Archiwa tagu: Bóg

Boga nie męczy machanie do nas

Późny wieczór, biegnę po chodniku, z naprzeciwka nadbiega drugi nocny przemierzacz miasta. Pokonuję jakąś wewnętrzną blokadę i zgodnie z biegowym zwyczajem podnoszę prawą dłoń w geście pozdrowienia. Biegacz  popatrzył na mnie z politowaniem i oburzeniem i odbiegł, nasze spojrzenia na szczęście spotkały się tylko na sekundę. Poczułem się dziwnie i tylko nabiłem sobie głowę. Bo jak to, bo ja do niego z pozdrowieniem, z gestem, a on nic? Może już od teraz mam się z nikim nie witać na ścieżce, bo może znowu ktoś mnie odtrąci?

Tak sobie pomyślałem, że tym wyciągającym dłoń jest Bóg, a tym nie potrafiącym na to zareagować jestem często ja. Tylko że On nie tylko nie męczy się wybaczaniem, jak to powiedział papież Franciszek, ale Bóg w zasadzie codziennie przez cały dzień i noc tę dłoń wyciąga, daje o sobie znać, pozdrawia mnie, zaprasza do radosnej interakcji (bo przecież witamy się jako biegacze nie żeby komuś dokuczyć, ale to ma być wyraz radości, solidaryzowania się, życzliwości, życzenia sobie dobrze), a co ja robię? Niewdzięcznik i gbur jestem, ot co.

Moja modlitwa jest rozmową. Kiedyś jeden z księży powiedział na kazaniu, żeby sobie wyobrazić, że wtedy siadam na krześle i rozmawiam z przyjacielem (wydaje mi się, że to taki przykład z cyklu ,,Kazanie Do It Yourself. Pomysły, szkice i wzory” i słuchany przeze mnie kaznodzieja nie jedyny użył tego przykładu, ale mnie to kupiło ileś lat temu). Tylko że ja też jestem tylko człowiekiem. Niekoniecznie chce mi się gadać rano po przebudzeniu, bo nie mam weny. Bo uzależniony od kilku kaw dziennie organizm od razu po przebudzeniu, ,,na już” chce kofeiny, a tu najpierw trzeba wyjść z tego łóżka. Bo po całym dniu to jest o czym gadać, a rano? O czym rano mam rozmawiać? Oczywiście można się uśmiechnąć i poprosić Pana Boga o błogosławieństwo. Ale co, gdy po ludzku – tak zwyczajnie – nie chce się gadać? Pomagają gotowe słowa. Kiedyś sobie myślałem, że no skoro modlitwa to rozmowa, to czy nie lepiej z Bogiem gadać, zamiast Mu mówić gotowe formułki? Wiadomo, że lepiej rozmawiać. Tylko że rano, gdy już do tej kawy mnie ciągnie, a dzień przedstawia się w głowie jak ,,zrobić to, zrobić to, nie zapomnieć o tym, a czy ja w ogóle do wieczora to jakoś się doczłapię?” i już mnie to przygniata, co się jeszcze nie zaczęło, to oprócz prośby o dobry dzień i wdzięczności, że jednak ten kolejny dzień przyszedł (i może bardziej go docenię, niż generalnie jakieś tysiące poprzednich, które wcale mi się nie ,,należały” ale były ,,podarowane”), bardzo mi pomagają gotowe modlitwy. Rano mówię Panu Bogu takie szybkie ,,cześć”, a dopiero wieczorem mogę pogadać. O czym? O minionym dniu, o tym co mi się nie udało jako człowiekowi (i zawsze tym nieudanym jest niewystarczająca miłość), co mnie niepokoi, czego się boję, gdy coś mnie czeka i żeby mnie Pan Bóg jakoś wsparł (albo żebym po prostu wiedział, że nie będę sam), próbuję sobie wtedy też przypominać o tym, żeby się nie niepokoić o jutro, bo ten dzień dzisiejszy i tak ma wiele zmartwień.

Kiedyś pewien rekolekcjonista podczas parafialnych nauk powiedział, że na modlitwie warto prosić, dziękować i przepraszać. I to mi się strasznie podoba, bo znowu jakoś tę rozmowę porządkuje. Myślę, że po rozmowie z Panem Bogiem – takiej zwyczajnej, dobrze znaleźć czas na tę triadę, a później na gotowe ,,formułki”. Najżywsza dla mnie, najbardziej ekscytująca jest taka improwizacja – ta rozmowa z Potężnym Panem, z Lekarzem, Bogiem przeprowadzającym przez pustynię, Stwórcą i Władcą, Architektem i Prawdą, Miłością, Dobrem, ale i z Tatusiem – Rodzicem. Ważne są też tutaj ,,formułki”, by tę modlitwę i Matka Boża zaniosła do Boga, i święci, i Anioł Stróż, i nawet Michał Archanioł.

Ja, w tych chwilach modlitewnego flow, gdy improwizacja jakoś mi idzie, zdarza mi się ma gotowych modlitwach, tych z pamięci ,,odpływać”, nie umieć w nie wsiąknąć. Gdy nie potrafię mówić, bo dzień był słaby lub męczący, i generalnie to tylko jeszcze paciorek i spać, gotowe modlitwy są bardzo pomocne.

Nie jestem specjalistą od komunikacji interpersonalnej z Niebem. Moja modlitwa, jak to u każdego człowieka, nawet w jakiejś tam milionowej części nie zbliża się do tego, co tam w Górze czynią Aniołowie, chwaląc Boga. Nawet mi się często wydaje, że mi ta modlitwa idzie słabo, bo wygrywa ludzka – wspaniała ale jednak marna i słaba – natura. Czasem jest flow i raduję się, dziękuję i proszę, czasem potrafię też ogarnąć swoje błędy, ale najczęściej jest zwyczajnie, tak normalnie, bez fajerwerków.

Bóg przychodzi w ciszy, nie w hałasie. Wybierał ludzi prostych i ich umacniał, dawał im siłę. Wybrał chleb i wino, ludzką naturę, nie miał też powozu tylko sandały, przemawiał przez proste przypowieści i używając przykładów z codziennego życia. Wierzę więc, że i prosta modlitwa jest tym miejscem, w którym On jest. W jednym z wpisów na tym blogu wspominałem, że do Boga zwracam się Tatusiu. Nie wiem, czy odkrycie tego było moim punktem zwrotnym, wiem że to był dla mnie ważny moment. I dzięki temu udało mi się odkryć własną drogę modlitwy. Lata temu ,,spychałem” na koniec dnia jakieś modlitewne combo. Siadałem z różańcem, brewiarzem dla świeckich (wersją jednotomową ze Spotkań Lednickich), jeszcze z nagraniami Modlitwy w Drodze, no i jeszcze tak z pół godzinki Modlitwy Jezusowej w ciszy, hmm…. a co z Koronką do Miłosierdzia Bożego, bo chyba o 15:00 mi się przegapiło, no i coś jeszcze może dodać? Na sam koniec dnia chciałem wepchnąć jakieś modlitewne korepetycje last minute.  Nie trzeba mówić chyba, że taka postawa może prowadzić nie tylko do tego, że zobaczy się ciąg praktyk bez najważniejszego: bez Boga w tym wszystkim. Taka postawa może prowadzić do zwykłego zmęczenia materiału. Mamy w Kościele mnogość praktyk i modlitw, ale to jak z medalikami: nie da się nosić na szyi wszystkich, bo będzie ich za dużo (choć fajnie by było mieć i krzyż, i szkaplerz, i Archanioła Michała, i medalik św. Benedykta, i ten Cudowny z Matką Bożą), ale to jest jakiś wybór, albo przetestowanie tego, co nam w tych modlitwach dodatkowych akurat przypasuje. Do różańca dojrzałem dopiero wtedy, gdy odmawiałem go w drodze: na pociąg, na autobus, w komunikacji miejskiej, trochę ,,na raty” przez cały dzień. Wtedy się zakochałem w tej modlitwie, i choć nadal jej nie odkryłem w pełni, jest moją codzienną lub prawie. Nauczyłem się nie siadać z Panem Bogiem na ostatnią godzinę dnia i zarzucić Go słowami, ale chodzić z Nim przez cały dzień. Gdy coś mnie niepokoi, rzucić ku Panu jakiś akt strzelisty, jakieś słowo, wezwanie, prośbę. Gdy wykonywałem nawet najmniej kreatywną pracę, bo taśmową przez 8 godzin często robiąc coś jednakowego i powtarzalnego, to też przy tej mojej pracy byłem z Nim, czasem coś ofiarowywałem, czasem coś westchnąłem. Gdy udało mi się uniknąć wpadki (bo np. czegoś o mało nie upuściłem) to dziękowałem, gdy spadła mi obok stopy pusta (ale ciężka) paleta i nic się nie stało, także dziękowałem. A gdy musiałem zrobić coś wymagającego, prosiłem. Z tych ,,westchnień” korzystałem też na studiach, gdy moja koleżanka wysyłała do Boga ,,westchnienie” przed moim egzaminem, a ja przed jej.

Wiem, że każdy musi odnaleźć swoją drogę. Długo przekonywałem się do różańca, bo zwyczajnie na początku był dla mnie męczący. Dopiero jego odmawianie w drodze, ,,na raty” pomogło mi z radością zasiadać do niego i odmawiać w całości czasem nawet codziennie. Mam moją stałą modlitwę-rozmowę z Bogiem, podczas której też Mu dziękuję, przepraszam Go, proszę, którą uzupełniam ,,formułkami”. To jest moja podstawa. W wersji extra udaje mi się czasem odmówić nieszpory i kompletę, czasem Modlitwę Jezusową (choć wiem, że ona wymaga regularności i systematyczności). Dzięki fascynacji tą ostatnią, która ma na celu poprzez powtarzanie wybranego zdania lub zwrotu (najczęściej są to słowa: ,,Jezu Chryste, Synu Boga, zmiłuj się nade mną, grzesznikiem”) sprawić, by człowiek tak głęboko przyswoił sobie te słowa, by nieustannie one z niego wypływały, nauczyłem się, że moją modlitwą, moim sposobem na nią, jest bycie z Panem Bogiem przez cały dzień: przy pracy i w pracy, słanie ku Niemu może nie tradycyjnych aktów strzelistych, ale nawet zwykłego ,,dziękuję” albo ,,Boże, pomóż… Tatusiu, Mój Panie…”. Czasem też odzywa się we mnie to zdanie z Modlitwy Jezusowej. To mi pomaga odnaleźć jakąś bliskość. Że generalnie prawie wszyscy tak robią? Że prawie wszyscy zanoszą takie krótkie westchnienia do Boga? Jasne, bo to nie jest jakaś metoda tajemna i wiedza ukryta. To coś normalnego, tylko że niektórzy, jak na przykład ja, do prostych rzeczy muszą dochodzić na około (po prostu i oni, i ja, tacy się urodziliśmy, że sobie komplikujemy, zanim dojdziemy do oczywistości).

Wierzę, że skoro Bóg przychodzi w ciszy i w owocach ludzkich rąk, to można Go także odnaleźć w bardzo prostej modlitwie, w rozmowie. Nie trzeba być gadatliwym, bo każdy z nas jest tylko człowiekiem i czasem ma się ,,focha” na cały świat. Próbuję z Nim być, coś ,,westchnąć”. Czy mi się udaje? Chociaż jakoś odkryłem już ,,jak” w moim przypadku powinno to wyglądać, choć wiem jak wiele Bóg mi daje choć niekoniecznie potrafię dobrze prosić, i jak wiele mi daje tego o co nie prosiłem, gdy dziękuję, to mam wrażenie, że nadal nie doceniam tego piękna modlitwy, tego że mogę tak w każdej chwili, w zasadzie w każdych okolicznościach z Nim pogadać. Że On tę dłoń wyciąga na powitanie jak w tej mojej biegowej opowieści, a to ja jestem tym, który spod byka spogląda i odbiega. A co On na to? Nie zniechęca się, tylko dalej czeka, aż Mu odmacham, aż klęknę i powiem: ,,Panie Boże, dziś najpierw pogadam z Tobą a potem wrócę do innych spraw”. Niestety, często mi jakoś wychodzi na odwrót.

Zdjęcie na licencji CC0 pochodzi ze strony www.pexels.com

Czy katolik może?

Kilka lat temu zadawałem sobie postawione w tytule pytanie często. Nie był to w moim życiu poziom ,,początkujący” ale może już ,,średnio zaawansowany”

Może, a może to było nadal katolickie, używając terminologii z nauki języków obcych, A1. Czytałem wtedy książki omawiające naukę Kościoła katolickiego, czytałem Stary i Nowy Testament, dla kilku wydawnictw chrześcijańskich recenzowałem książki. Chciąc, nie chcąc, na coś religijnego natrafiałem. A mimo to zadawałem sobie pytania o to, czy katolik może: czytać fantasy, słuchać metalu, a co z rockiem? O mocniejszej muzyce hardcore wtedy jeszcze nie słyszałem. No dobra, masz fantasy, takiego Tolkiena i C.S. Lewisa. Baśnie pisał przecież autorytet religijny George MacDonald. Thrillery inny pobożny pisarz – Charles Williams. Zanim w telewizji pojawił się pierwszy odcinek detektywa w sutannie – ojca Mateusza, Chesterton pisał takie kryminały i thrillery (to on wymyślił detektywa-księdza), że głowa boli, tak dobre. To więc gatunki ,,poświęcone” już. A co z Potterem? A co z Wiedźminem?

No bo przecież egzorcyści. A jeśli ten diabeł to tak serio?

Podobają mi się dwie rzeczy, które napisał C.S. Lewis w Listach starego diabła do młodego (a, i jeszcze uwaga: czy katolik może czytać książkę pod takim tytułem? Może to jednak prowokowanie złego?). Pierwsza to taka, że diabeł boi się wyśmiania. Może to dlatego działa tak arcypoważnie, wymusza to, żeby traktować go jak najbardziej na serio, wszędzie widzieć, na każdym kroku bać, o wszystko zło podejrzewać. Żeby we własnych oczach hiperbolizować jego działanie. On nie lubi, gdy nazywasz go, przepraszam za słowa, ale frajerem, psem i ofiarą. Pokonał go Bóg, przecież to On-Pan jest najmocniejszy, każe się nie bać. A często kulimy się i lękamy jak bezpańskie psy. W tej chwili, gdy On stał się jednym z nas, gdy umarł i powstał (a my żyjemy w ciągłej Niedzieli Wielkanocnej), nic nam nie grozi. Nawet jeśli zniszczą nasze ciało, nie zniszczą ducha (jak u Hemingeway’a: ,,człowieka można zniszczyć, ale nie można go pokonać” czy jakoś tak).

A druga rzecz od Lewisa to taka, że piekło to takie policyjne państwo, sformalizowane. Dla Lewisa, gdy pisał te słowa w latach 40., czyli gdy był świadkiem upadku i zniszczenia człowieka w Europie, zło i piekło zaczynało się od myśli, idei, rozkazu wydanego przez kogoś eleganckiego w białej koszuli, pod krawatem. Komora gazowa i obóz koncentracyjny to było następstwo tego zła, apogeum tego zła i cierpienia. Jądrem ciemności było to, co poprzedzało.

Diabeł by chciał, żeby to tak działało: oglądasz film, czytasz książkę i już jesteś opętany. To działa chyba inaczej: najpierw jest odejście od Boga, zbuntowanie się przeciw Niemu, odrzucenie Go, pycha, zamknięcie drogi łasce, zrobienie miejsca w swoim sercu dla demonów. Diabeł chce, żeby człowiek odrzucił Boga. I do tego może wykorzystać wszystko, nawet Pottera. Nie przyglądałem się temu, co mówią egzorcyści, ale zawsze polegam logice. Skoro szatan to kłamca, to dlaczego wierzy mu się, że przy egzorcyzmach wskazuje na Pottera? Nie jest to moja obrona książki, której akurat nie czytałem. Ale takie pytanie, które sam sobie zadałem (szczególnie, że na miliony czytelników cyklu, spośród których też znam osobiście kilka nieopętanych osób) wskazuje się na kilkunastu opętanych-mających związki z książką?

Wybranie zła i Złego to odrzucenie Boga. Jeśli zaczynasz wierzyć horoskopom, stawiasz sobie runy lub tarota, fascynuje cię magia i wróżby, to przecież odrzucasz Boga, bo Mu nie ufasz. Jeśli czytasz Pottera, bo chcesz czarować i fascynuje cię okultyzm, to takie użycie jest już tym odejściem od Pana. To tak jak z nożem: możesz dzięki niemu przygotować kolację dla bliskich i sprawić im radość, a ktoś to narzędzie może użyć do odebrania komuś życia.

Ta postawa dzielenia prowadzi do tego, że dzielisz filozofię na tych ,,kościółkowych” i tych ,,heretyków”. Ta postawa mówi, że tę książę można czytać, a tę odrzucić. Kilka lat temu straszono ,,Kodem Leonarda da Vinci”. W moim mieście jeden z proboszczów, nadając sobie samemu szczególne uprawnienia, chciał ekskomunikować głosujących na Ruch Palikota (choć oczywiste jest, że choć polityka to brudna sprawa, ktoś wyznający wiarę w Chrystusa będzie wiedział dlaczego ma zagłosować lub nie na konkretną partię, nie trzeba go zastraszać). Nie przeczytam ,,Kodu…”, bo jest wiele innych książek, a i tak wszystkich nie będę w stanie w ciągu życia przeczytać. Nie przeczytam, bo mnie nie ciekawi ta tematyka. Nie przeczytam, bo znam zarys fabuły, i jeśli w takim świetle jest ukazany Chrystus – czyli mój Bliski, Bóg Żywy (a nie abstrakcja, figura literacka itd.), to jeśli coś złego pisze się o kimś mi bliskim, to nie czytam tego. To mój wyznacznik. Jeśli ktoś obraża Boga, a ja wierzę w Niego, to po co się w tym taplać? To mój wyznacznik wyborów kulturalnych i popkulturalnych – nie czy coś polemizuje z moją wiarą, ale czy nie obraża Boga. Bo jeśli polemizuje, to mogę wysłuchać, ale i tak wiem, że pewien zestaw dogmatów i prawd jest dla mnie stały, obowiązuje mnie ,,na starcie” z chwilą chrztu. I w moim umyśle, wielokrotnie przemyślane, są spójne, starałem się je pojmować rozumowo, i nic mi się tu nie wyklucza (dzięki m.in. przywoływanemu Lewisowi).

Ktoś uformowany: przyjmujący sakramenty, czytający absolutnie najważniejszą dla niego treść – Biblię, doczytujący książki, które nie są podejrzane (np. nie są sekciarskie), modlący się i przyjmujący łaskę Bożą – będzie odpowiednio uformowany. I nawet gdy trafi na książkę, która będzie podejrzana, sekciarska i inna, to on będzie wiedział, gdzie jest niespójna z jego wiarą, nie będzie jej chwytał. Duchowni potrafią znaleźć elementy religii nawet u Rowling. U Tolkiena to oczywistość, ale jeśli ktoś chce, to i u niego znajdzie coś złego (powstała nawet książka pt. Władca Pierścieni albo kuszenie zła, ale czytasz na własne ryzyko ;)). Z kulturą popularną to jest tak, że znajdziesz w niej to, czego szukasz. Mnie kiedyś do pionu postawiła Sala samobójców, a nawet jakieś durne paradokumenty w stylu Ukrytej prawdy. Jeśli wierzysz Bogu, to może na ciebie wpłynąć nawet gadająca oślica, albo pies i ptaki, które nie muszą się lękać o jutro.

Otoczka ,,zakaznego” już kusi od czasów Ogrodu Eden. Czasem jednak to, co odradzane i kontrowersyjne, jakieś np. książki, jest to po prostu bezwartościowe, marnie wykonane i szkoda na to czasu. Gdyby było cenne, broniłoby się samo, a nie oczekiwało na kontrowesję.

Nie jest problemem forma, nie kryteria: czy to mocne dźwięki?, czy książka to fantasy?. Nie trzeba zawsze czytać wszystkiego, co ma na okładce oznaczenie ,,kościołkowe”. Jeśli twórca nie odrzuca Boga, jeśli Go nie kontestuje, nie przemyca treści szkodzących wierze. Jeśli jesteś osobą wierzącą, która dba o formację ducha, czyta przede wszystim Biblię, będziesz wiedział, co jest przeciwne wierze i to odrzucał, szukając między wersami treści dobrych, rozwijających, które mogą ci pomóc. Taki Coelho – po przeczytaniu z ciekawości i krytycznie jego Alchemika stwierdziłem, że to książka nieszkodliwa, ale potrafiąca namieszać w głowie, bo jest trochę sekciarska i tę sekciarskość okrasza cytatami z Biblii. Tylko że Coelho wielu pomaga powrócić do Kościoła, tworzy pewną wizję Boga, którą dopiero kapłani i pobożna lektura potrafią odpowiednio doprowadzić na właściwe tory. Nie polecam czytać naczelnego mądrali, bo sięga po metody sekciarskie, ale pomaga jednak ludziom. Tak, Boża łaska może nawet zadziałać przez Coelho. I przez Rowling, albo Salę samobójców.

Fot. CC0 z: www.pexels.com

Bóg w którego wierzę jest dobry, nie okrutny

Do mojego Boga mówię czasem wprost:  ,,Tatusiu”. Jest potężnym Panem, Stwórcą mającym moc nad światem, a złe duchy i największe szkodniki duchowe drżą przed Nim i boją się Go. Mój Pan – nasz Pan – jest wielki i ma moc. Ale dla mnie jest troskliwym Tatusiem.  I mam też ,,podkładkę” Biblijną. Po aramejsku ,,abba” oznacza ,,ojczulku”.

Oczywistością jest, że Bóg jest dobry. No właśnie: oczywistością. Czy aby na pewno? Bo jest takie powiedzenie, że kogo Bóg kocha, tego karze. Wydaje mi się, że należny szacunek wobec Pana -potężnego Boga często mylimy z lękiem. I na ,,w razie czego” coś tam odmówimy, żeby nic złego nas nie spotkało. To trochę trąci niechrześcijaństwem, ale o tym za chwilę.

Dobry

Kilka lat temu przeczytałem książkę, która zmieniła moje myślenie. To był taki czas, że już odkryłem, że bardzo dużo pozycji chrześcijańskich pokrywa się ze sobą. Ale to, co tam przeczytałem, było jakby nowe. Niby oczywiste, ale nowe. Z lektury książki Dobry i piękny Bóg nie pamiętam już niczego, poza jednym: Bóg jest dobry i miłosierny, i chce dla nas jak najlepiej. Oczywistość, co nie? Piękna książka Katarzyny Olubińskiej Bóg w wielkim mieście w prawie każdym wywiadzie i słowach Autorki tylko tę prawdę przypomina. Ojciec Adam Szustak, Tomasz z Kempis w O naśladowaniu Chrystusa, siostra Faustyna Kowalska w Dzienniczku. Przypomina Papież Franciszek, a także mistycy chrześcijańscy. Wreszcie: Biblia (nie tylko w przypowieści o synu marnotrawnym, ale i w tej cierpliwości Boga wobec Izraelitów).

Często w swoim życiu zachowuję się jak Jonasz, który najchętniej ukryłby się przed Bogiem, wszedł w takie miejsce, by mnie Bóg nie zobaczył. Albo jak pierwsi ludzie w Eden, gdy się oddalili od Boga. I wiem, że On mnie i tak kocha, ale mi głupio, że mimo Jego miłości ja nie potrafię czasem jej odwzajemnić wobec innych. I wiem, że bardzo często robiąc coś złego przede wszystkim krzywdzę i szkodzę samemu sobie. To nie jest tak, że muszę robić dobre rzeczy, bo to coś Bogu nagle da. Ja je muszę robić, przede wszystkim dla siebie, bo to mnie rozwija i zbliża do Boga. Muszę robić dobre rzeczy, bo mój Bóg jest dobry, i gdy robię rzeczy piękne i budujące, to przekazuję światu to, co On mi dał. Bo On jest Stwórcą i Twórcą, On buduje nie zaś niszczy. I to, co buduje, pochodzi od Niego. Gdy zaś zrobię coś złego, zasmucam Boga, bo On jest moim Ojcem, bo On się o mnie martwi – o to, jak sam sobie szkodzę.

Cierpię z tego powodu. I czasem w tym cierpieniu, w tym bólu, w załamaniu, jest Jego Głos. Mój duchowy autorytet – C.S. Lewis w książce Problem cierpienia napisał, że Bóg nie zsyła na nas cierpienia, On je wykorzystuje. Cierpienie świata tu było już, gdy tylko pierwszy człowiek zgrzeszył. Człowiek przyniósł na świat marność i ona tu jest. Cierpimy, bo taki jest już świat. Bo bardzo często albo sami sobie szkodzimy, albo wyrządzają nam cierpienie inni, albo po prostu dlatego, że choć nie zasłużyliśmy sobie na to, ten świat po prostu już jest marnością (i to by wyjaśniało wiele chorób, które nie muszą być ,,karą za…” ale są konsekwencją tego, że wraz z upadkiem człowieka na świecie jest grzech, ból rodzenia, śmiertelność i choroby). I gdy człowiek cierpi, Bóg może przez to doświadczenie coś mu powiedzieć, skłonić go do pokory, nawrócenia, przewartościowania życia. Gdy jesteś na dnie i trochę spokorniejesz, zaczynasz widzieć nowe rzeczy. Bóg tego cierpienia nie zsyła, On je twórczo wykorzystuje. Zastaje człowieka w bagnie, już w fakcie dokonanym, i próbuje mu pomóc, by jakoś temu zaradzić. Bóg chciałby, żebym się nie pogubił. Ale gdy już upadnę, to On próbuje jakoś tej sytuacji zaradzić, wyciągnąć z niej jak najlepszą rzecz. Dobrze, gdybym nie upadł (On tego nie chciał). Ale jak już upadłem, to Bóg może mi podsunąć jakąś myśl, by te siniaki i rany nie poszły na darmo to może chociaż żebym przy tej okazji coś zrozumiał. Genialna jest metafora Lewisa. On pisze, że cierpienie jest ,,megafonem” Boga.

,,Uświadom to sobie, sobie”

Uświadomienie sobie, że to nie Bóg zsyła cierpienie, jest dla mnie kluczowe. Bo ta myśl mi przypomina, że mój Bóg nie jest mitologicznym bóstwem, które jest okrutne.  To też mnie uwalnia od pogańskiego podejścia do wiary: takiego, które wmawia mi, że jeśli nie odmówię różańca, to spotka mnie kara. Jeśli nie pójdę do kościoła w środku tygodnia (nie w dzień nakazany, gdy mam obowiązek, ale tak ,,po prostu”) to coś złego mnie spotka. A gdy zdarzy mi się coś przykrego, to nie będę sobie wmawiał, że ,,to dlatego, że miałem przed wyjściem posłuchać religijnej piosenki, a wybrałem jakiś pop”. W relacjach ludzkich miłość oparta na strachu i lęku, daleka jest od miłości prawdziwej. Z miłości do Boga powinienem odmówić dodatkową modlitwę, odwiedzić kościół, posłuchać dobrych treści chwalących Boga. Z miłości powinienem ,,chcieć”, nie ze strachu ,,musieć”.

Piszę to, bo bardzo często przychodzą mi do głowy takie myśli, że może ta przykra rzecz zdarzyła się, bo zrobiłem coś złego, albo właśnie czegoś nie zrobiłem. Gdy spotyka kogoś z moich bliskich cierpienie, że to nie jest kara, ale taki po prostu już jest świat. I choć wiem, że On wtedy jest blisko i czasem chce mi coś przez to doświadczenie powiedzieć, umocnić relację z Nim lub z drugim człowiekiem, pozwolić coś docenić, muszę sobie ponownie uświadamiać, że Bóg, w którego wierzę, nie siedzi z notatnikiem i programem lojalnościowym hipermarketu i nie działa na zasadzie: ,,za dwa różańce i siedem minut pobożnej piosenki odsunę chorobę, a jak doda do tego jeszcze nieszpory i kompletę, to ma w bonusie spokój na kolejny tydzień”. Nie mówię tu o modlitwie błagalnej, albo w czyjejś intencji, nie mówię o prośbie o cud albo jakąś łaskę. Mówię o patrzeniu na Boga w sposób pogański: jak na okrutnika chcącego prezentów, bo jak nie, to będzie kara.

Bóg, w którego wierzę, jest dobry i miłosierny.

Nie wiem, co na to teologia. Nie wiem, co u innych. Wiem, że Bóg, w którego wierzę, jest dobry i miłosierny. Nie chce dla mnie źle i nie cieszy Go moje cierpienie, ale gdy już mnie spotka coś bolesnego, to pomaga mi wyjść z tego, albo chociaż coś z tego wynieść, co przyczyni się do mojego wzrostu. Wiem, że jest potężny, mocny i ma taką moc, że może to wszystko zniszczyć, ale tego nie robi, bo mnie kocha. Wiem, że złe duchy przed Nim drżą, ale dla ludzi, dla mnie osobiście jest kochanym Tatusiem. Ja w to wierzę.

Bóg, w którego wierzę, jest dobry i miłosierny.Kolejny raz sobie o tym przypominam, gdy ból i cierpienie spotyka kogoś z moich bliskich, a więc i mnie. Wiem, że taki jest po prostu świat – jest w nim cierpienie, które wcale nie musi być karą od Boga. Wtedy słucham, czego ta sytuacja może mnie nauczyć, co Bóg chce mi pokazać i powiedzieć, wykorzystując do tego już zastaną sytuację. Wtedy też, jak Żydzi w niewoli babilońskiej wspominam te wielkie rzeczy, które dotychczas Bóg uczynił w moim życiu i moich bliskich. Te wszystkie beznadziejne sytuacje – te wielkie cuda, i te mniejsze prezenty, które nam dał. Bo jest dobry.

 

Zdjęcie na licencji CC0 pochodzi ze strony: www.pexels.com

 

Mów do mnie Panie, i w rapie, i na Instagramie

Bóg do nas przemawia. Czasem Go słyszymy, a czasem nie. Nie wiem od czego to zależy, no bo przecież nie zawsze od naszej niechęci. Nie zawsze też od zabiegania. Czasem Go nie słyszymy, bo się boimy, bo nie mamy stuprocentowej pewności. Wiele razy po kilku miesiącach uderzam się w głowę, czując coś w stylu: ,,aaa, to o to chodziło. To dlatego mi nie wyszło, bo…, a więc wszystko się teraz układa”. Serio, w ostrożności potrafię zajść daleko, ale są takie chwile, gdy wszystkie kropki zaczynają mi się łączyć. I wtedy sobie myślę, że chyba kolejny raz nie usłyszałem Głosu. A wierzę, nie mam wiedzy tylko właśnie przekonanie lub wiarę, że Bóg chce mi coś powiedzieć. Skąd wiem? Bo czuję wtedy, że to coś dobrego, coś budującego, coś motywującego do działania, albo do nadziei. Nie wiem, po prostu wtedy wierzę, że to On. Ale muszę wtedy być ostrożny, bo zawsze gdy Go słyszę, On wykorzystuje do tego mój język – język popkultury.

To nie był wpis planowany z racji początku adwentu. Średnio mi wychodzi planowanie, co zresztą widać po moim blogu, który jest jak już prawie obumarła paproć, która nagle dostaje kroplę wody i może ją to jeszcze chwilę podtrzymać. Prawie to wszystko uschło, a tu nagle zjawiam się po ponad roku.

Boję się, jak wielu ludzi, nagłej a niespodziewanej śmierci, np. w wypadku komunikacyjnym. Ale już kilka niebezpieczeństw przeżyłem i prawie straciłem życie. Nie liczę już drugich i tych siedemdziesiątych szans. Bo to zawsze jest mniej niż ułamek sekundy, gdy robi się przed oczami ta ciemność, a potem człowiek wie, że już jest dobrze. Ten wpis nie był planowany, ale jest owocem tej chwilowej przerwy między oczami, która jest przed przebudzeniem, ale po chwilowej ciemności.

No i nigdy nie korzystałem na tym blogu z pisania bardzo osobistego. Tak że tego…

Od kilku miesięcy trwa u mnie stan zmian. Pewne rzeczy porzuciłem, nad innymi myślę, porządkuję swoją teraźniejszość. Sporo nie wychodzi, ale czuję ciągłą nadzieję i nieopisany entuzjazm, który nie nie mija, jak zawsze w moim życiu gdy coś przeczytam lub usłyszę, po kilku dniach. On trwa już 5 miesięcy – 5 miesięcy ciągłej motywacji do działania, do zrobienia czegoś fajnego. To tak z jednej strony, bo z drugiej sporo też nie wychodzi. I ten stan napięcia, poddenerwowania, ,,poszukiwania” nie ułatwia niczego. Stopniowo człowiek tu nie odpowie uśmiechem, tam się zirytuje, tu jeszcze jest nieobecny myślami. Stopniowo staje się niewrażliwy na siebie.

I zapomina o tym, co najważniejsze: o drugim człowieku. O tym, żeby czerpać radość z kontaktu z innymi, cieszyć się ludźmi wokół, porzucić ponurość i przygnębienie, pewną oschłość. Nie wiem co jeszcze, przyszło mi do głowy tych kilka rzeczy, zapisałem je sobie, gdybym złapał się na tym, że znowu ,,odpływam”, że błądzę gdzieś myślami, zamiast czerpać radość z bycia blisko innych. Gdyby zdarzyło się, że nie umiem doceniać w rutynie dnia tego, że wokół mnie są inni ludzie. Zapominamy o tym, wiem, bo tak działa nasz mózg: przyzwyczaja się, a potem w chwili straty uświadamia sobie, że jechaliśmy na autopilocie i ta stabilizacja wokół, która właśnie się skończyła, wcale nie była tak oczywista. Wstajemy rano i w pośpiechu wybiegamy z domu albo wpadamy w rutynę, a zapominamy, że wiele osób tej nocy odeszło, a i dla każdego z nas kiedyś nie wstanie dzień.

Nie wiem, czy wszyscy wokół zapominamy jeszcze o jednym. Ja przynajmniej często o tym zapominam. Trzy lata temu zacząłem słuchać przygodnie reggae, wiedziałem o pewnej banalności przekazów, ale oczywistości są ludziom potrzebne, bo o nich zapominają: radość, uśmiech, poszukiwanie pogodnych stron świata i życia, cieszenie się chwilą – nie hedonistyczne, ale świadome, wynikające z wdzięczności wobec świata. I jeszcze coś: jesteśmy braćmi i siostrami. Jezus jest naszym Bratem i Przyjacielem. My wobec siebie też jesteśmy braćmi. Podajemy sobie dłoń podczas mszy, mamy sobie pomagać. Mamy być bliźnimi miłującymi dla wszystkich: dla chrześcijan i dla niewierzących. Bo jesteśmy Świątynią Boga, członkami jednego Ciała – Chrystusa. Przypomina mi się polski pozytywizm i organicyzm: gdy jedna część tego organizmu cierpi, bo coś ją boli, cierpi wtedy całe ciało. Gdy boli mnie ząb albo złamany palec, cierpię cały.

Gdy sobie uświadomię, że ludzie wokół mnie są moimi braćmi i siostrami, gdy tę oczywistość wpoję w życie, tę prawdę ale i pewną metaforę, łatwiej będzie mi być dobrym, łatwiej okazywać radość – gdy ktoś obok nie będzie tak obcy, ale bliższy.

Kilka takich refleksji przyszło mi wczoraj do głowy, gdy tego nie planowałem. Dziś słuchałem rapu, a konkretniej Bisza. Zwróciłem uwagę na jedno zdanie, choć całego Wilka Chodnikowego słuchałem już wiele razy, znam już tę płytę prawie w całości, jeśli chodzi o przekaz tekstów. Zapomniałem szybko o tym nagłym przekazie z piosenki, zająłem się innymi sprawami. Na Instagramie dostałem później wiadomość prywatną od pewnego dziennikarza znanego miesięcznika. Nie wyświetla mu się mój profil, ponieważ mnie nie obserwuje. Nie zna mnie. Ja zaś pięć lat temu po raz pierwszy kupiłem miesięcznik tematyczny, do którego on pisze. Obserwują go tysiące ludzi, on zaś ma polubione tysiące profili, które bombardują jego tablicę zdjęciami. Napisał do mnie spontaniczną wiadomość, kilka dobrych słów. Tak bez przyczyny. Wyobraź sobie, że zaczepiam Cię na ulicy i mówię Ci: ,,wszystkiego dobrego, miłego dnia”. To była tak spontaniczna, losowa, nieplanowana wiadomość. Zawierała chyba tylko trzy słowa. Aha, i streściłbym ją w tym, co zwróciło moją uwagę w rapie Bisza, w tym jednym zdaniu, które kilka godzin wcześniej usłyszałem i mnie zaintrygowało.

Czy Bóg przemówił do mnie przez rapera i przez Instagram? I to z mocno spersonalizowanym przekazem, nie jakimś banałem. Właśnie takim jednym zdaniem, którego potrzebowałem. Przez piosenkę, którą znałem od kilku miesięcy i właśnie dziś mnie coś w niej ruszyło. Przez obcego człowieka, któremu nawet najlepsze algorytmy nie mogły na mnie wskazać, bo się nie znamy, a który poczuł impuls, żeby się do mnie odezwać, napisać trzy słowa i w zasadzie tylko tyle. I to takie trzy słowa, które łączyły się z tymi wysłuchanymi kilka godzin wcześniej. Nadawca tych słów pewnie nie wie, że jego impuls (bo tak pewnie poczuł, żeby się odezwać do obcego sobie człowieka) może mieć trochę więcej sensu (wierzę, że wielu z nas jest narzędziami Boga i odmieniliśmy czyjś los, nie wiedząc o tym).

Ten mój chaotyczny wpis jest takimi trzema słowami, które posyłam dalej. Bóg do nas mówi, albo coś nam sugeruje, ale czasem może do tego wykorzystać nawet portal społecznościowy albo odrobinę estetycznie brudną piosenkę rapową, której daleko do pobożnych pieśni. Czasem mówi do nas przecież wtedy, gdy już jesteśmy w bagnie, nie tylko przed wejściem w nie, gdy nas ostrzega.

Profesja nadawcy tych słów jest dla mnie znacząca. Zafascynowany tą tematyką pięć lat temu, kupowałem miesięcznik, zgłębiając te treści. Nie wiem, czy to jakiś sygnał, żeby tę moją 5-miesięczną motywację przekuć w to konkretne działanie. Tu już nie mam pewności, i tu właśnie odzywa się ten mój racjonalizm, który za kilka miesięcy odezwie się w mojej głowie w słowach ,,aaa, więc o to chodziło, to tak miały się te kropki połączyć”.  Nie wiem tylko, czy będę ,,po fakcie” ze zmarnowaną szansą, czy ze zrealizowanym celem. Nie wiem, czy to Jego głos, ale mam wiarę. Bo gdy chodzi o dobre rzeczy, o budujące rzeczy, to wierzę, że to bardzo często Jego głos. Nie ,,wiem”, ale: ,,wierzę”.

Wiem jednak, że musimy być otwarci na drugiego człowieka, uważni na niego, opiekuńczy i troskliwi, doceniać jego obecność, bo wszyscy jesteśmy metaforyczną, ale i dosłowną rodziną. A dla rodziny trzeba być dobrym. Więc do teoretycznie obcych ludzi też będzie łatwiej być dobrymi. Tak sobie pomyślałem wczoraj, a dziś doszły do tego niespodziewane budujące słowa. Nie wierzę w karmę, ale w łaskę. I wierzę, że gdy chcemy dobra, to Jego łaska i dobro czynią w naszym życiu rzeczy wielkie.

 

Zdjęcie na licencji CC0 pochodzi ze strony www.pexels.com