Archiwa tagu: modlitwawdrodze

Boga nie męczy machanie do nas

Późny wieczór, biegnę po chodniku, z naprzeciwka nadbiega drugi nocny przemierzacz miasta. Pokonuję jakąś wewnętrzną blokadę i zgodnie z biegowym zwyczajem podnoszę prawą dłoń w geście pozdrowienia. Biegacz  popatrzył na mnie z politowaniem i oburzeniem i odbiegł, nasze spojrzenia na szczęście spotkały się tylko na sekundę. Poczułem się dziwnie i tylko nabiłem sobie głowę. Bo jak to, bo ja do niego z pozdrowieniem, z gestem, a on nic? Może już od teraz mam się z nikim nie witać na ścieżce, bo może znowu ktoś mnie odtrąci?

Tak sobie pomyślałem, że tym wyciągającym dłoń jest Bóg, a tym nie potrafiącym na to zareagować jestem często ja. Tylko że On nie tylko nie męczy się wybaczaniem, jak to powiedział papież Franciszek, ale Bóg w zasadzie codziennie przez cały dzień i noc tę dłoń wyciąga, daje o sobie znać, pozdrawia mnie, zaprasza do radosnej interakcji (bo przecież witamy się jako biegacze nie żeby komuś dokuczyć, ale to ma być wyraz radości, solidaryzowania się, życzliwości, życzenia sobie dobrze), a co ja robię? Niewdzięcznik i gbur jestem, ot co.

Moja modlitwa jest rozmową. Kiedyś jeden z księży powiedział na kazaniu, żeby sobie wyobrazić, że wtedy siadam na krześle i rozmawiam z przyjacielem (wydaje mi się, że to taki przykład z cyklu ,,Kazanie Do It Yourself. Pomysły, szkice i wzory” i słuchany przeze mnie kaznodzieja nie jedyny użył tego przykładu, ale mnie to kupiło ileś lat temu). Tylko że ja też jestem tylko człowiekiem. Niekoniecznie chce mi się gadać rano po przebudzeniu, bo nie mam weny. Bo uzależniony od kilku kaw dziennie organizm od razu po przebudzeniu, ,,na już” chce kofeiny, a tu najpierw trzeba wyjść z tego łóżka. Bo po całym dniu to jest o czym gadać, a rano? O czym rano mam rozmawiać? Oczywiście można się uśmiechnąć i poprosić Pana Boga o błogosławieństwo. Ale co, gdy po ludzku – tak zwyczajnie – nie chce się gadać? Pomagają gotowe słowa. Kiedyś sobie myślałem, że no skoro modlitwa to rozmowa, to czy nie lepiej z Bogiem gadać, zamiast Mu mówić gotowe formułki? Wiadomo, że lepiej rozmawiać. Tylko że rano, gdy już do tej kawy mnie ciągnie, a dzień przedstawia się w głowie jak ,,zrobić to, zrobić to, nie zapomnieć o tym, a czy ja w ogóle do wieczora to jakoś się doczłapię?” i już mnie to przygniata, co się jeszcze nie zaczęło, to oprócz prośby o dobry dzień i wdzięczności, że jednak ten kolejny dzień przyszedł (i może bardziej go docenię, niż generalnie jakieś tysiące poprzednich, które wcale mi się nie ,,należały” ale były ,,podarowane”), bardzo mi pomagają gotowe modlitwy. Rano mówię Panu Bogu takie szybkie ,,cześć”, a dopiero wieczorem mogę pogadać. O czym? O minionym dniu, o tym co mi się nie udało jako człowiekowi (i zawsze tym nieudanym jest niewystarczająca miłość), co mnie niepokoi, czego się boję, gdy coś mnie czeka i żeby mnie Pan Bóg jakoś wsparł (albo żebym po prostu wiedział, że nie będę sam), próbuję sobie wtedy też przypominać o tym, żeby się nie niepokoić o jutro, bo ten dzień dzisiejszy i tak ma wiele zmartwień.

Kiedyś pewien rekolekcjonista podczas parafialnych nauk powiedział, że na modlitwie warto prosić, dziękować i przepraszać. I to mi się strasznie podoba, bo znowu jakoś tę rozmowę porządkuje. Myślę, że po rozmowie z Panem Bogiem – takiej zwyczajnej, dobrze znaleźć czas na tę triadę, a później na gotowe ,,formułki”. Najżywsza dla mnie, najbardziej ekscytująca jest taka improwizacja – ta rozmowa z Potężnym Panem, z Lekarzem, Bogiem przeprowadzającym przez pustynię, Stwórcą i Władcą, Architektem i Prawdą, Miłością, Dobrem, ale i z Tatusiem – Rodzicem. Ważne są też tutaj ,,formułki”, by tę modlitwę i Matka Boża zaniosła do Boga, i święci, i Anioł Stróż, i nawet Michał Archanioł.

Ja, w tych chwilach modlitewnego flow, gdy improwizacja jakoś mi idzie, zdarza mi się ma gotowych modlitwach, tych z pamięci ,,odpływać”, nie umieć w nie wsiąknąć. Gdy nie potrafię mówić, bo dzień był słaby lub męczący, i generalnie to tylko jeszcze paciorek i spać, gotowe modlitwy są bardzo pomocne.

Nie jestem specjalistą od komunikacji interpersonalnej z Niebem. Moja modlitwa, jak to u każdego człowieka, nawet w jakiejś tam milionowej części nie zbliża się do tego, co tam w Górze czynią Aniołowie, chwaląc Boga. Nawet mi się często wydaje, że mi ta modlitwa idzie słabo, bo wygrywa ludzka – wspaniała ale jednak marna i słaba – natura. Czasem jest flow i raduję się, dziękuję i proszę, czasem potrafię też ogarnąć swoje błędy, ale najczęściej jest zwyczajnie, tak normalnie, bez fajerwerków.

Bóg przychodzi w ciszy, nie w hałasie. Wybierał ludzi prostych i ich umacniał, dawał im siłę. Wybrał chleb i wino, ludzką naturę, nie miał też powozu tylko sandały, przemawiał przez proste przypowieści i używając przykładów z codziennego życia. Wierzę więc, że i prosta modlitwa jest tym miejscem, w którym On jest. W jednym z wpisów na tym blogu wspominałem, że do Boga zwracam się Tatusiu. Nie wiem, czy odkrycie tego było moim punktem zwrotnym, wiem że to był dla mnie ważny moment. I dzięki temu udało mi się odkryć własną drogę modlitwy. Lata temu ,,spychałem” na koniec dnia jakieś modlitewne combo. Siadałem z różańcem, brewiarzem dla świeckich (wersją jednotomową ze Spotkań Lednickich), jeszcze z nagraniami Modlitwy w Drodze, no i jeszcze tak z pół godzinki Modlitwy Jezusowej w ciszy, hmm…. a co z Koronką do Miłosierdzia Bożego, bo chyba o 15:00 mi się przegapiło, no i coś jeszcze może dodać? Na sam koniec dnia chciałem wepchnąć jakieś modlitewne korepetycje last minute.  Nie trzeba mówić chyba, że taka postawa może prowadzić nie tylko do tego, że zobaczy się ciąg praktyk bez najważniejszego: bez Boga w tym wszystkim. Taka postawa może prowadzić do zwykłego zmęczenia materiału. Mamy w Kościele mnogość praktyk i modlitw, ale to jak z medalikami: nie da się nosić na szyi wszystkich, bo będzie ich za dużo (choć fajnie by było mieć i krzyż, i szkaplerz, i Archanioła Michała, i medalik św. Benedykta, i ten Cudowny z Matką Bożą), ale to jest jakiś wybór, albo przetestowanie tego, co nam w tych modlitwach dodatkowych akurat przypasuje. Do różańca dojrzałem dopiero wtedy, gdy odmawiałem go w drodze: na pociąg, na autobus, w komunikacji miejskiej, trochę ,,na raty” przez cały dzień. Wtedy się zakochałem w tej modlitwie, i choć nadal jej nie odkryłem w pełni, jest moją codzienną lub prawie. Nauczyłem się nie siadać z Panem Bogiem na ostatnią godzinę dnia i zarzucić Go słowami, ale chodzić z Nim przez cały dzień. Gdy coś mnie niepokoi, rzucić ku Panu jakiś akt strzelisty, jakieś słowo, wezwanie, prośbę. Gdy wykonywałem nawet najmniej kreatywną pracę, bo taśmową przez 8 godzin często robiąc coś jednakowego i powtarzalnego, to też przy tej mojej pracy byłem z Nim, czasem coś ofiarowywałem, czasem coś westchnąłem. Gdy udało mi się uniknąć wpadki (bo np. czegoś o mało nie upuściłem) to dziękowałem, gdy spadła mi obok stopy pusta (ale ciężka) paleta i nic się nie stało, także dziękowałem. A gdy musiałem zrobić coś wymagającego, prosiłem. Z tych ,,westchnień” korzystałem też na studiach, gdy moja koleżanka wysyłała do Boga ,,westchnienie” przed moim egzaminem, a ja przed jej.

Wiem, że każdy musi odnaleźć swoją drogę. Długo przekonywałem się do różańca, bo zwyczajnie na początku był dla mnie męczący. Dopiero jego odmawianie w drodze, ,,na raty” pomogło mi z radością zasiadać do niego i odmawiać w całości czasem nawet codziennie. Mam moją stałą modlitwę-rozmowę z Bogiem, podczas której też Mu dziękuję, przepraszam Go, proszę, którą uzupełniam ,,formułkami”. To jest moja podstawa. W wersji extra udaje mi się czasem odmówić nieszpory i kompletę, czasem Modlitwę Jezusową (choć wiem, że ona wymaga regularności i systematyczności). Dzięki fascynacji tą ostatnią, która ma na celu poprzez powtarzanie wybranego zdania lub zwrotu (najczęściej są to słowa: ,,Jezu Chryste, Synu Boga, zmiłuj się nade mną, grzesznikiem”) sprawić, by człowiek tak głęboko przyswoił sobie te słowa, by nieustannie one z niego wypływały, nauczyłem się, że moją modlitwą, moim sposobem na nią, jest bycie z Panem Bogiem przez cały dzień: przy pracy i w pracy, słanie ku Niemu może nie tradycyjnych aktów strzelistych, ale nawet zwykłego ,,dziękuję” albo ,,Boże, pomóż… Tatusiu, Mój Panie…”. Czasem też odzywa się we mnie to zdanie z Modlitwy Jezusowej. To mi pomaga odnaleźć jakąś bliskość. Że generalnie prawie wszyscy tak robią? Że prawie wszyscy zanoszą takie krótkie westchnienia do Boga? Jasne, bo to nie jest jakaś metoda tajemna i wiedza ukryta. To coś normalnego, tylko że niektórzy, jak na przykład ja, do prostych rzeczy muszą dochodzić na około (po prostu i oni, i ja, tacy się urodziliśmy, że sobie komplikujemy, zanim dojdziemy do oczywistości).

Wierzę, że skoro Bóg przychodzi w ciszy i w owocach ludzkich rąk, to można Go także odnaleźć w bardzo prostej modlitwie, w rozmowie. Nie trzeba być gadatliwym, bo każdy z nas jest tylko człowiekiem i czasem ma się ,,focha” na cały świat. Próbuję z Nim być, coś ,,westchnąć”. Czy mi się udaje? Chociaż jakoś odkryłem już ,,jak” w moim przypadku powinno to wyglądać, choć wiem jak wiele Bóg mi daje choć niekoniecznie potrafię dobrze prosić, i jak wiele mi daje tego o co nie prosiłem, gdy dziękuję, to mam wrażenie, że nadal nie doceniam tego piękna modlitwy, tego że mogę tak w każdej chwili, w zasadzie w każdych okolicznościach z Nim pogadać. Że On tę dłoń wyciąga na powitanie jak w tej mojej biegowej opowieści, a to ja jestem tym, który spod byka spogląda i odbiega. A co On na to? Nie zniechęca się, tylko dalej czeka, aż Mu odmacham, aż klęknę i powiem: ,,Panie Boże, dziś najpierw pogadam z Tobą a potem wrócę do innych spraw”. Niestety, często mi jakoś wychodzi na odwrót.

Zdjęcie na licencji CC0 pochodzi ze strony www.pexels.com