Czy katolik może?

Kilka lat temu zadawałem sobie postawione w tytule pytanie często. Nie był to w moim życiu poziom ,,początkujący” ale może już ,,średnio zaawansowany”

Może, a może to było nadal katolickie, używając terminologii z nauki języków obcych, A1. Czytałem wtedy książki omawiające naukę Kościoła katolickiego, czytałem Stary i Nowy Testament, dla kilku wydawnictw chrześcijańskich recenzowałem książki. Chciąc, nie chcąc, na coś religijnego natrafiałem. A mimo to zadawałem sobie pytania o to, czy katolik może: czytać fantasy, słuchać metalu, a co z rockiem? O mocniejszej muzyce hardcore wtedy jeszcze nie słyszałem. No dobra, masz fantasy, takiego Tolkiena i C.S. Lewisa. Baśnie pisał przecież autorytet religijny George MacDonald. Thrillery inny pobożny pisarz – Charles Williams. Zanim w telewizji pojawił się pierwszy odcinek detektywa w sutannie – ojca Mateusza, Chesterton pisał takie kryminały i thrillery (to on wymyślił detektywa-księdza), że głowa boli, tak dobre. To więc gatunki ,,poświęcone” już. A co z Potterem? A co z Wiedźminem?

No bo przecież egzorcyści. A jeśli ten diabeł to tak serio?

Podobają mi się dwie rzeczy, które napisał C.S. Lewis w Listach starego diabła do młodego (a, i jeszcze uwaga: czy katolik może czytać książkę pod takim tytułem? Może to jednak prowokowanie złego?). Pierwsza to taka, że diabeł boi się wyśmiania. Może to dlatego działa tak arcypoważnie, wymusza to, żeby traktować go jak najbardziej na serio, wszędzie widzieć, na każdym kroku bać, o wszystko zło podejrzewać. Żeby we własnych oczach hiperbolizować jego działanie. On nie lubi, gdy nazywasz go, przepraszam za słowa, ale frajerem, psem i ofiarą. Pokonał go Bóg, przecież to On-Pan jest najmocniejszy, każe się nie bać. A często kulimy się i lękamy jak bezpańskie psy. W tej chwili, gdy On stał się jednym z nas, gdy umarł i powstał (a my żyjemy w ciągłej Niedzieli Wielkanocnej), nic nam nie grozi. Nawet jeśli zniszczą nasze ciało, nie zniszczą ducha (jak u Hemingeway’a: ,,człowieka można zniszczyć, ale nie można go pokonać” czy jakoś tak).

A druga rzecz od Lewisa to taka, że piekło to takie policyjne państwo, sformalizowane. Dla Lewisa, gdy pisał te słowa w latach 40., czyli gdy był świadkiem upadku i zniszczenia człowieka w Europie, zło i piekło zaczynało się od myśli, idei, rozkazu wydanego przez kogoś eleganckiego w białej koszuli, pod krawatem. Komora gazowa i obóz koncentracyjny to było następstwo tego zła, apogeum tego zła i cierpienia. Jądrem ciemności było to, co poprzedzało.

Diabeł by chciał, żeby to tak działało: oglądasz film, czytasz książkę i już jesteś opętany. To działa chyba inaczej: najpierw jest odejście od Boga, zbuntowanie się przeciw Niemu, odrzucenie Go, pycha, zamknięcie drogi łasce, zrobienie miejsca w swoim sercu dla demonów. Diabeł chce, żeby człowiek odrzucił Boga. I do tego może wykorzystać wszystko, nawet Pottera. Nie przyglądałem się temu, co mówią egzorcyści, ale zawsze polegam logice. Skoro szatan to kłamca, to dlaczego wierzy mu się, że przy egzorcyzmach wskazuje na Pottera? Nie jest to moja obrona książki, której akurat nie czytałem. Ale takie pytanie, które sam sobie zadałem (szczególnie, że na miliony czytelników cyklu, spośród których też znam osobiście kilka nieopętanych osób) wskazuje się na kilkunastu opętanych-mających związki z książką?

Wybranie zła i Złego to odrzucenie Boga. Jeśli zaczynasz wierzyć horoskopom, stawiasz sobie runy lub tarota, fascynuje cię magia i wróżby, to przecież odrzucasz Boga, bo Mu nie ufasz. Jeśli czytasz Pottera, bo chcesz czarować i fascynuje cię okultyzm, to takie użycie jest już tym odejściem od Pana. To tak jak z nożem: możesz dzięki niemu przygotować kolację dla bliskich i sprawić im radość, a ktoś to narzędzie może użyć do odebrania komuś życia.

Ta postawa dzielenia prowadzi do tego, że dzielisz filozofię na tych ,,kościółkowych” i tych ,,heretyków”. Ta postawa mówi, że tę książę można czytać, a tę odrzucić. Kilka lat temu straszono ,,Kodem Leonarda da Vinci”. W moim mieście jeden z proboszczów, nadając sobie samemu szczególne uprawnienia, chciał ekskomunikować głosujących na Ruch Palikota (choć oczywiste jest, że choć polityka to brudna sprawa, ktoś wyznający wiarę w Chrystusa będzie wiedział dlaczego ma zagłosować lub nie na konkretną partię, nie trzeba go zastraszać). Nie przeczytam ,,Kodu…”, bo jest wiele innych książek, a i tak wszystkich nie będę w stanie w ciągu życia przeczytać. Nie przeczytam, bo mnie nie ciekawi ta tematyka. Nie przeczytam, bo znam zarys fabuły, i jeśli w takim świetle jest ukazany Chrystus – czyli mój Bliski, Bóg Żywy (a nie abstrakcja, figura literacka itd.), to jeśli coś złego pisze się o kimś mi bliskim, to nie czytam tego. To mój wyznacznik. Jeśli ktoś obraża Boga, a ja wierzę w Niego, to po co się w tym taplać? To mój wyznacznik wyborów kulturalnych i popkulturalnych – nie czy coś polemizuje z moją wiarą, ale czy nie obraża Boga. Bo jeśli polemizuje, to mogę wysłuchać, ale i tak wiem, że pewien zestaw dogmatów i prawd jest dla mnie stały, obowiązuje mnie ,,na starcie” z chwilą chrztu. I w moim umyśle, wielokrotnie przemyślane, są spójne, starałem się je pojmować rozumowo, i nic mi się tu nie wyklucza (dzięki m.in. przywoływanemu Lewisowi).

Ktoś uformowany: przyjmujący sakramenty, czytający absolutnie najważniejszą dla niego treść – Biblię, doczytujący książki, które nie są podejrzane (np. nie są sekciarskie), modlący się i przyjmujący łaskę Bożą – będzie odpowiednio uformowany. I nawet gdy trafi na książkę, która będzie podejrzana, sekciarska i inna, to on będzie wiedział, gdzie jest niespójna z jego wiarą, nie będzie jej chwytał. Duchowni potrafią znaleźć elementy religii nawet u Rowling. U Tolkiena to oczywistość, ale jeśli ktoś chce, to i u niego znajdzie coś złego (powstała nawet książka pt. Władca Pierścieni albo kuszenie zła, ale czytasz na własne ryzyko ;)). Z kulturą popularną to jest tak, że znajdziesz w niej to, czego szukasz. Mnie kiedyś do pionu postawiła Sala samobójców, a nawet jakieś durne paradokumenty w stylu Ukrytej prawdy. Jeśli wierzysz Bogu, to może na ciebie wpłynąć nawet gadająca oślica, albo pies i ptaki, które nie muszą się lękać o jutro.

Otoczka ,,zakaznego” już kusi od czasów Ogrodu Eden. Czasem jednak to, co odradzane i kontrowersyjne, jakieś np. książki, jest to po prostu bezwartościowe, marnie wykonane i szkoda na to czasu. Gdyby było cenne, broniłoby się samo, a nie oczekiwało na kontrowesję.

Nie jest problemem forma, nie kryteria: czy to mocne dźwięki?, czy książka to fantasy?. Nie trzeba zawsze czytać wszystkiego, co ma na okładce oznaczenie ,,kościołkowe”. Jeśli twórca nie odrzuca Boga, jeśli Go nie kontestuje, nie przemyca treści szkodzących wierze. Jeśli jesteś osobą wierzącą, która dba o formację ducha, czyta przede wszystim Biblię, będziesz wiedział, co jest przeciwne wierze i to odrzucał, szukając między wersami treści dobrych, rozwijających, które mogą ci pomóc. Taki Coelho – po przeczytaniu z ciekawości i krytycznie jego Alchemika stwierdziłem, że to książka nieszkodliwa, ale potrafiąca namieszać w głowie, bo jest trochę sekciarska i tę sekciarskość okrasza cytatami z Biblii. Tylko że Coelho wielu pomaga powrócić do Kościoła, tworzy pewną wizję Boga, którą dopiero kapłani i pobożna lektura potrafią odpowiednio doprowadzić na właściwe tory. Nie polecam czytać naczelnego mądrali, bo sięga po metody sekciarskie, ale pomaga jednak ludziom. Tak, Boża łaska może nawet zadziałać przez Coelho. I przez Rowling, albo Salę samobójców.

Fot. CC0 z: www.pexels.com

Bóg w którego wierzę jest dobry, nie okrutny

Do mojego Boga mówię czasem wprost:  ,,Tatusiu”. Jest potężnym Panem, Stwórcą mającym moc nad światem, a złe duchy i największe szkodniki duchowe drżą przed Nim i boją się Go. Mój Pan – nasz Pan – jest wielki i ma moc. Ale dla mnie jest troskliwym Tatusiem.  I mam też ,,podkładkę” Biblijną. Po aramejsku ,,abba” oznacza ,,ojczulku”.

Oczywistością jest, że Bóg jest dobry. No właśnie: oczywistością. Czy aby na pewno? Bo jest takie powiedzenie, że kogo Bóg kocha, tego karze. Wydaje mi się, że należny szacunek wobec Pana -potężnego Boga często mylimy z lękiem. I na ,,w razie czego” coś tam odmówimy, żeby nic złego nas nie spotkało. To trochę trąci niechrześcijaństwem, ale o tym za chwilę.

Dobry

Kilka lat temu przeczytałem książkę, która zmieniła moje myślenie. To był taki czas, że już odkryłem, że bardzo dużo pozycji chrześcijańskich pokrywa się ze sobą. Ale to, co tam przeczytałem, było jakby nowe. Niby oczywiste, ale nowe. Z lektury książki Dobry i piękny Bóg nie pamiętam już niczego, poza jednym: Bóg jest dobry i miłosierny, i chce dla nas jak najlepiej. Oczywistość, co nie? Piękna książka Katarzyny Olubińskiej Bóg w wielkim mieście w prawie każdym wywiadzie i słowach Autorki tylko tę prawdę przypomina. Ojciec Adam Szustak, Tomasz z Kempis w O naśladowaniu Chrystusa, siostra Faustyna Kowalska w Dzienniczku. Przypomina Papież Franciszek, a także mistycy chrześcijańscy. Wreszcie: Biblia (nie tylko w przypowieści o synu marnotrawnym, ale i w tej cierpliwości Boga wobec Izraelitów).

Często w swoim życiu zachowuję się jak Jonasz, który najchętniej ukryłby się przed Bogiem, wszedł w takie miejsce, by mnie Bóg nie zobaczył. Albo jak pierwsi ludzie w Eden, gdy się oddalili od Boga. I wiem, że On mnie i tak kocha, ale mi głupio, że mimo Jego miłości ja nie potrafię czasem jej odwzajemnić wobec innych. I wiem, że bardzo często robiąc coś złego przede wszystkim krzywdzę i szkodzę samemu sobie. To nie jest tak, że muszę robić dobre rzeczy, bo to coś Bogu nagle da. Ja je muszę robić, przede wszystkim dla siebie, bo to mnie rozwija i zbliża do Boga. Muszę robić dobre rzeczy, bo mój Bóg jest dobry, i gdy robię rzeczy piękne i budujące, to przekazuję światu to, co On mi dał. Bo On jest Stwórcą i Twórcą, On buduje nie zaś niszczy. I to, co buduje, pochodzi od Niego. Gdy zaś zrobię coś złego, zasmucam Boga, bo On jest moim Ojcem, bo On się o mnie martwi – o to, jak sam sobie szkodzę.

Cierpię z tego powodu. I czasem w tym cierpieniu, w tym bólu, w załamaniu, jest Jego Głos. Mój duchowy autorytet – C.S. Lewis w książce Problem cierpienia napisał, że Bóg nie zsyła na nas cierpienia, On je wykorzystuje. Cierpienie świata tu było już, gdy tylko pierwszy człowiek zgrzeszył. Człowiek przyniósł na świat marność i ona tu jest. Cierpimy, bo taki jest już świat. Bo bardzo często albo sami sobie szkodzimy, albo wyrządzają nam cierpienie inni, albo po prostu dlatego, że choć nie zasłużyliśmy sobie na to, ten świat po prostu już jest marnością (i to by wyjaśniało wiele chorób, które nie muszą być ,,karą za…” ale są konsekwencją tego, że wraz z upadkiem człowieka na świecie jest grzech, ból rodzenia, śmiertelność i choroby). I gdy człowiek cierpi, Bóg może przez to doświadczenie coś mu powiedzieć, skłonić go do pokory, nawrócenia, przewartościowania życia. Gdy jesteś na dnie i trochę spokorniejesz, zaczynasz widzieć nowe rzeczy. Bóg tego cierpienia nie zsyła, On je twórczo wykorzystuje. Zastaje człowieka w bagnie, już w fakcie dokonanym, i próbuje mu pomóc, by jakoś temu zaradzić. Bóg chciałby, żebym się nie pogubił. Ale gdy już upadnę, to On próbuje jakoś tej sytuacji zaradzić, wyciągnąć z niej jak najlepszą rzecz. Dobrze, gdybym nie upadł (On tego nie chciał). Ale jak już upadłem, to Bóg może mi podsunąć jakąś myśl, by te siniaki i rany nie poszły na darmo to może chociaż żebym przy tej okazji coś zrozumiał. Genialna jest metafora Lewisa. On pisze, że cierpienie jest ,,megafonem” Boga.

,,Uświadom to sobie, sobie”

Uświadomienie sobie, że to nie Bóg zsyła cierpienie, jest dla mnie kluczowe. Bo ta myśl mi przypomina, że mój Bóg nie jest mitologicznym bóstwem, które jest okrutne.  To też mnie uwalnia od pogańskiego podejścia do wiary: takiego, które wmawia mi, że jeśli nie odmówię różańca, to spotka mnie kara. Jeśli nie pójdę do kościoła w środku tygodnia (nie w dzień nakazany, gdy mam obowiązek, ale tak ,,po prostu”) to coś złego mnie spotka. A gdy zdarzy mi się coś przykrego, to nie będę sobie wmawiał, że ,,to dlatego, że miałem przed wyjściem posłuchać religijnej piosenki, a wybrałem jakiś pop”. W relacjach ludzkich miłość oparta na strachu i lęku, daleka jest od miłości prawdziwej. Z miłości do Boga powinienem odmówić dodatkową modlitwę, odwiedzić kościół, posłuchać dobrych treści chwalących Boga. Z miłości powinienem ,,chcieć”, nie ze strachu ,,musieć”.

Piszę to, bo bardzo często przychodzą mi do głowy takie myśli, że może ta przykra rzecz zdarzyła się, bo zrobiłem coś złego, albo właśnie czegoś nie zrobiłem. Gdy spotyka kogoś z moich bliskich cierpienie, że to nie jest kara, ale taki po prostu już jest świat. I choć wiem, że On wtedy jest blisko i czasem chce mi coś przez to doświadczenie powiedzieć, umocnić relację z Nim lub z drugim człowiekiem, pozwolić coś docenić, muszę sobie ponownie uświadamiać, że Bóg, w którego wierzę, nie siedzi z notatnikiem i programem lojalnościowym hipermarketu i nie działa na zasadzie: ,,za dwa różańce i siedem minut pobożnej piosenki odsunę chorobę, a jak doda do tego jeszcze nieszpory i kompletę, to ma w bonusie spokój na kolejny tydzień”. Nie mówię tu o modlitwie błagalnej, albo w czyjejś intencji, nie mówię o prośbie o cud albo jakąś łaskę. Mówię o patrzeniu na Boga w sposób pogański: jak na okrutnika chcącego prezentów, bo jak nie, to będzie kara.

Bóg, w którego wierzę, jest dobry i miłosierny.

Nie wiem, co na to teologia. Nie wiem, co u innych. Wiem, że Bóg, w którego wierzę, jest dobry i miłosierny. Nie chce dla mnie źle i nie cieszy Go moje cierpienie, ale gdy już mnie spotka coś bolesnego, to pomaga mi wyjść z tego, albo chociaż coś z tego wynieść, co przyczyni się do mojego wzrostu. Wiem, że jest potężny, mocny i ma taką moc, że może to wszystko zniszczyć, ale tego nie robi, bo mnie kocha. Wiem, że złe duchy przed Nim drżą, ale dla ludzi, dla mnie osobiście jest kochanym Tatusiem. Ja w to wierzę.

Bóg, w którego wierzę, jest dobry i miłosierny.Kolejny raz sobie o tym przypominam, gdy ból i cierpienie spotyka kogoś z moich bliskich, a więc i mnie. Wiem, że taki jest po prostu świat – jest w nim cierpienie, które wcale nie musi być karą od Boga. Wtedy słucham, czego ta sytuacja może mnie nauczyć, co Bóg chce mi pokazać i powiedzieć, wykorzystując do tego już zastaną sytuację. Wtedy też, jak Żydzi w niewoli babilońskiej wspominam te wielkie rzeczy, które dotychczas Bóg uczynił w moim życiu i moich bliskich. Te wszystkie beznadziejne sytuacje – te wielkie cuda, i te mniejsze prezenty, które nam dał. Bo jest dobry.

 

Zdjęcie na licencji CC0 pochodzi ze strony: www.pexels.com

 

Mów do mnie Panie, i w rapie, i na Instagramie

Bóg do nas przemawia. Czasem Go słyszymy, a czasem nie. Nie wiem od czego to zależy, no bo przecież nie zawsze od naszej niechęci. Nie zawsze też od zabiegania. Czasem Go nie słyszymy, bo się boimy, bo nie mamy stuprocentowej pewności. Wiele razy po kilku miesiącach uderzam się w głowę, czując coś w stylu: ,,aaa, to o to chodziło. To dlatego mi nie wyszło, bo…, a więc wszystko się teraz układa”. Serio, w ostrożności potrafię zajść daleko, ale są takie chwile, gdy wszystkie kropki zaczynają mi się łączyć. I wtedy sobie myślę, że chyba kolejny raz nie usłyszałem Głosu. A wierzę, nie mam wiedzy tylko właśnie przekonanie lub wiarę, że Bóg chce mi coś powiedzieć. Skąd wiem? Bo czuję wtedy, że to coś dobrego, coś budującego, coś motywującego do działania, albo do nadziei. Nie wiem, po prostu wtedy wierzę, że to On. Ale muszę wtedy być ostrożny, bo zawsze gdy Go słyszę, On wykorzystuje do tego mój język – język popkultury.

To nie był wpis planowany z racji początku adwentu. Średnio mi wychodzi planowanie, co zresztą widać po moim blogu, który jest jak już prawie obumarła paproć, która nagle dostaje kroplę wody i może ją to jeszcze chwilę podtrzymać. Prawie to wszystko uschło, a tu nagle zjawiam się po ponad roku.

Boję się, jak wielu ludzi, nagłej a niespodziewanej śmierci, np. w wypadku komunikacyjnym. Ale już kilka niebezpieczeństw przeżyłem i prawie straciłem życie. Nie liczę już drugich i tych siedemdziesiątych szans. Bo to zawsze jest mniej niż ułamek sekundy, gdy robi się przed oczami ta ciemność, a potem człowiek wie, że już jest dobrze. Ten wpis nie był planowany, ale jest owocem tej chwilowej przerwy między oczami, która jest przed przebudzeniem, ale po chwilowej ciemności.

No i nigdy nie korzystałem na tym blogu z pisania bardzo osobistego. Tak że tego…

Od kilku miesięcy trwa u mnie stan zmian. Pewne rzeczy porzuciłem, nad innymi myślę, porządkuję swoją teraźniejszość. Sporo nie wychodzi, ale czuję ciągłą nadzieję i nieopisany entuzjazm, który nie nie mija, jak zawsze w moim życiu gdy coś przeczytam lub usłyszę, po kilku dniach. On trwa już 5 miesięcy – 5 miesięcy ciągłej motywacji do działania, do zrobienia czegoś fajnego. To tak z jednej strony, bo z drugiej sporo też nie wychodzi. I ten stan napięcia, poddenerwowania, ,,poszukiwania” nie ułatwia niczego. Stopniowo człowiek tu nie odpowie uśmiechem, tam się zirytuje, tu jeszcze jest nieobecny myślami. Stopniowo staje się niewrażliwy na siebie.

I zapomina o tym, co najważniejsze: o drugim człowieku. O tym, żeby czerpać radość z kontaktu z innymi, cieszyć się ludźmi wokół, porzucić ponurość i przygnębienie, pewną oschłość. Nie wiem co jeszcze, przyszło mi do głowy tych kilka rzeczy, zapisałem je sobie, gdybym złapał się na tym, że znowu ,,odpływam”, że błądzę gdzieś myślami, zamiast czerpać radość z bycia blisko innych. Gdyby zdarzyło się, że nie umiem doceniać w rutynie dnia tego, że wokół mnie są inni ludzie. Zapominamy o tym, wiem, bo tak działa nasz mózg: przyzwyczaja się, a potem w chwili straty uświadamia sobie, że jechaliśmy na autopilocie i ta stabilizacja wokół, która właśnie się skończyła, wcale nie była tak oczywista. Wstajemy rano i w pośpiechu wybiegamy z domu albo wpadamy w rutynę, a zapominamy, że wiele osób tej nocy odeszło, a i dla każdego z nas kiedyś nie wstanie dzień.

Nie wiem, czy wszyscy wokół zapominamy jeszcze o jednym. Ja przynajmniej często o tym zapominam. Trzy lata temu zacząłem słuchać przygodnie reggae, wiedziałem o pewnej banalności przekazów, ale oczywistości są ludziom potrzebne, bo o nich zapominają: radość, uśmiech, poszukiwanie pogodnych stron świata i życia, cieszenie się chwilą – nie hedonistyczne, ale świadome, wynikające z wdzięczności wobec świata. I jeszcze coś: jesteśmy braćmi i siostrami. Jezus jest naszym Bratem i Przyjacielem. My wobec siebie też jesteśmy braćmi. Podajemy sobie dłoń podczas mszy, mamy sobie pomagać. Mamy być bliźnimi miłującymi dla wszystkich: dla chrześcijan i dla niewierzących. Bo jesteśmy Świątynią Boga, członkami jednego Ciała – Chrystusa. Przypomina mi się polski pozytywizm i organicyzm: gdy jedna część tego organizmu cierpi, bo coś ją boli, cierpi wtedy całe ciało. Gdy boli mnie ząb albo złamany palec, cierpię cały.

Gdy sobie uświadomię, że ludzie wokół mnie są moimi braćmi i siostrami, gdy tę oczywistość wpoję w życie, tę prawdę ale i pewną metaforę, łatwiej będzie mi być dobrym, łatwiej okazywać radość – gdy ktoś obok nie będzie tak obcy, ale bliższy.

Kilka takich refleksji przyszło mi wczoraj do głowy, gdy tego nie planowałem. Dziś słuchałem rapu, a konkretniej Bisza. Zwróciłem uwagę na jedno zdanie, choć całego Wilka Chodnikowego słuchałem już wiele razy, znam już tę płytę prawie w całości, jeśli chodzi o przekaz tekstów. Zapomniałem szybko o tym nagłym przekazie z piosenki, zająłem się innymi sprawami. Na Instagramie dostałem później wiadomość prywatną od pewnego dziennikarza znanego miesięcznika. Nie wyświetla mu się mój profil, ponieważ mnie nie obserwuje. Nie zna mnie. Ja zaś pięć lat temu po raz pierwszy kupiłem miesięcznik tematyczny, do którego on pisze. Obserwują go tysiące ludzi, on zaś ma polubione tysiące profili, które bombardują jego tablicę zdjęciami. Napisał do mnie spontaniczną wiadomość, kilka dobrych słów. Tak bez przyczyny. Wyobraź sobie, że zaczepiam Cię na ulicy i mówię Ci: ,,wszystkiego dobrego, miłego dnia”. To była tak spontaniczna, losowa, nieplanowana wiadomość. Zawierała chyba tylko trzy słowa. Aha, i streściłbym ją w tym, co zwróciło moją uwagę w rapie Bisza, w tym jednym zdaniu, które kilka godzin wcześniej usłyszałem i mnie zaintrygowało.

Czy Bóg przemówił do mnie przez rapera i przez Instagram? I to z mocno spersonalizowanym przekazem, nie jakimś banałem. Właśnie takim jednym zdaniem, którego potrzebowałem. Przez piosenkę, którą znałem od kilku miesięcy i właśnie dziś mnie coś w niej ruszyło. Przez obcego człowieka, któremu nawet najlepsze algorytmy nie mogły na mnie wskazać, bo się nie znamy, a który poczuł impuls, żeby się do mnie odezwać, napisać trzy słowa i w zasadzie tylko tyle. I to takie trzy słowa, które łączyły się z tymi wysłuchanymi kilka godzin wcześniej. Nadawca tych słów pewnie nie wie, że jego impuls (bo tak pewnie poczuł, żeby się odezwać do obcego sobie człowieka) może mieć trochę więcej sensu (wierzę, że wielu z nas jest narzędziami Boga i odmieniliśmy czyjś los, nie wiedząc o tym).

Ten mój chaotyczny wpis jest takimi trzema słowami, które posyłam dalej. Bóg do nas mówi, albo coś nam sugeruje, ale czasem może do tego wykorzystać nawet portal społecznościowy albo odrobinę estetycznie brudną piosenkę rapową, której daleko do pobożnych pieśni. Czasem mówi do nas przecież wtedy, gdy już jesteśmy w bagnie, nie tylko przed wejściem w nie, gdy nas ostrzega.

Profesja nadawcy tych słów jest dla mnie znacząca. Zafascynowany tą tematyką pięć lat temu, kupowałem miesięcznik, zgłębiając te treści. Nie wiem, czy to jakiś sygnał, żeby tę moją 5-miesięczną motywację przekuć w to konkretne działanie. Tu już nie mam pewności, i tu właśnie odzywa się ten mój racjonalizm, który za kilka miesięcy odezwie się w mojej głowie w słowach ,,aaa, więc o to chodziło, to tak miały się te kropki połączyć”.  Nie wiem tylko, czy będę ,,po fakcie” ze zmarnowaną szansą, czy ze zrealizowanym celem. Nie wiem, czy to Jego głos, ale mam wiarę. Bo gdy chodzi o dobre rzeczy, o budujące rzeczy, to wierzę, że to bardzo często Jego głos. Nie ,,wiem”, ale: ,,wierzę”.

Wiem jednak, że musimy być otwarci na drugiego człowieka, uważni na niego, opiekuńczy i troskliwi, doceniać jego obecność, bo wszyscy jesteśmy metaforyczną, ale i dosłowną rodziną. A dla rodziny trzeba być dobrym. Więc do teoretycznie obcych ludzi też będzie łatwiej być dobrymi. Tak sobie pomyślałem wczoraj, a dziś doszły do tego niespodziewane budujące słowa. Nie wierzę w karmę, ale w łaskę. I wierzę, że gdy chcemy dobra, to Jego łaska i dobro czynią w naszym życiu rzeczy wielkie.

 

Zdjęcie na licencji CC0 pochodzi ze strony www.pexels.com

Młodzi Franciszka. Pokolenie F1?

CC0/ fot.: www.pexels.com
CC0/ fot.: www.pexels.com

F1?

Pokolenie F1 to nazwa umowna, to młodzi skupieni wokół papieża Franciszka (I). Określenie sugerowałoby konotacje sportowe. Fakt, dynamizmu młodym (wszystkich wieków świata) nie można odmówić. Faktycznie? Na wypadek, gdyby coś tu osłabło, Franciszek powiedział o młodych, którzy są ,,emerytami” i o młodych ,,kanapowych”. Warto się przyjrzeć pokoleniu F1.

Odległości między pokoleniami mają kilkadziesiąt lat, młodzież obecna przy obecnym Ojcu Świętym to ci, którzy gromadzili się przy Janie Pawle II, a także przy Benedykcie XVI.

Pokolenie F1? Nie ma co tworzyć kolejnych kategorii, podgrup. Było wcześniej JP2. I jest nadal. To po prostu młodzi – nie tylko wiekiem. Podczas pierwszego oficjalnego przemówienia papież powiedział o młodych „emerytach” duchem. Tak więc i w drugą stronę: starsi mogą być młodymi duchem, niezależnie od wieku.

Franciszek przyciąga do siebie. Jego interpersonalne cechy, pokora i uśmiech, otwartość, radość sprawiają, że jedna do siebie. Ale nie jest to tylko zauroczenie osobowością. Jego nauka jest wymagająca, to nauka Kościoła np. o miłosierdziu, godności życia, pójściu za Jezusem i wyrzeczenia się materialnych rzeczy. Ludzie chcą go słuchać, choć wymaga. Choć wymaga, to wierzy w młodych. I mówi im o Bogu. Jak i jego poprzednicy. Podczas pierwszego spotkania na Franciszkańskiej 3 Papież pokazał, że nie zawsze to jest radość. Bo tu dotknęliśmy tajemnicy cierpienia i wielkiej ciszy. Doświadczyliśmy jej pełniej w piątek.

Na to, co działo się przez ostanie dni, dobrze spojrzeń jak na całość, nie na pojedyncze wystąpienia. Jaka jest młodzież, można było zobaczyć. To pewna grupa reprezentatywna. Ale daje pewien obraz. Jaka jest – każdy widzi. A jaka być powinna?

Kanapowi emeryci zakładają buty

Młodzież na ,,kanapie”. Młodzi ,,emeryci”. To dwie metafory, które wybrzmiały podczas przemówień Papieża. Franciszek przyzwyczaił nas do obrazów, do przenośni wyniesionych wprost z codziennego życia: konkretny człowiek, rzecz, zjawisko. Obrazy. Ludzie. I ich historie. I, co ważne, nie są to chwyty retoryczne, ale pewien sposób myślenia i opowiadania świata.


Środa i okno na Franciszkańskiej 3. Papież zaczyna swój dialog z młodzieżą od człowieka, jego historii. Od wolontariusza Maćka. Środa w oknie na Franciszkańskiej to był mocny przykład, mocne świadectwo. Żeby nie bać się śmierci? Żeby wybrać drogę i jej także się nie bać? W piątek Papież powie:

,,kto pełni uczynki miłosierdzia, nie boi się śmierci”.

Czwartek i pierwsze oficjalne przemówienie. Wprost: musimy dawać innym to, co mamy najlepszego, a nie co nam zbywa. Franciszek mówił o najważniejszym: o miłosierdziu. Wiemy przecież z ,,Hymnu o miłości”. Wiemy też, że to najważniejsze z przykazań. W głowie mamy, że na tym ,,opiera się całe Prawo i Prorocy” – na miłości do Boga i bliźniego. Papież mówił więc o domu, gościnności, otwarciu na głodnych i uchodźców, gościnności. Ale i mocno oraz motywująco wprost o problemach wewnętrznych młodzieży: wycofaniu, smutku, zagubieniu, uzależnieniach. Tu właśnie padła pierwsza z metafor nazwana obrazowym językiem: młodzi „emeryci”. Franciszek wyznał:

,,Napełnia mnie bólem, gdy spotykam ludzi młodych, którzy zdają się być przedwczesnymi „emerytami”. To mnie martwi, sprawia mi ból. Młodzi, którzy wydaje się, że przeszli na emeryturę w wieku 20, 23 lat. Martwi mnie, gdy widzę ludzi młodych, którzy „rzucili ręcznik” przed rozpoczęciem walki. Którzy się „poddali”, nie rozpocząwszy nawet gry”.

Dwa intensywne przesłania. I choć piątek był dniem milczenia, Papież bowiem odwiedził obóz koncentracyjny, złożył wizytę chorych w szpitalu, uczestniczył w nabożeństwie Drogi Krzyżowej, to także wypuścił w świat wymagający przekaz. To właśnie wtedy wybrzmiały m.in. przytoczone wcześniej słowa: ,,kto pełni uczynki miłosierdzia, nie boi się śmierci”. To był czas kontemplacji, skupienia się na obrazie tego świata i obecnych wokół nas cierpień. Oprócz tematów społecznych – w tym do tego najbardziej zapalnego, był czas na refleksję o zwątpieniu i zniechęceniu, o potrzebie pokory. I o tym, gdzie szukać Boga gdy cierpią inni.W centrum życia powinien stać Chrystus. Franciszek nawoływał, że powinniśmy więc dawać dar z życia jak Jezus, służyć innym w uczynkach miłosierdzia, by być znakiem miłości Pana, poświęcać się. W słowach Franciszka Droga Krzyżowa to pójście za Chrystusem do końca. Podąża się nią, by być ,,siewcą nadziei”, by nie przeżyć życia ,,połowicznie”.

Kulminacja i dopełnienie tych słów pojawiło się w sobotę. Papież powiedział:

,,kiedy strach ukrywa się w zamknięciu, to zawsze idzie w parze ze swoim „bliźniakiem”, ze swoją siostrą bliźniaczką, paraliżem. Poczucie, że jest się sparaliżowanym, to jedno z najgorszych nieszczęść, jakie mogą się przydarzyć w życiu. Jest poczucie, że w tym świecie, w naszych miastach, w naszych wspólnotach nie ma już przestrzeni, by wzrastać, marzyć, tworzyć, aby dostrzegać perspektywy, a ostatecznie, aby żyć. Zwłaszcza w młodości. Paraliż sprawia, że tracimy smak cieszenia się życiem, przyjaźnią, smak wspólnych marzeń, podążania razem z innymi. Oddala nas od innych, przeszkadza uścisnąć komuś dłoń, jak widzieliśmy w przedstawieniu: wszyscy zamknięci. Zamknięci za tymi małymi szybkami”.

Po tych słowach, w dalszej części przemówienia pojawiła się kolejna wyrazista metafora, ta o życiu na ,,kanapie szczęścia”, czyli o stanie ,,ospania” gdy to inni o życiu młodych decydują:

„(…) kochani młodzi, nie przyszliśmy na świat, aby „wegetować”, aby wygodnie spędzić życie, żeby uczynić z życia kanapę, która nas uśpi; przeciwnie, przyszliśmy z innego powodu, aby zostawić ślad, trwały świat. To bardzo smutne, kiedy przechodzimy przez życie nie pozostawiając śladu. A gdy wybieramy wygodę, myląc szczęście z konsumpcją, wówczas cena, którą płacimy, jest bardzo i to bardzo wysoka: tracimy wolność. Nie jesteśmy wolni aby pozostawić ślad. Tracimy wolność. I to jest ta cena”.

A więc wprost.

Podjęcie trudu, zejście z ,,kanapy szczęścia”, zrezygnowanie z ,,emerytury” duchowej, pójście za Chrystusem (nawet do końca) – to wszystko dopełnił niedzielny apel o odwagę – słowa, które Papież wygłosił do wolontariuszy. To wtedy padły dwie wskazówki: pamięć, aby być nadzieją przyszłości. Czyli wiedza o tym, skąd pochodzę, świadomość siebie oraz swoich korzeni. Praktykowana m.in. przez rozmowy ze starszymi. I drugi warunek: odwaga teraz, bycie dzielnym, nie lękanie się.

To wyraźna prośba o tworzenie mostów między pokoleniami. Skoro ci młodzi będą tworzyć przyszłość, skoro muszą zainterweniować, by ktoś inny nie decydował o nich, muszą znać przeszłość. I mieć odwagę. Skoro młodzi mogą być emerytami, starsi mogą stać się młodymi. Dopiero na zakończenie tej spójnej, całościowej wypowiedzi Papieża (złożonej z przemówień wygłoszonych podczas wszystkich tych dni) maluje się obraz uczestnictwa, zastępując perspektywę podglądacza, jedynie widza świata (ale przede wszystkim własnego życia).

Język sieci

Przekaz Papieża nie należał do najłatwiejszych, był wymagający, choć był głęboko osadzony w ,,podstawach” chrześcijaństwa. Te rzeczy najgłówniejsze są jednocześnie najbardziej ulotne. I czasem brakuje na nie odwagi.

Papież przekazał je przez charakterystyczne przykłady, obrazowe, takie „mapy myśli”. Mówiąc o dwóch rzeczach…, 3 sposobach na… Przemówił językiem, którym się mówi w nowoczesnym świecie sieci: na blogach, YouTube. Młodzież była i jest ta sama: niespokojna – niespokojna, ale dynamiczna, szukająca. Młodzież w czasie długiej posługi Jana Pawła II, młodzi Benedykta XVI i ci Franciszka – to ci sami ludzie (niektórzy są tu przez trwanie tych wszystkich trzech pontyfików): ci sami duchem, lękami, pytaniami, ale i energią. To taka sama młodzież, choć historia świata i problemy społeczne oraz polityczne są inne (albo podobne, choć geograficznie rozmieszczone tym razem inaczej). I duch oraz radość są te same.

Czy można w niedzielę robić zakupy?

fot. CC0; https://www.pexels.com
fot. CC0; https://www.pexels.com

 

Dlaczego handel w niedzielę jest… kontrowersyjny?

To  nie jest tak, że Kościół wtrąca się w twoje życie i decyduje o tym, jak masz żyć. Im byłem starszy tym bardziej przekonywałem się o tym, że ten nakaz zwolnienia w jeden dzień w tygodniu nie ogranicza mnie, ale buduje. Bo im więcej miałem obowiązków, tym bardziej widziałem, że nie mogę ciągle czegoś robić, bo tak się nie da. Bo potrzebna jest w życiu też jakaś higiena psychiki. Że często nawet nie robiąc niczego, nie wyłączamy myślenia. I potrzeba jednego dnia, gdy nie muszę myśleć (choć wtedy, gdy umysł jest wolny, myśli jest więcej).

Przez prawie dekadę wiedziałem, czym jest tylko jedna wolna niedziela. Mój rodzic trzy na cztery weekendy w miesiącu miał wolne. I pracował w hipermarkecie w Warszawie. W takim ogromnym. Jeśli byłeś w Warszawie na zakupach na pewno tam byłeś. Ze swojego okresu dorastania (mniej więcej od 13 roku życia wzwyż) pamiętam, jak ważne było to, żeby całą rodziną móc ze sobą być. Tu nie chodziło o rzeczy wielkie, ale o to, by zjeść wspólny obiad, odwiedzić groby zmarłych, pójść do kościoła, na spacer, obejrzeć film, porozmawiać.

Przez krótki czas sam byłem kasjerem w tym dużym sklepie. Też czasem w niedziele. To nie było tak, że zadzwoniłem i poprosiłem o to, żeby to mnie wystawić. Chciałem pracować, musiałem być i w niedzielę. Tak jest w wielu pracach. Co dla jednych było rodzinną rozrywką (bo na zakupy przychodzą całe rodziny, by pospacerować, niektórzy nawet od razu jedzą ciepły obiad. Jeśli jesz kurczaka z rożna w markecie nie pytaj nigdy, błagam, jak wygląda przyrządzenie tej potrawy i jakiej jakości mięso dostajesz – jedz w ciemno i lepiej nie pytaj, serio).

Nie zrozum mnie źle, nie oceniam i nie piszę o osobach, które mają jeden dzień w tygodniu wolny i pustą lodówkę, ale o tych, dla których niedzielny spacer do marketu to forma rodzinnej rozrywki.

To naprawdę nie jest tak, że ci ludzie przy kasie uśmiechają się i są życzliwi, bo ktoś im każe. Albo że tak się cieszą, że jesteś ich 300 osobą, którą w ciągu ostatnich kilku godzin muszą obsłużyć, i przez osiem godzin ruch ustał tylko na 20 minut, gdy zeszli na przerwę zjeść półtorej kanapki i popić kubkiem herbaty z plastikowej butelki.

Uśmiechają się i próbują być życzliwi, bo wiedzą, że pesymizmem się zaraża. Taka praca? Tak. Nie mówię, że jest to czyjakolwiek wina. Każdy zawód ma swoje ryzyko. Strażak musi się namęczyć, rolnik musi się namęczyć, kasjer musi się namęczyć, nauczyciel musi się namęczyć. Każdy.

Niedziela jednak ma kulturowe konotacje, wszystko z automatu zwalnia, nic nie załatwisz na poczcie, w urzędzie, gdziekolwiek i automatycznie nie wpędzasz się w obowiązki. Dostać wolne w środę a dostać wolne w niedzielę – robi różnicę. W środę załatwisz milion spraw, w niedzielę dłużej pośpisz bo nigdzie ci się nie będzie śpieszyło.

Lubię podejście empatyczne. Widzę, że mój wybór może kogoś odciążyć, więc ja daję tym ludziom wolne. Będą mieć jedną osobę w niedzielę mniej do obsłużenia. I nie restrykcyjnie przestrzegam tego, by nie robić zakupów w niedzielę – od lat. Da się, nie zabrakło mi nigdy niczego ,,nagle”, bo wszystkie niezbędne rzeczy kupiłem wcześniej. Nie jest to więc wymądrzanie niepoparte działaniem.

Nie kupuję, bo widzę tam człowieka, który nie może obejrzeć z dziećmi filmu i porozmawiać przy obiedzie, bo dopóki będą chętni i interes będzie się kręcił, szef nie da mu wolnego. To znaczy da: tyle, ile w kodeksie pracy się należy.

Czasem pracowałem w niedzielę przy rzeczach tzw. ,,koniecznych”, gdzie wiedziałem, że ta moja praca ma realne odniesienie do czyjegoś codziennego życia (nie leczyłem i nie gasiłem pożarów, ale to co wykonywałem, też miało jakieś znamiona misyjności).

Ale pracowałem też w niedzielę z wiedzą, że to co robię, mogło być wykonane w inny dzień, ale szefostwo kazało. Towarzyszy ci wtedy takie poczucie beznadziei i zwątpienia w to, co robisz. Serio.

Nie są to moje idealistyczne wywody, oparte na abstrakcji. Tylko realne doświadczenie – jednostkowe.

Rynku pracy nie zmienisz i niedzielnej pracy też. Ale najprostszy ruch to ograniczyć niedzielne zakupy. To nie są postulaty religijne. Ludzie myślą, że markety otwarte w niedzielę to pokazanie Kościołowi, że jego władza nie jest dominująca. Zwolennicy otwartych w niedzielę marketów myślą, że walczą z Bogiem, Kościołem, księżmi. Nie, oni walczą z drugim człowiekiem. Trochę w tym hipokryzji i braku logiki, bo ci, którzy mówią, że ,,bronią” praw człowieka namawiając do aborcji, in vitro, antykoncepcji, edukacji seksualnej, odbierają wielu polskim rodzinom bliskość.

Bo widać w tym jedną stronę medalu: dajmy ludziom prawo i wolność robienia zakupów w niedzielę. A gdzie druga strona? A gdzie myślenie: pozwólmy ludziom odzyskać godność, odzyskać relacje rodzinne, dać im się poczuć wyjątkowo. Niech wiedzą, że nie są gorszej kategorii. Bo ci, którzy przychodzą do kasy z zakupami często czują się wyżej. Ci obsługujący niżej. Bo ,,oto ja mam wolne, a ty mnie obsłuż”. Naprawdę, nabijając komuś niedzielne zakupy: paczkę chipsów, gumę do żucia i dwie kajzerki, nie czujesz, że oto masz misję i przyczyniasz się do zmiany świata lub ratowania życia ludzkiego. Twój uśmiech tylko coś może zmienić, więc silisz się na autentyczną uprzejmość.

Ja mogę jedynie powiedzieć na swoim przykładzie. To jest tylko moje spostrzeżenie. Refleksja, która pewnie jest mocno polemiczna. Prawo do wolnej niedzieli jest uzdrawiające, takie czysto humanistyczne. Kolejny raz wychodzi na to, że to do czego namawia Kościół to nie jakaś wyrwana od przyziemności abstrakcja, ale coś, co człowiekowi służy – to uniwersalna rzecz, która służyć każdemu niezależnie, czy wierzy czy nie.

Pokój w oczach

Creative Commons 0/fot. http://www.gratisography.com/#0
Creative Commons 0/fot. http://www.gratisography.com/#0

 

– Nie „zdrowaśki”. Po prostu mów. Rozmawiaj jak z kolegą. Módl się. Zobaczysz, jaką radość będziesz czuł z każdą poprawą tak jak ja czuję.

Takie słowa niedawno usłyszałem. Właściwie to zasłyszałem gdzieś z dali. I mocno mnie zastanowiły. Jaka powinna być modlitwa? Jedni mówią, że tzw. formułki dają bezpieczeństwo, bo spisane słowa to słowa sprawdzone. To pewnik, że o herezję, albo zbytnią poufałość nikt modlącego się nie posądzi. Są i tacy, którzy wskazują na modlitwę własną: z głębi serca, szczerą, nawet czasem więc pochmurną. Chodzi o to, żeby się wygadać i porozmawiać. Gdy wychodzisz na kawę ze znajomymi, nie recytujesz im Asnyka, albo nie przemawiasz Mickiewiczowskimi wersami. Mówisz, tak jak czujesz. I jak serce dyktuje. A serce dyktuje szczerość. Ale i szacunek. Dla Boga – Twojego Pana i Ostoi – należny.

Pojawiają się wskazówki: różance, koronki, nowenny, litanie. Medytacja ingacjańska, czytanie Pisma Świętego, akty strzeliste. Czasem modlitwą jest wdech symbolizujący pochwałę Stwórcy i wdzięczność za dar stworzenia. I wydech, który symbolizuje chwilę odejścia z tego świata. Kiedyś tam. Podobno każdy z nas ma w sobie taką ,,rezerwę” – trochę powietrza, które jest tym ,,ostatnim tchnieniem” i uchodzi z nas (może to, teologowie zgańcie mnie, dusza?). Na klęcząco, na siedząco, na leżąco. Albo na krześle, twarzą w Twarz – jak podczas rozmowy z przyjacielem, gdy mówimy do Przyjaciela. I albo całość własnymi słowami, albo trochę formułek a trochę prywatnie, albo zawsze rozpoczynając od: przeproszenia, podziękowania i poproszenia.

Każdy inaczej. Chcę wrócić do zasłyszanej rozmowy.

Te słowa, to mnie utwierdza w tym, ze modlitwa ma moc: nawet jeśli jest to moc wewnętrznego pokoju. To mnie utwierdza, ze Duch wieje kędy chce. Przez tę osobę właśnie przemawiał.

Bo niezależnie od formy, modlitwa daje ukojenie. Wewnętrzne. Pomaga, wyprasza, otacza opieką. Ale przede wszystkim daje wewnętrzny pokój.

Oglądałem ostatnio Fakty, w gorącym okresie rozmów o in vitro. Modlitwa za senatorów urosła do rangi wyśmiania i niepoważności. Pewną panią odpytywano właśnie w tym temacie – pani ze wspólnoty, która modlitewnie otaczała decydujących o ustawie. Oglądam Fakty i czytam czasem Gazetę Wyborczą, i jestem wierzący i mam tradycyjne poglądy. I choć często liberalne obyczajowo, to jednak profesjonalne. Ale widzę czasem manipulację.

Panią „maglowano” a ona spokojnie mówiła, odpowiadała. I opowiadała o tym, w co wierzyła. Z uśmiechem i spokojem. Widać w niej było radość i takie lekkie bycie poza ta doczesnością, bo czuć od niej było siłę modlitw, właśnie tę radość. Bo modlitwa daje radość. Człowiek nią promieniuje, jego oczy cieszą się. A jeśli jest smutny i przygnębiony, to w oczach widać jakąś powagę, pewną nostalgię. Oczy tak wiele mówią. Także o silne modlitwy. Mówiła o tym w Wielkanocnym wywiadzie w Tygodniku Powszechnym Józefa Hennelowa, m.in. o tej sile modlitwy.

Bo modlitwa umacnia. Tak po prostu. A może nie ,,po prostu”, tylko w jakiś cudowny sposób, którego człowiek nie rozumie, ale dostaje.

Listy do Stepowego Wilka (nr 2): Odnaleźć Światło i… nie zginąć w ciemności

http://www.publicdomainpictures.net/pictures/70000/nahled/bonfire-night.jpg

Drogi Wilku,

skąd takie zaskoczenie? Chciało mi się trochę z Ciebie  śmiać, gdy wtedy, na polu, tak się zdziwiłeś. Wyszedłeś późnym wieczorem z kościoła, na dworze było jakoś wybitnie ciemno, jeszcze ciemniej niż zwykle. Śpieszyłeś się do domu, wybrałeś drogę przez las. Zazwyczaj tędy chodziłeś, dziś dopiero poczułeś strach. Znałeś przecież ten fragment psalmu Chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną.. Znasz też inny obrazowy fragment: Lud, który siedział w ciemności, ujrzał światło wielkie, i mieszkańcom cienistej krainy śmierci światło wzeszło.

Wilku, w tym świecie zdominowanym przez obraz, paradoksalnie obraz już nie działa. Ciemny dom, ciemny las, ciemna dusza, noc duszy… to są tylko słowa, za którymi stoi szersze, nawet głębsze znaczenie, ale tak spowszedniały, tak wyblakły, że potrzeba im nadać nowej jakości.
Widzisz, gdy znalazłeś się w tym ciemnym lesie, tak jak Dante w Boskiej komedii, dopiero wtedy poczułeś na swojej skórze ten mrok. Zobaczyłeś, co czuje człowiek, który nagle dostrzega, że nie widzi ścieżki, że ani za sobą ani przed, nie widać niczego ani nikogo. W każdej chwili może wpaść w dół, stracić oko uderzony gałęzią, albo wpadnie na kogoś, kto w tym mroku czai się, by zrobić krzywdę innym.
Gdy powstawały teksty Biblii, nie było latarek, mobilnych aplikacji z lampą błyskową. Mało też kto szedł do lasu z pochodnią lub  świecą.
A obraz ten jest tak wymowny: ciemna dolina. Jeszcze ciemniejsza, niż ten Twój las. Taka dosłownie ciemnica albo też wewnętrzna, duchowa noc, gdy człowiek nie widzi światła, nie widzi sensu, przychodzą mu do głowy depresyjne i pełne zwątpienia myśli.
Wtedy jedyną pomocą jest Światło – Pan i Stwórca, Słońce wschodzące nad złymi i nad dobrymi.
Wilku, dobrze, że znalazłeś się w tym mroku lasu. Mogłeś na własnej skórze poczuć znaczenie tego słowa. I jego kontekst. Bo choćbyś szedł przez mrok, to On jest z Tobą. Wiem,  że czułeś to. Ostatecznie przecież nic się nie stało, wyszedłeś z lasu i doszedłeś do domu (ale proszę, nie próbuj tego już więcej!) Możesz błądzić, tkwić w mroku, wiedz jednak, że On Cię prowadzi. Bo jesteś dla Niego jak ta owca, która jako jedyna spośród setki zaginęła. A On jest Pasterzem. Idzie za Tobą w mrok, podtrzymuje, niesie.
W Twoim  świecie jest taka opowieść o mężczyźnie, który zmagał się z problemami. Już nie wytrzymywał. Mówi więc do Pana: gdzie byłeś, gdy cierpiałem. Gdzie byłeś, gdy odwracając się za siebie na plaży życia, nie widziałem swoich śladów. Pan do niego rzecze: niosłem cię, niosłem cię na swoich rękach. To dlatego wytrzymałeś ból. Niosłem cię na swoich rękach, przeprowadzałem przez rzekę, nie pozwoliłem ci zranić stóp. To dlatego nie widziałeś swoich śladów, zamiast nich, pojawiały się moje. Bolą mnie ramiona, bolą nogi, stopy krwawią. Ale kocham cię, dlatego wyruszyłem w tę podróż.
Wilku, On Cię kocha. Dlatego umarł, dlatego prowadzi Cię przez mroki i ciemności. Wiedz, że jest tuż obok, choć może nie zauważasz Go. Ale On jest.
Idąc spać, powiedz mu w chwili zamknięcia oczu: dobrej nocy! Dzięki!
Powiesz pewnie: tylko tyle? Przed snem odbyłeś długą modlitwę, a zamykając oczy masz mówić tylko trzy wyrazy? Wystarczy. Powiedz Mu jeszcze, że Go kochasz. I nie czekaj na odpowiedź, Ty już ją przecież znasz, tyle razy Ci to powiedział! Nie zapomnij!

Ze stosownymi w takiej sytuacji słowami i uściskami
Twój Ego

Listy do Stepowego Wilka (nr 1): jak zaufać i odnaleźć sens życia?

Public Domain (http://www.publicdomainpictures.net/pictures/50000/nahled/arctic-wolf.jpg)

Mój Drogi Stepowy Wilku,

ta walka trwa, każdego dnia. Jak pewnie Ci wiadomo, korespondencję prowadzą ze sobą przedstawiciele różnych sił duchowych.

Nad naszymi głowami, wokół nas, listy ze sobą wymieniają słudzy ziemskich czeluści, a nawet pozostający z Centralą aniołowie.

Czytałeś pewnie tę niebieską, albo czarcią korespondencję. Postanowiłem, że i ja skorzystam z tej drogi.

Wilku, jesteś w tym trudnym okresie swojego życia, gdy wychodząc z młodości, musisz zmierzyć się ze światem. Słyszałem czasem Twoje pojękiwanie, strach z najmniejszego problemu. Postanowiłem, że musimy obaj popracować nad tym, jak obudzić w Tobie odwagę i nieposkromiony zew wilczego serca. Bo wiesz, Ty mi strasznie przypominasz właśnie takiego stepowego wilczura. Jesteś tuż obok, a jednocześnie z dala, trochę na dystans. W kościele stajesz na końcu, spuszczasz wzrok i mówisz z ufnością: Panie, przecież jestem taki brudny. Od wielu lat masz okresy wewnętrznego zmroku, czas radosnych uniesień przeminął. Teraz jest ufność i właśnie ta dzika, nieposkromiona ufność wiedzie Cię przed Jego ołtarz. Boisz się i kochasz. Kochasz, a jak Piotr lękasz się. Wilku, postanowiłem Ci pomóc, postanowiłem Ci pomóc zrozumieć siebie i innych, odnaleźć sens i nadzieję. I dodać odwagi. Bo On Cię kocha, takiego rozchwianego, poszukującego, lękającego się. Step jest dziki, step jest niebezpieczny, ale gdy go przemierzysz, rozkwitniesz nową naturą. Twoje dzikie serce pomoże Ci przyjąć Jego dar. Twoja nieokiełznana i chwiejna natura zostanie uporządkowana. Wilku, nie poddawaj się!

Nie traćmy więc czasu na zbytnie rozczulanie się nad sobą. Musisz przecież poznać siebie. Tak, wiem, to wszystko już wiesz. Słyszałeś, że jesteś piękny, dobry, mądry, utalentowany, a Twoje życie ma sens. Nie śmiej się. Nie śmiej się, bo uznam, że nigdy tego nie słyszałeś. Really?! Weź mnie człowieku nie osłabiaj (ach te człowieki!) No to wiedz, że to prawda! O, kochany, to my tu pracę u podstaw musimy wykonać! No bo jak mam Ci opowiadać o Jego miłości, skoro Ty nie kochasz siebie. Pamiętaj, bo oto teraz zdradzę Ci sekret. Ale nie takie fiu bździu, ale prawdziwy skarb! I nie podkreślaj go wężykiem, bo jeszcze wiele razy Ci go przekażę (aż się nauczysz na pamięć). Musisz widzieć w innych Boga, ale i w sobie. On Cię kocha, tylko w to uwierz i pokochaj sam siebie. O Jego miłości jeszcze Ci powiem, na sam początek jednak coś o miłości własnej.

Słyszałem, jak zadałeś koleżance pytanie o to, dlaczego są ludzie, którzy żyją tylko z dnia na dzień. Nie są jakoś szczególnie ambitni, niczego od życia nie chcą, niczego nie robią żeby się rozwijać. Wstają rano, piją kawę, oglądają paradokumenty, przejadą się samochodem. I się nie martwią życiem. Mają miłość, zdrowie, kasę, szczęście (jaka by nie była tego definicja). I żyją sobie.

Piszę do Ciebie, bo usłyszałem, że z jednej strony nie chcesz tego przerywać, co już robisz, bo włożyłeś w to pracę. Tylko że jeśli coś nie przynosi efektu, to już uznajesz, że nie ma sensu. No i sam się zastanawiasz, czy na darmo nie marnujesz sił. Też chciałbyś po prostu tak żyć, od pierwszego do pierwszego, rzucić studia i pracować na umowach tymczasowych. Bo schemat jest prosty: 20 dni pracy -> pensja -> praca-> pensja. Nie mieć czasu na wymaganie od siebie. I tylko że jeszcze wierzysz w to, że tak Ci nie wolno robić, bo Twoja praca jeszcze komuś może pomóc i ufasz, że Twoja praca, którą się włożysz teraz, zaowocuje kiedyś.

Wilku, to właśnie jest głos Pana. Bo On chce dla Ciebie jak najlepiej i szepcze Ci subtelnie do ucha to, żebyś się nie poddawał. Racjonalnie tego nie rozumiesz, bo faktycznie, gdy coś nie przynosi efektu, to łatwo się zdemotywować. Wilku, taki schemat życia przyjęli ci, dla których to było wyjście awaryjne, którym w życiu się nie ułożyło i są skazani na taki stan albo poddali się rozpaczy i uciekają w pracę. Proszę, zaufaj tej drodze. Pytaj Boga. Wiem, wiem, czasem wydaje Ci się, że milczy. Przypomnij sobie, no: rusz głową! Pamiętasz te niepokoje, które Cię trawiły, a potem jakoś to było i jakoś się samo ułożyło. On to ułożył. Zaufaj Mu, wiedz, że nawet jeśli coś teraz nie ma sensu, to potem wyda owoce. Rób swoje. Ora et labora! Módl się i pracuj! Pamiętaj o Nim, narysuj sobie rybkę lub zawieść krzyż nad biurkiem, na nadgarstku noś czarny rzemyk, który będzie Ci przypominał o tym, że idziesz swoją drogą, ale On na tej drodze usuwa kamienie.

Bo widzisz, nawet jeśli teraz Cię boli, coś się nie udaje, to jeśli Mu zaufasz, będzie dobrze. I to nie jest pusty slogan, którym pocieszają się koledzy, gdy innego powodu na wyeliminowanie czyjegoś smutku nie widzą (a po chrześcijańsku chcą potrzebującego pocieszyć). Ja nie wiem, jakie są Jego plany. Nie wiem też, dlaczego człowiek cierpi. On cierpiał i umarł na krzyżu, by pokonać ten ból. On nie zsyła cierpienia, bo zło nie pochodzi od Niego. Wilku, zaufaj. Bo gdy zaufasz, to On Cię poprowadzi. I jest z Tobą, gdy cierpisz. A może to okazja do tego, by zbliżyć się do Niego?

To Rogacz wmawia Ci, że jest tak źle, że tylko się położyć i nie wstawać. Że lepiej nie myśleć o jutrze, bo ono tragiczne. Może nawet podsuwa niechciane myśli, mówi Gdzie jest twój Bóg?Pamiętasz, co odpowiedział psalmista?

Czemu jesteś zgnębiona, moja duszo,

i czemu jęczysz we mnie?

Ufaj Bogu, bo jeszcze Go będą wysławiać:

Zbawienie mego oblicza i mojego Boga.

Tylko On zna Twoją drogę. Pamiętasz, ile razy byłeś na samy dnie, a potem okzało się, że wszystko jakoś się ułożyło, a to, czego pragnąłeś, okazało się niepotrzebne i w sumie to fajnie, że nie wyszło, bo tylko byś się na darmo napracował, a to było niekonieczne? Pamiętasz, że wtedy sobie przypominałeś ten fragment, w którym jest mowa o tym, że na co się troszczymy jutrem, skoro mamy dzień dziesiejszy? Że ptaki na niebie są pod Jego opieką, to ludzie tym bardziej. To nie namowa do lenistwa, o nie! Ale o zaufanie Mu i robienie swojego a zaufanie, że On i tak Ci pomoże. W swoim czasie, już może nie teraz. Bo u niego setki i tysiące lat są jak jeden dzień, a jeden dzień jak całe wieki.

Pamiętaj! I wiesz co? Ja widzę, że będę musiał pisać częściej. Myślałem, że wyślemy sobie po widokówce, by się wzajemnie poznać, pozdrowić i pożegnać, a tu będzie trzeba sporo atramentu wylać. Uff… wysprzątałem pokój, mam teraz gdzie przechowywać korespondencję przychodzącą.

Twój Alter Ego

Nie smuć się, przecież TO jest niepojęte

Fot. Public Domain (http://www.publicdomainpictures.net/view-image.php?image=28535&picture=winter-sunset)

 

Nagle zaległa cisza. Nie włączałem jeszcze telewizora, nie przeczytałem wiadomości z kraju i ze świata. Trochę się odciąłem medialnie. Ekonomiści wkrótce zaczną analizować nasze wydatki, w związku z końcem roku podsumują sytuację finansową. Niektórzy dziennikarze i językoznawcy swój pierwszy tekst w nowym roku poświęcą temu, dlaczego mamy dwa tysiące piętnasty, a nie dwutysięczny piętnasty, bo rok 2000 był raz i się skończył. Jeszcze policyjne statystyki, porozsyłane do lokalnych mediów i opisane. I temat Bożego Narodzenia 2014 ucichnie, przynajmniej w mediach, bo o tym, że Słowo przyszło na świat, a świat Go nie przyjął, powiedzą jeszcze kolędy, stajenka w zasięgu ołtarza i ludzie zgromadzeni na Mszy.

Ale poza kościołem świat będzie już żył nowym rokiem, potem karnawałem, studenci sesją, uczniowie szkołą, maturzyści studniówką, pracujący swoim fachem, bezrobotni szukaniem sposobu na kolejny dzień egzystowania.

I co nam pozostało? Chciałoby się powiedzieć, że wspomnienia. Trzy dni spędzone z bliskimi, z samym sobą, z Nim. Szybko przeminęło. Pamiętam, jak czasem walczyłem z utartym święta, święta i po świętach, pisząc w sieci, że ten czas powinien nam towarzyszyć, że Jezus powinien w nas mieszkać każdego dnia. W tym roku już nie walczę. Powiem więcej: nie czuję nawet uczucia pustki po tym, że Święta się skończyły.

Gdy trochę światła przygasły, zrobiło się ciszej, zostałem sam ze sobą, w wieczór Bożego Narodzenia zajrzałem do aktualnego numeru Tygodnika Powszechnego (nr 51-52/2014). W tekście Trzy ucieczki Boga Ryszard Koziołek napisał, że

Prawda o Bożym Narodzeniu jest spóźniona, jak każda prawda. Majaczy nam w poświątecznej melancholii, kiedy prezenty powoli tracą blask, stając się rzeczami, a żółkniejące igły na choince zaczynają być bardziej widoczne. Nie wiemy dokładnie, w czym uczestniczyliśmy, a pewna teatralność naszych zachowań pozwala lepiej odczuć bolesną zwykłość dnia powszedniego, kiedy ze smakami dojadanych potraw w ustach ruszymy do ucieczki lub pościgu, każdy wedle przypisanej mu roli. Ten smutek, który raźno zagadujemy (,,święta, święta i po świętach”), nie jest zły. Święta opowiadają przez nastrój, nie przez wydarzenia. Jeśli są ,,udane”, powstaje żal utraty; poczucie, że dotknęliśmy tylko pozoru, a tak naprawdę nas tam nie było i nigdy nie będzie. (s.18)

Tekst jest trochę nieuporządkowany, bliżej mu do medytacji lub obszernej refleksji połączonej z literackimi przykładami, niż do spójnego artykułu (nawet publicystycznego). Możemy się zgadzać z autorem, albo i nie. Wolna droga. Tylko że właśnie w tym fragmencie uderza to, że próbujemy pojąć coś, co jest niepojęte. Świętujemy tajemnicę, która odsyła nas do stajenki, do żłóbka, do tego dnia, gdy Bóg narodził się na świecie. Nie w pokoju, a w czasie konfliktów. To tak jak i w 2014 roku.

To dlatego powstaje w nas ten smutek, ten żal. Oto przez kilka dni byliśmy dla siebie mili, teraz przyszła rutyna. Trzeba było pójść do pracy, zająć się domem, posprzątać, odłożyć na chwilę na hak wspomnienia i zacząć żyć tym realnych, do bólu niemetafizycznym życiem doczesnym. Tylko że w sercu nadal pozostaje ta radość, ta wyjątkowość. I tak co roku.

Tajemnicę Wcielenia przeżywamy oficjalnie raz do roku, ale żyjemy nią przecież codziennie.  Miłość, gdy już spotkamy, też chcemy powielać. Tylko że nie zdołamy jej w pełni poznać, opisać, zamknąć. Jak z rzeczami egzystencjalnymi: całe życie je poznajemy, chcemy zgłębić, poznać, ogarnąć w humanistycznej żądzy i egoizmie, ale prędzej umrzemy, nim w pełni poznamy. Tworzymy sobie więc pozory, prowizoryczne budynki, szufladki i schematy, żeby jakoś ten świat uporządkować, by mieć w głowie taki bryk dla własnego życia i płynnie przechodzić dalej. Z Bożym Narodzeniem jest podobnie. Gdy przychodzi ten czas, mówimy sobie w głowie: Bóg narodził się, świętujemy Jego narodziny.

Pozostają jednak pytania: co to dla mnie znaczy? Jak żyję z tą prawdą? Czy żyję tymi narodzinami tylko przez trzy dni końca grudnia, czy też cały rok? Co dało światu Wcielenie? Czy ja w ogóle wierzę w to, że Bóg przyszedł na świat w ludzkiej postaci?

No dobrze, ale najpierw pozostaje pytanie o to, czy ja w ogóle wierzę w Boga. Nie w szopkę, piękną choinkę, zapach piernika, atmosferę Pasterki, gdy na legalu mogę wyjść w nocy z domu i się bezkarnie przejść po mieście.

Boże Narodzenie zadaje niełatwe pytania. Te same zada nam później Wielkanoc. To dlatego świętujemy co roku te same wydarzenia z Pisma Świętego. Pytamy się o to, czy my w ogóle, tak na serio, wierzymy.

Bo z Bożym Narodzeniem jest tak, że cały czas jakoś nas wyprzedza, jest tuż obok, może już za nami, a może jeszcze przed? Już nam się wydaje, że przeżyliśmy ten czas dobrze, a potem przychodzi gorzka refleksja i czekamy na kolejny rok, by się poprawić? To tak jak ze spowiedzią: odchodzisz od kratek z wiarą w to, że od teraz to już na sto procent będzie dobrze. I nagle okazuje się, że znowu coś nie wyszło. Jest jednak w powietrzu szansa na nowy los. Bo jeśli poszedłbyś nieskazitelnie czysty przed Jego ołtarz, to co miałby ci wybaczyć? Jak poznałbyś Jego miłosierdzie, bezgraniczne dobro, wiarę w twoje siły?

Jeśli przeżyłbyś święta w stu procentach, nie czułbyś tego smutku po ich zakończeniu, to nie szukałbyś dalej Jego obecności. Skąd poznać, że On istnieje naprawdę? Bo nie jesteś w stanie Go pojąć. Boże Narodzenie właśnie o tym przypomina. I zadaje pytania, na które być może będziesz szukać odpowiedzi jeszcze długo po świętach. Bo one nie mijają, zadają po prostu pytania i czekają na owoc refleksji.

 

Popkultura i wiara

Przejdź do paska narzędzi