jeszcze przed chwilą ciągnęli cię koledzy, poszarzał.

Jeśli pomyślisz o tym, że musisz przybrać na wadze lub schudnąć, najpierw obmyślasz strategię, a potem siadasz przed talerzem i patrzysz może na coś, na co wcale nie masz ochoty, ale co w konsekwencji jest pierwszym krokiem z tysiąca do twojego celu.

Jeśli przygotowujesz się od podstaw do maratonu, musisz najpierw wstać rano z bólem w plecach, w kilku miejscach brzucha i w kolanach (i pewnie ktoś parający się tym profesjonalnie zanegowałby te słowa mówiąc, że tak nie jest. Bo może można tego uniknąć).

Jeśli wstajesz rano i sobie myślisz, że świat to marność, że podążasz za ślepymi pragnieniami, za konsumpcjonizmem, że czujesz się pusty a mógłbyś zrobić tyle dobra, to nagle chciałbyś przenosić góry i zmieniać świat, a tymczasem życie podpowiada ci, że musisz się ogarnąć, zjeść i pójść do pracy, czyli poddać się rutynie. Chcesz być w ciągu 15 minut świętym, a musisz być tylko człowiekiem.

I wtedy się zniechęcamy. Albo wkurzamy.

Skoro nie mogę od razu być siłaczem, to zjem na kolację coś wysokokalorycznego. Mam jeszcze tyle życia, formę zrobię kiedyś indziej.

Skoro nie przebiegnę za dwa tygodnie maratonu, to posiedzę przed telewizorem. Jestem tylko człowiekiem, odkładałem to przez tygodnie, a już pół roku temu miałem zacząć treningi (wtedy bym na bank przebiegł maraton. A kij, mam jeszcze szansę za rok).

Chcę zrzucić kilka kilogramów, a tu oprócz diety i aktywności fizycznej, trzeba jeszcze wysypiać się. Tylko że w nocy jest na platformę wrzucany ten fajny serial, to może zarwę nockę i obejrzę cały sezon. Jeszcze będzie czas na zrzucanie kilogramów i spanie.

Skoro nie mogę być od razu wzorem, autorytetem, mega dobrym człowiekiem tak bardzo, że aż normalnie świętym, choć czuję takie natchnienie, to po co się starać? Jeszcze dziś sobie odpuszczę i wrócę do niszczenia innym życia albo opryskliwości.

Bardzo często się zniechęcamy, poddajemy, albo denerwuje nas oczekiwanie i bycie cierpliwym. Czasem zadowalają nas pierwsze efekty. Jeśli zrzucisz kilogramy to urządzasz przyjęcie i w jednej chwili tracisz to, co zyskałeś. Udała ci się redukcja, ale zapominasz o stabilizacji (i wtedy to, co ,,zgubiłeś”, ponownie nabywasz, a czasem z nadwyżką). Przebiegłeś maraton, to możesz teraz porzucić regularne treningi. A potem okazuje się, że forma spadła i musiałbyś zaczynać od nowa.

Może patrzysz, stojąc po uszy w tym brudzie, syfie i błocie, na swoje życie takie, jakim ono było jeszcze rok temu. Może nawet płaczesz. Bo wtedy wydawało ci się, że jesteś na dobrej drodze, że zmieniłeś i przewartościowałeś swoje życie, już miało być dobrze. I nagle jesteś tu, gdzie jesteś. Brudny, nagi, ogołocony z dobra, czujesz się jak śmieć, a jeszcze rok temu myślałeś, że pokonałeś nałogi, przeciwności. Modlisz się, żeby umrzeć, a w zeszłym roku cieszyłeś się z każdej sekundy życia, zakochany w świecie i w drugim człowieku po uszy.

Życie to proces.

W życiu nic nie jest dane raz na zawsze, dożywotnio, bez wysiłku. To nie jest dom, który zbudujesz raz i on stoi. Bo wiesz co, bo nawet dom nie jest wieczny, wystarczy trzęsienie ziemi lub tornado, nawet potężne góry drąży kropla wody lub niszczy delikatny, a regularny wiatr.

Życie to proces.

Nic w tym życiu nie jest dane raz na zawsze.

 

tekst pojawia się także na moim drugim blogu

 

zdjęcie pochodzi z www.pexels.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.