Żeby nie zostawić dowodów krzywdy

Nie wierzyła, że coś znaczy – tak usłyszała od bliskich. Każdy z nas zna kogoś, kto zmaga się z zaniżonym poczuciem własnej wartości. Każdy z nas padł ofiarą niewybrednego komentarza, często krzywdzącego, nieprawdziwego. Każdy z nas pewnie widział też wyraz słownej agresji. Banałem zaś jest mówienie, że słowa czasem krzywdzą bardziej niż czyny. To banał, to też prawda.

To już ostatni tekst z trzy-wpisowego cyklu, który zacząłem w grudniu. Poprzednio pisałem o tym, że złe czyny często biorą się z serca, że one są już finalnym elementem tego, co najpierw zadziało się w nas samych. Słowa też są na początku tej drogi, i one też biorą się dokładnie z tego samego wewnętrznego skarbca ohydy, którą potem raczymy innych.

Bo głęboko wierzę, że to słowa stoją za czynami, że jak powtarzasz np. „stop pedałowania” to potem łatwiej kogoś zaatakować i dać w twarz na ulicy bo wygląda inaczej (pomijam już, że wielokrotne powtarzanie czegoś sprawia, że zaczynasz w to wierzyć), nazywanie i traktowanie kobiet w pewien określony sposób może sprawić, że adresat tych słów wyrządzi krzywdę. Poniżana przez męża żona, poniżany przez żonę lub partnerkę mężczyzna traci w oczach swoich przyjaciół, jego poczucie własnej wartości także spada. Poniżane dziecko, starszy rodzic, pacjent u lekarza, wychowanek, córka, syn. Nasze słowa nazywają wizję tego świata, który sami reprezentujemy.

Na ulicy, na forach, czasem w mediach, są ci wszyscy „zdrajcy”, „komuchy”, „wrogowie ojczyzny”, „ty …”, ,,ty…”.  Potem zaś następują ataki na polityków, przemoc domowa, zaniżona samoocena a wrażliwy nastolatek się zabija. Owszem: to jeden z wielu powodów. Jeden z wielu, ale wcale nierzadki.

Czasem robimy to nieświadomie, czasem wymierzamy z premedytacją słowną karę.

Czasem media podburzają nastroje, by podzielić ludzi i wytworzyć sobie wierną grupę konsumentów, sięgających po ich przekaz. Czasem jednak jesteśmy tylko targetem, marionetką, którą ktoś porusza, by skłonić ją do określonych nastrojów a potem wyborów. Albo sprytnie przesuwanym po planszy pionkiem w rękach kilku populistów. Czasem pewni ludzie sieją emocjonalny ferment, by wywołując ten polityczny ferment, coś ugrać.

I my to wiemy, nie chcemy też za wiele z tym robić. Nie chodzi o niewielką siłę przebicia. W tym natłoku wiadomości i tym chaosie przekazów, które potęguje kilkanaście opiniotwórczych tygodników (który wybrać?), kilka programów informacyjnych (który obejrzeć, bo przecież szkoda czasu na poznanie wszystkich) i ta niekończąca się wirtualna przestrzeń; w tym chaosie celowo wybieramy pewną wizję, by konsekwentnie za nią idąc, porządkować swój odbiór świata, mieć jedną narrację, zamiast wielu (to wymaga zachodu, a my jako ludzie lubimy upraszczać, tak działa nasz mózg).

Lubimy się więc straszyć, lubimy różne lobby, szukamy wrogów. Czy to Donalda, Jarosława, Niemca, ,,roszczenia żydowskie”, wroga Ojczyzny lub jego przyjaciela

I wielokrotnie już rozbrzmiewało w różnych miejscach, że można nie zgadzając się z kimś, rozmawiać z nim. Można. A można go też okładać po twarzy. Przy czym ,,można” to nie przyzwolenie, ale wybranie jednej z możliwości.

To są wszystko truizmy.

To, którą narrację wybierzesz, tak naprawdę ma zasadnicze znaczenie. Bo jak nazwiesz kogoś w sposób wulgarny, to będzie ci łatwiej wyrządzić krzywdę, i nawet jeśli to będzie tylko i wyłącznie pewna kalka językowa, taki przecinek w zdaniu (znam ludzi, którzy jako przecinka używają wielu wulgaryzmów, i nawet tego nie kontrolują). Łatwiej ci kogoś uderzyć, gdy uznasz go za kogoś psującego ci dzień i klimat, niż za człowieka. Gdy przechodzisz obok bezdomnego, to gdy pomyślisz, że to prawdopodobnie człowiek, który stracił wszystko, bo mu się nie ułożyło, bo może wykiwała go rodzina, albo wykończyło państwo i system, to może być ci słabo, źle, niedobrze i może będzie gryzło cię sumienie, a głos wewnętrzny będzie kazał zainterweniować. Gdy nazwiesz go w sercu ,,nierobem”, łatwiej będzie przejść obok. Gdy spotkasz człowieka, który uciekł przed wojną ze swojego państwa, znowu odezwie się sumienie. Gdy nazwiesz go ,,jednym z hordy uchodźców najeżdżających Europę po socjal” też łatwiej sobie z tym poradzisz.Gdy zobaczysz w nim nieszczęśliwego człowieka, któremu trzeba pomóc, znowu będzie gryzło sumienie. I tak dalej. Będziesz robił wszystko, by było lżej. Aż w końcu sięgniesz po arsenał osądów, słów, które pomogą nazwać tę wizję świata, której pragniesz.

I to tylko jedna strona problemu, bo jeszcze jest manipulacja i perswazja, bo jeszcze pewne hasła wpiera się w twoje myślenie, byś był przydatnym głupcem, byś do czegoś się przydał, byś zachował się w określony sposób. Jak np. te falangi idące kilka razy w roku z wszelkimi rasistowskimi, ksenofobicznymi, nacjonalistycznymi hasłami. Są po prostu chowem na mięso armatnie, gdy kilku chłopców gdzieś wyżej wywoła wojnę z którymś z mocarstw, gdy ktoś na nasze polskie machanie szabelką odpowie bronią na miarę XXI wieku.

Często jednak problem jest o wiele prostszy. Jest nam zwyczajnie łatwiej porządkować i kategoryzować świat, czyniąc przy tym krzywdę i lekce sobie ważąc słowną konsekwencję. Łatwiej kogoś zranić słowami, niż zadając mu fizyczny ból. Jakaś taka niepisana zasada, którą intuicyjnie czujemy.

Zło się często bierze z serca, z myśli, ale są tam też słowa, nasze oceny, osądy, nazywanie świata. Cały ten syf często mieszka w nas.

Nie chcę cię przekonywać, abyś rozmawiał, namawiał, żeby zmienił się system, żeby w szkołach przekazywano wiedzę dotyczącą tzw. edukacji medialnej. Nie będę cię przekonywał, żebyś powściągał język, przypatrywał mu się. Nie chodzi też o jakąś narodową debatę językową, z profesorami: Miodkiem, Markowskim, Bralczykiem i Rusinkiem. Albo o kolejny misyjny program w telewizji publicznej (ograniczający się zazwyczaj do tego, że do Grabiny w M jak miłość scenarzyści dopiszą jakiegoś bad boy’a i na jego przykładzie rozwiążą problem).

Jeśli nie przekonuje cię to, że siedzi w tobie pewne zło, któremu nie musisz dawać ujścia, ale dajesz je tyle razy, ilekroć nie panujesz nad swoim językiem, to tym bardziej żaden narodowy zryw i program wzajemnego miziania się i pieszczenia słowami, niewiele da.

Ludzie potrzebują tego podziału na ,,nas” i ,,ich”, na ,,lewaków”, ,,katoli”, na ,,zdrowych” i ,,wypaczonych”. Każdy taki podział ma pokazać nie tylko to, kto tu rządzi, czyj dyskurs dochodzi do głosu, ale też kto ma akurat wiodący głos.

 

zdjęcie na licencji CC0 pochodzi z: www.pexels.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.