Jestem smutny. Czy Bóg mnie nadal kocha?

 

Tytuł to nie clickbait, to jest pytanie, które sobie ostatnio postawiłem. Znam na nie odpowiedź, wiem, że jest pozytywna. I wiem dlaczego (o czym dalej). Tylko że odnoszę takie wrażenie, że jeśli ktoś ma smutne usposobienie, od razu musi być z dala od Boga. Bo prawdziwy chrześcijanin to ten, kto się ciągle cieszy, bo nagrodą za modlitwy i różańce jest radość, a ten, kto cierpi, pewnie sobie na to zasłużył.

Kiedyś na tym blogu pisałem o tym, że praktyki religijne spełniane tylko ,,na w razie czego” by nas coś złego nie spotkało (bo za brak różańca od razu grozi nam Boża kara) jest nawet nie tyle jakimś „pogaństwem”, co jest po prostu nie w porządku wobec Boga, który nas zwyczajnie kocha, a nie myśli przez całą wieczność, jak tu jeszcze ukarać i upodlić. Nie chcę tego powtórnie rozwijać.  W tę narrację jednak wpisuje się pewna postawa (nas wierzących), którzy myślimy, że radosny jest ten, kto ma bliską więź z Bogiem. Ten, kto się smuci, o: ten to już podejrzany, ten to widocznie wielki grzesznik.

Znam wielu radosnych niewierzących. Znam wielu chrześcijan, którzy aż kipią radością, to się z nich wylewa, do tego stopnia wylewa, że aż sam spijam trochę z tej radości.

Tylko że ja jestem często smutny. W sumie to też dużo się  uśmiecham, ogólnie to w pracy i poza nią jestem pogodny. Tylko że ten sam ja jest też smutny, i ogólnie to mam takie niewesołe  usposobienie, jakieś melancholijne.

Kultura, wszystkie te coachingi i współczesne filozofie mówią jednak, że masz się ciągle cieszyć, radować, że wręcz ,,zabawić się na śmierć” (wiem wiem, przywoływanie tu tego tytułu książki to grubo nie na temat).

Nie chcę z tej pozycji powoływać się na Pismo, nie będę się mądrzyć, bo nie jestem teologiem, ani księdzem. Pewnie się więc mylę. W Ewangelii trafiam na takie słowa, że jeśli ktoś nie potrafi zbudować relacji małżeńskiej z drugim człowiekiem, to jedną z przyczyn może być to, że ,,ludzie go takim uczynili”. Może analogicznie ktoś niewiele się w życiu cieszy, bo też to inni w nim zasiali takie ziarno? Czy smutnego człowieka też kocha Bóg? Nie mam wątpliwości. Podważanie tego może byłoby herezją.

A może nie? Bo przecież radość to też przymiot Boga i owoc relacji z Nim.

Czytając np. ,,Kwiatki świętego Franciszka z Asyżu” trafiamy na wielu stronach na ,,radość doskonałą”.  Gdy czytasz Ewagriusza z Pontu, to wiesz czym jest tzw. duch acedii. Na biegunie jest też ,,ciemna noc duszy”, tylko że nie oszukujmy się: nie jesteśmy wszyscy mistykami, może trafi się jeden lub dwóch na kilkaset osób. A jeśli uważasz, że to, co właśnie czujesz, to nie jakaś pustka a właśnie przeżycie mistyczne, to być może spotkała cię specjalna łaska, ale być może to jakiś zły podszept, który próbuje cię zwieść.

Pomiędzy tą radością a smutkiem/pustką odnajduję jeszcze jeden, moim zdaniem genialny przykład. To C.S. Lewis. W jego autobiografii ,,Zaskoczony Radością” pisze on o tytułowej ,,Radości”. To raczej łaska, niż jakieś siedzenie całą dobę i śmianie się. Lewis – ateista raczej wojujący w środowisku ówczesnej inteligencji (on jako profesor wśród profesorów, czyli elity intelektualnej XX wieku) poczuł ,,Radość”, której początkowo nie rozumiał, która kazała mu się poddać, którą poczuł w sercu, duszy, w przekonaniach, na gruncie kulturalnym. Mówiąc krótko: nawrócił się, tak nagle, coś błysnęło, padło jak na Szawła. Lewis nazwał to ,,Radością” i długo próbował zrozumieć, czym to jest, aż w końcu uległ jej i stał się jednym z najbardziej znanych „pop-teologów” XX wieku (używam tego sformułowania by nazwać teologię podawaną w mainstreamie w sposób popularno-teologiczny).

Bóg przychodzi w ciszy, jak wiemy. Bóg, którego spotykam ja, przychodzi też subtelnie, wie kim i jaki jestem i On przemawia do mnie takim językiem i przez taką wrażliwość, jaką rozumiem. On nie przemawia do mnie przez ,,Pasję św. Mateusza” J.S. Bacha, ale przez to, że gdy z kimś rozmawiam, to nagle jakieś słowo nie daje mi spokoju. Albo gdy czytam, to coś tam się przebija. Albo przez jakiś film.

Najczęściej Go spotykam, gdy miałem trudny dzień, gdy ktoś coś mi powiedział. Jestem wtedy smutny i przygnębiony, wtedy mam ochotę pogadać, bo tak na co dzień to raczej wolę być małomówny. Chcę z nim rozmawiać, gdy jest mi źle, niedobrze, smutno, podle. I to nie jest tak, że ,,jak trwoga to do Boga”.  Gdy opada ten pancerz oczekiwań innych ludzi: oczekiwanie, że będę ciągle pogodny i radosny (czego wymaga praca z ludźmi), że jako mężczyzna to ja będę podporą, zachowam zimną krew i emocjonalne opanowanie. Gdy okazuje się, że mogę być słaby, że nie muszę mówić: ,,Boże, jestem taki szczęśliwy…” ale mogę powiedzieć: ,,Panie, we mnie to kuleje jeszcze to…” (co nie znaczy, że to mi się udaje wykonywać w życiu, może bardziej wolałbym, by tak było). Bo prawda jest taka, że i ja ten radosny i opanowany, i ja ten przygnębiony, to nadal ten sam ja. I że obie te natury są we mnie, obie są potrzebne, i żadna nie jest zła. Smutek i radość, ani to pierwsze nie jest złe, ani to drugie dobre. Emocje z natury po prostu są –  i są neutralne, to czyny dopiero je wartościują.

No bo jak to jest, że ktoś kogoś krzywdzi i to sprawia mu radość, a ja wychodzę z kościoła po Adoracji Najświętszego Sakramentu i czuję doła. Jak to jest, że ktoś wychodzi z mszy i podskakuje, bo właśnie spotkał się z Bogiem, a drugi wychodzi z tego samego spotkania i też spotkał Stworzyciela, ale czuje (daj Boże, żeby tylko) przygnębienie, bo tu jeszcze może przyjść apatia.

Jestem smutny, jestem więc za mało wierzący, pewnie to Bóg mi zesłał ten smutek albo sam się do tego doprowadziłem, bo mam za słabą z Nim relację (o którą nie dbam) –  mogę usłyszeć. A może jestem smutny, powinienem więc pójść do lekarza?

Jestem smutny, coś jest więc ze mną nie tak w tym świecie wiecznej radości i ekstazy.

To znaczy jestem smutny tylko czasem, nie cały dzień. Ale pewnie powinienem nie mieć dołów w ogóle.

Gdy jestem smutny, jakoś łatwiej mi być bliżej Boga, łatwiej z Nim rozmawiać, jakoś lepiej widzę siebie, i jakoś tak opadają ze mnie różne pancerze i stroje, w które ubierają mnie ludzie oraz ja sam siebie. Może ja tego do końca nie rozumiem, ale może te chwile smutku w ciągu dnia lub w ciągu tygodnia to właśnie łaska od Boga, może On chce przez to ze mną się spotykać, bo przecież On mnie zna lepiej niż ja siebie (a może On, jak zawsze, z tego co negatywne wyprowadza jakieś dobro). Nie wiem, dla mnie jest to tajemnicą. Może otrzymam odpowiedź szybko, może jeszcze poczekam.

Ale proszę tylko o to, by nie oceniać czyjegoś smutku tylko przez pryzmat choroby albo tego, że nie chichra się cały dzień i nie przeżywa jakiejś ekstazy tylko dlatego, że ma złą relację z Bogiem albo że niewystarczająco modli się/nie odmówił pięćdziesięciu różańców, przy czym radość spływa przy pięćdziesiątym pierwszym. Nikt z nas tak naprawdę nie wie, jaka łączy go więź z Bogiem, tylko sam Bóg. Może wielu smucących naprawdę nie potrafi być blisko Niego, a może wielu z tych, co się radują, nie radują się z wiary, a z miliona innych powodów (wiele uniesień religijnych wynika z bliskiej więzi duchowej z Panem, ale wiele to też owoc wzbudzania w sobie emocji na gruncie psychologicznym).

Wracałem niedawno po bardzo ciężkim dniu w pracy, trochę się denerwowałem. Zakładam słuchawki, szukam piosenki w telefonie, ciemno, styczeń, wieczór, Lublin. Nagle odnalazłem piosenkę, podnoszę wzrok: przechodzę obok księdza. Zazwyczaj widząc osobę duchowną z daleka, ściągam słuchawki i ją pozdrawiam. Ale byłem już blisko przez to grzebanie w telefonie, plus ciemno i mniej widać. Bach, jestem już tak blisko. Tu w tych słuchawkach, nagle, szybko, z piosenką na uszach mówię odruchowo: ,,Szczęść Boże!”. Ksiądz patrzy na mnie, tylko się uśmiechnął, przekonany pewnie, że i tak bym nie usłyszał odpowiedzi. Ja miałem trudny dzień, ale to nagle wyrzuciło ze mnie złe emocje, dało ukojenie, taki niewielki optymistyczny gest. On pewnie też nie unika w życiu smutku. Dla mnie świadectwem prawdziwej więzi z Bogiem, dobrej więzi z Bogiem jest to, gdy potrafisz spojrzeć komuś w oczy i się uśmiechnąć, i robisz to ze spokojem wypływającym z serca. Minąłem księdza, piosenka którą w trakcie drogi losowo właśnie odtwarzałem na YouTube okazało się ,,Chcę widzieć Cię” zespołu Fisheclectic (dałbym sobie rękę uciąć, że przerwałem swoje słuchanie na Amy Winehouse). Słowa piosenki były jak terapia po ciężkim dniu. Pisałem już, że Bóg przemawia do mnie takim językiem i taką (popkulturalną) wrażliwością, jaką rozumiem ja. Choć często czuję smutek (i nawet jest mi z nim po drodze), częściej uświadamiam sobie, ile w moim życiu jest radości. Dopóki nie nabawiłem się podczas biegu kontuzji i złamania, nie doceniałem jak wspaniałą maszyną są ludzkie nogi, każdy staw, ścięgno i paliczek. Myślę, że gdyby nie smutek, nie docenialibyśmy radości.

 

Zdjęcie na licencji CC0 pobrałem z www.pexels.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.