Modlitwa o nieodnalezienie drogi życiowej

Cisza to jedyna pora nocy, gdy sny nie stają się samotne. To przed pójściem spać rozbrzmiewa modlitwa o nieodnalezienie drogi życiowej. Dawny ja powiedziałby, że to nieprawda, ten przyszły będzie prorokiem braku nadziei. Pozostaje to obecne JA, które jest na rozdrożu. Ta zmiana dotyczy wielu z nas.

Patrzę na tytuły płyt i książek, żadnej nie znam, po żadną nie sięgałem (poza jednym wyjątkiem): Jonathan Franzen – ,,Koniec końca świata”, Wojciech Bonowicz – ,,Dziennik końca świata”, Kartky – ,,Dom na skraju niczego”, Sarius – ,,Pierwszy dzień po końcu świata”.

Świat staje się coraz bardziej rozmyty, barwy rozmywa deszcz. W kulturze popularnej: tabletki popite alkoholem, niewyraźne słowa i płacz, który ktoś zamienia w manifest młodego pokolenia, wybełkotany przez rapera z dobrego domu i z bogatej rodziny, utwór-krzyk człowieka zranionego przez konsumpcjonizm, nadmiar bodźców i dóbr, bezsens egzystencji.

Jest czas rodzenia i czas umierania. Pomiędzy jest czas nieistnienia.

Wszędzie bezsens, wszędzie koniec świata. Nie mamy o co walczyć, taka jest prawda. Nie mamy przeciw czemu się zbuntować, nie mamy sprawy, w której możemy się zjednoczyć. Nie łączy nas nic, dzieli wszystko. Mamy nadmiar treści, nasza kultura dzieli się na setki pod-kultur, subkategorii, spośród których każdy wybiera tę najbliższą sobie.

To nie kolejna krytyka kultury popularnej.

Łączy nas jednak coś. Łączy nas ten pęd ku Niczemu. To jest pęd ku granicy świata, za którą panuje ciemność, w pustkę, w którą wpadają wszystkie ziemskie wody lądowe i te głębinowe. W tej ciemności jest szansa i nadzieja, jest też nieznane i może dlatego ludzie czują, że tam to już tylko potępienie i piekło.

Nihilizm i autodestrukcja.

Nasze życie i wspomnienia, nasz czas odtwarzam z historii przeglądarki internetowej.

Czujemy, ze coś się dzieje. Płoną lasy, topnieją lodowce, a naukowcy mówią, że zostało nam już niewiele lat. Jaki jest sens żyć? Jaki jest sens kochać się, śmiać, budować, płodzić, przecierać nowe szlaki, rodzić dzieci, myśleć o jutrze, którego może nie być? To kolejny wiek i kolejna epoka, w której dochodzi do głosu dekadencja. Nie patrzymy na masową destrukcję i zniszczenie człowieka w imię ideologii, nie w tej części świata przynajmniej. Przejedzeni i wymiotujący nadmiarem, patrzymy na tysiące małych zniszczeń i samozagłady mini światów innych ludzi i istnień.

Dlatego chętnie mówimy o końcu świata, o zagładzie. Szukamy tego końca, chcemy by w ten świat coś walnęło i żeby czas stanął w miejscu, a potem by wszystko zaczęło się na nowo, ale bez nas. Albo żeby już ten świat padł, zgasł, został trupem, a życie niech się rodzi gdzieś tam we Wszechświecie, ale już bez nas.

Myśl o tym, że jesteśmy materią, z której zbudowany jest cały Wszechświat, przeraża nas. Mówi do nas, otulonych w bezsens, smutną dla nas prawdę o tym, że wszyscy w pewien sposób jesteśmy jednością.

Nie mamy powodów, by popadać w bezsens i nicość. Przygniata nas jednak samotność, która jest losem człowieka. To pustka duchowa, psychiczna, emocjonalna. To właśnie nasz koniec świata.

Młodość jest końcem świata. To co po niej nastąpi, to już post apokalipsa. To nie jest pogląd odosobniony. To pokolenie jest inne, niż to przed nim. To coraz rzadziej potrafi się cieszyć. Ciągle szuka i chce coraz więcej, by zagłuszyć myśli.

Wyrobiłem tygodniową normę godzin. Wstać, wrócić do domu, zjeść, przygotować się do spania. Zapętlaj, zapętlaj, zapętlaj. Powtórz. W międzyczasie zajmij czymś myśli, oglądaj, oglądaj, oglądaj, przewijaj. Koniec jednego serialu, początek drugiego. Jedna książka, druga książka, trzecia książka. Pierwsza seria, przysiad, odżywka białkowa. Druga seria, martwy ciąg, odżywka białkowa. Pierwszy kilometr, czterdziesty drugi, rolowanie, maść chłodząca i ta rozgrzewająca, izotonik, endorfiny, elektrolity.

Wyrobiłem tygodniową normę godzin. Budzę się w środku nocy, pęka mi głowa, podnosi się ciśnienie. Organizm nie daje sobie rady z trybem życia. Kręcę się i wiercę na łóżku, nie mogę sobie pozwolić na brak efektywności. Próbuję zasnąć. Wybija godzina złych duchów, już jest 3:00. Dopiero wtedy zasypiam.

Pamiętam, że jarałem się historią Wertera. Po latach wiem, że to jego rywal miał rację. W życiu trzeba się ogarnąć, a nie bujać w obłokach. Przychodzi dzień, gdy w sercu kończy się burza. Potem człowiek wie, że przeżywać może swoje bunty maksymalnie do 24:00, potem spać i do pracy. Dojrzewamy. To nie jest poddanie się systemowi. Koniec dnia i świat się kończy, ale potem grzecznie siusiu i spać, bo trzeba rano wstać. Nihilizm też ma swoje granice: te kilka godzin wolnego pomiędzy jedną czynnością a drugą. Dobrze z tego pędu się wyrywać, być marzycielem, bo oni zmieniają świat. Ale to nie mazgaje tylko siłacze zmieniają tę rzeczywistość. Mazgajeniem i Weltschmerzami nic nie zdziałamy, to demony nas niszczące.

Mamy za dużo opcji i możliwości, towarzyszy nam przy tym bezsilność, chęć by mieć wszystko. W konsekwencji jest to ucieczka z „za dużo” w ascezę. Cierpimy na brak Środka. Albo chcemy za dużo, albo pozbywamy się wszystkiego. A gdzie w tym jest Pomiędzy?

Zaczynamy poszukiwać na własną rękę. Na horyzoncie pojawia się np. totalna biologia, czyli próba ogłoszenia miastu i światu, że znamy odpowiedzi na wszystko.

Ktoś mówi, że jest jeszcze terapia TRE.

Jest jeszcze Ewagriusz z Pontu.

Albo samotna noc przy otwartym oknie, kubek z gorącą herbatą i słuchawki na uszach z rockiem i metalem. W pewnym momencie algorytmy podsuwają ci balladę rockową, zaczynasz płakać, a kubek, który zbliżasz do ust przypomina ci, że herbata ostygła. Uświadamiasz sobie, w jak wielkim syfie siedzisz. I to też jest dekadencja, pustka, koniec świata, pewna wizja, którą nosisz w sobie i w nią chcesz wierzyć.

Pośród tej nocy jakiś głos wewnątrz mówi, że wiele dla siebie robisz. Pojawia się jakieś światło, jakaś nadzieja. Schowany za chmurami mosiężny księżyc daje blask, lekki wiatr wpada przez otwarte okno czekające na choćby jeden ciepły szum upływającego lata. Czuć obecność kogoś – człowieka.

Pośród tej nocy jakiś głos wewnątrz mówi, że wiele dla siebie robisz. Gdy nie wejdziesz w bagno, będziesz czysty, będziesz żył. Gdy wybaczysz, przede wszystkim pomagasz sobie. Gdy nie krzywdzisz, lepiej się czujesz. Zrzucasz ciężar z siebie, nie chodzi o to, czy spotka cię kara, czy też czy zło wróci. Po prostu nie wchodząc w dziwne sytuacje nie ponosisz ich konsekwencji: nie tyle nawet prawnych, ale fizycznych lub wewnętrznych, bo wszystko odciska na nas piętno. Czym się karmisz, tym jesteś. Co do siebie dopuszczasz, to wypuszcza owoce. To nie kara ale konsekwencja. Robiąc zło, krzywdzisz siebie. Ten świat jest mocno zużyty, na nim już jest zło, brud, taki po prostu jest świat po grzechu pierworodnym. Bóg zawarł z tym światem kilka ważnych przymierzy. Nie patrzysz na to. Pewnego dnia zorientujesz się, że twój gniew i chęć zemsty tylko mogą tego zła dołożyć, nie pokonają go. Ale to pewnego dnia… jest jeszcze Dziś.

Coś w tobie pęka. To jest dziwny przebłysk nadziei. Wiesz, że chcesz się zmienić. Obawiasz się, że za jakiś czas znowu powrócisz do tej bezsilności, do tego nihilizmu, ale teraz masz ochotę na radość. Życie to łażenie od ciemności do światła, od pełni do pustki, to takie łażenie i odbijanie się raz od jednego, raz od drugiego.

Cisza to jedyna pora nocy, gdy sny nie stają się samotne.

Może masz wrażenie, ze niszczysz wszystko.

Dawny ja powiedziałby, że tak nie jest.

Przyszły ja może kiedyś powie, że to prawda, że tak jest zawsze, że to konsekwencja bycia człowiekiem.

Ja obecny wie, że tak jest tylko czasem, że często taka myśl to tylko zły podszept, pójście z falą kłamstwa, którą wmawia świat, że to jest zwątpienie, że to konsekwencje braku głębszej refleksji. Czasem wszystko niszczę, częściej jednak buduję, gdy zaczynam próbować, gdy podejmuję ryzyko. I to też konsekwencja bycia człowiekiem.

Życie to takie łażenie od radości ku smutkowi, i z powrotem.

Zamartwiałeś się, teraz podskórnie czujesz pewne oczyszczenie.

Za chwilę może znowu upadniesz, potem wstaniesz.

Ku niebu zaniesiesz modlitwę o nieodnalezienie drogi życiowej.

Potem okaże się, że pojawił się ktoś i to on jest sensem twojego życia.

Później zaczniesz topić smutki.

Później jeszcze…

…a potem…

I nie wiesz, kiedy koło się zatrzyma, i na którym z dwóch pól wydasz ostatnie tchnienie: czy będzie to chwila szczęścia, czy cierpienia. Pewne jest tylko to, że to będzie prawdziwy koniec twojego świata, zanim to nastąpi, jeszcze miliony razy obumrzesz, ale także się narodzisz. Takie właśnie jest chyba życie.

 

zdjęcie pochodzi z: www.pexels.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.