Archiwa tagu: modlitwa

Boga nie męczy machanie do nas

Późny wieczór, biegnę po chodniku, z naprzeciwka nadbiega drugi nocny przemierzacz miasta. Pokonuję jakąś wewnętrzną blokadę i zgodnie z biegowym zwyczajem podnoszę prawą dłoń w geście pozdrowienia. Biegacz  popatrzył na mnie z politowaniem i oburzeniem i odbiegł, nasze spojrzenia na szczęście spotkały się tylko na sekundę. Poczułem się dziwnie i tylko nabiłem sobie głowę. Bo jak to, bo ja do niego z pozdrowieniem, z gestem, a on nic? Może już od teraz mam się z nikim nie witać na ścieżce, bo może znowu ktoś mnie odtrąci?

Tak sobie pomyślałem, że tym wyciągającym dłoń jest Bóg, a tym nie potrafiącym na to zareagować jestem często ja. Tylko że On nie tylko nie męczy się wybaczaniem, jak to powiedział papież Franciszek, ale Bóg w zasadzie codziennie przez cały dzień i noc tę dłoń wyciąga, daje o sobie znać, pozdrawia mnie, zaprasza do radosnej interakcji (bo przecież witamy się jako biegacze nie żeby komuś dokuczyć, ale to ma być wyraz radości, solidaryzowania się, życzliwości, życzenia sobie dobrze), a co ja robię? Niewdzięcznik i gbur jestem, ot co.

Moja modlitwa jest rozmową. Kiedyś jeden z księży powiedział na kazaniu, żeby sobie wyobrazić, że wtedy siadam na krześle i rozmawiam z przyjacielem (wydaje mi się, że to taki przykład z cyklu ,,Kazanie Do It Yourself. Pomysły, szkice i wzory” i słuchany przeze mnie kaznodzieja nie jedyny użył tego przykładu, ale mnie to kupiło ileś lat temu). Tylko że ja też jestem tylko człowiekiem. Niekoniecznie chce mi się gadać rano po przebudzeniu, bo nie mam weny. Bo uzależniony od kilku kaw dziennie organizm od razu po przebudzeniu, ,,na już” chce kofeiny, a tu najpierw trzeba wyjść z tego łóżka. Bo po całym dniu to jest o czym gadać, a rano? O czym rano mam rozmawiać? Oczywiście można się uśmiechnąć i poprosić Pana Boga o błogosławieństwo. Ale co, gdy po ludzku – tak zwyczajnie – nie chce się gadać? Pomagają gotowe słowa. Kiedyś sobie myślałem, że no skoro modlitwa to rozmowa, to czy nie lepiej z Bogiem gadać, zamiast Mu mówić gotowe formułki? Wiadomo, że lepiej rozmawiać. Tylko że rano, gdy już do tej kawy mnie ciągnie, a dzień przedstawia się w głowie jak ,,zrobić to, zrobić to, nie zapomnieć o tym, a czy ja w ogóle do wieczora to jakoś się doczłapię?” i już mnie to przygniata, co się jeszcze nie zaczęło, to oprócz prośby o dobry dzień i wdzięczności, że jednak ten kolejny dzień przyszedł (i może bardziej go docenię, niż generalnie jakieś tysiące poprzednich, które wcale mi się nie ,,należały” ale były ,,podarowane”), bardzo mi pomagają gotowe modlitwy. Rano mówię Panu Bogu takie szybkie ,,cześć”, a dopiero wieczorem mogę pogadać. O czym? O minionym dniu, o tym co mi się nie udało jako człowiekowi (i zawsze tym nieudanym jest niewystarczająca miłość), co mnie niepokoi, czego się boję, gdy coś mnie czeka i żeby mnie Pan Bóg jakoś wsparł (albo żebym po prostu wiedział, że nie będę sam), próbuję sobie wtedy też przypominać o tym, żeby się nie niepokoić o jutro, bo ten dzień dzisiejszy i tak ma wiele zmartwień.

Kiedyś pewien rekolekcjonista podczas parafialnych nauk powiedział, że na modlitwie warto prosić, dziękować i przepraszać. I to mi się strasznie podoba, bo znowu jakoś tę rozmowę porządkuje. Myślę, że po rozmowie z Panem Bogiem – takiej zwyczajnej, dobrze znaleźć czas na tę triadę, a później na gotowe ,,formułki”. Najżywsza dla mnie, najbardziej ekscytująca jest taka improwizacja – ta rozmowa z Potężnym Panem, z Lekarzem, Bogiem przeprowadzającym przez pustynię, Stwórcą i Władcą, Architektem i Prawdą, Miłością, Dobrem, ale i z Tatusiem – Rodzicem. Ważne są też tutaj ,,formułki”, by tę modlitwę i Matka Boża zaniosła do Boga, i święci, i Anioł Stróż, i nawet Michał Archanioł.

Ja, w tych chwilach modlitewnego flow, gdy improwizacja jakoś mi idzie, zdarza mi się ma gotowych modlitwach, tych z pamięci ,,odpływać”, nie umieć w nie wsiąknąć. Gdy nie potrafię mówić, bo dzień był słaby lub męczący, i generalnie to tylko jeszcze paciorek i spać, gotowe modlitwy są bardzo pomocne.

Nie jestem specjalistą od komunikacji interpersonalnej z Niebem. Moja modlitwa, jak to u każdego człowieka, nawet w jakiejś tam milionowej części nie zbliża się do tego, co tam w Górze czynią Aniołowie, chwaląc Boga. Nawet mi się często wydaje, że mi ta modlitwa idzie słabo, bo wygrywa ludzka – wspaniała ale jednak marna i słaba – natura. Czasem jest flow i raduję się, dziękuję i proszę, czasem potrafię też ogarnąć swoje błędy, ale najczęściej jest zwyczajnie, tak normalnie, bez fajerwerków.

Bóg przychodzi w ciszy, nie w hałasie. Wybierał ludzi prostych i ich umacniał, dawał im siłę. Wybrał chleb i wino, ludzką naturę, nie miał też powozu tylko sandały, przemawiał przez proste przypowieści i używając przykładów z codziennego życia. Wierzę więc, że i prosta modlitwa jest tym miejscem, w którym On jest. W jednym z wpisów na tym blogu wspominałem, że do Boga zwracam się Tatusiu. Nie wiem, czy odkrycie tego było moim punktem zwrotnym, wiem że to był dla mnie ważny moment. I dzięki temu udało mi się odkryć własną drogę modlitwy. Lata temu ,,spychałem” na koniec dnia jakieś modlitewne combo. Siadałem z różańcem, brewiarzem dla świeckich (wersją jednotomową ze Spotkań Lednickich), jeszcze z nagraniami Modlitwy w Drodze, no i jeszcze tak z pół godzinki Modlitwy Jezusowej w ciszy, hmm…. a co z Koronką do Miłosierdzia Bożego, bo chyba o 15:00 mi się przegapiło, no i coś jeszcze może dodać? Na sam koniec dnia chciałem wepchnąć jakieś modlitewne korepetycje last minute.  Nie trzeba mówić chyba, że taka postawa może prowadzić nie tylko do tego, że zobaczy się ciąg praktyk bez najważniejszego: bez Boga w tym wszystkim. Taka postawa może prowadzić do zwykłego zmęczenia materiału. Mamy w Kościele mnogość praktyk i modlitw, ale to jak z medalikami: nie da się nosić na szyi wszystkich, bo będzie ich za dużo (choć fajnie by było mieć i krzyż, i szkaplerz, i Archanioła Michała, i medalik św. Benedykta, i ten Cudowny z Matką Bożą), ale to jest jakiś wybór, albo przetestowanie tego, co nam w tych modlitwach dodatkowych akurat przypasuje. Do różańca dojrzałem dopiero wtedy, gdy odmawiałem go w drodze: na pociąg, na autobus, w komunikacji miejskiej, trochę ,,na raty” przez cały dzień. Wtedy się zakochałem w tej modlitwie, i choć nadal jej nie odkryłem w pełni, jest moją codzienną lub prawie. Nauczyłem się nie siadać z Panem Bogiem na ostatnią godzinę dnia i zarzucić Go słowami, ale chodzić z Nim przez cały dzień. Gdy coś mnie niepokoi, rzucić ku Panu jakiś akt strzelisty, jakieś słowo, wezwanie, prośbę. Gdy wykonywałem nawet najmniej kreatywną pracę, bo taśmową przez 8 godzin często robiąc coś jednakowego i powtarzalnego, to też przy tej mojej pracy byłem z Nim, czasem coś ofiarowywałem, czasem coś westchnąłem. Gdy udało mi się uniknąć wpadki (bo np. czegoś o mało nie upuściłem) to dziękowałem, gdy spadła mi obok stopy pusta (ale ciężka) paleta i nic się nie stało, także dziękowałem. A gdy musiałem zrobić coś wymagającego, prosiłem. Z tych ,,westchnień” korzystałem też na studiach, gdy moja koleżanka wysyłała do Boga ,,westchnienie” przed moim egzaminem, a ja przed jej.

Wiem, że każdy musi odnaleźć swoją drogę. Długo przekonywałem się do różańca, bo zwyczajnie na początku był dla mnie męczący. Dopiero jego odmawianie w drodze, ,,na raty” pomogło mi z radością zasiadać do niego i odmawiać w całości czasem nawet codziennie. Mam moją stałą modlitwę-rozmowę z Bogiem, podczas której też Mu dziękuję, przepraszam Go, proszę, którą uzupełniam ,,formułkami”. To jest moja podstawa. W wersji extra udaje mi się czasem odmówić nieszpory i kompletę, czasem Modlitwę Jezusową (choć wiem, że ona wymaga regularności i systematyczności). Dzięki fascynacji tą ostatnią, która ma na celu poprzez powtarzanie wybranego zdania lub zwrotu (najczęściej są to słowa: ,,Jezu Chryste, Synu Boga, zmiłuj się nade mną, grzesznikiem”) sprawić, by człowiek tak głęboko przyswoił sobie te słowa, by nieustannie one z niego wypływały, nauczyłem się, że moją modlitwą, moim sposobem na nią, jest bycie z Panem Bogiem przez cały dzień: przy pracy i w pracy, słanie ku Niemu może nie tradycyjnych aktów strzelistych, ale nawet zwykłego ,,dziękuję” albo ,,Boże, pomóż… Tatusiu, Mój Panie…”. Czasem też odzywa się we mnie to zdanie z Modlitwy Jezusowej. To mi pomaga odnaleźć jakąś bliskość. Że generalnie prawie wszyscy tak robią? Że prawie wszyscy zanoszą takie krótkie westchnienia do Boga? Jasne, bo to nie jest jakaś metoda tajemna i wiedza ukryta. To coś normalnego, tylko że niektórzy, jak na przykład ja, do prostych rzeczy muszą dochodzić na około (po prostu i oni, i ja, tacy się urodziliśmy, że sobie komplikujemy, zanim dojdziemy do oczywistości).

Wierzę, że skoro Bóg przychodzi w ciszy i w owocach ludzkich rąk, to można Go także odnaleźć w bardzo prostej modlitwie, w rozmowie. Nie trzeba być gadatliwym, bo każdy z nas jest tylko człowiekiem i czasem ma się ,,focha” na cały świat. Próbuję z Nim być, coś ,,westchnąć”. Czy mi się udaje? Chociaż jakoś odkryłem już ,,jak” w moim przypadku powinno to wyglądać, choć wiem jak wiele Bóg mi daje choć niekoniecznie potrafię dobrze prosić, i jak wiele mi daje tego o co nie prosiłem, gdy dziękuję, to mam wrażenie, że nadal nie doceniam tego piękna modlitwy, tego że mogę tak w każdej chwili, w zasadzie w każdych okolicznościach z Nim pogadać. Że On tę dłoń wyciąga na powitanie jak w tej mojej biegowej opowieści, a to ja jestem tym, który spod byka spogląda i odbiega. A co On na to? Nie zniechęca się, tylko dalej czeka, aż Mu odmacham, aż klęknę i powiem: ,,Panie Boże, dziś najpierw pogadam z Tobą a potem wrócę do innych spraw”. Niestety, często mi jakoś wychodzi na odwrót.

Zdjęcie na licencji CC0 pochodzi ze strony www.pexels.com

Bóg w którego wierzę jest dobry, nie okrutny

Do mojego Boga mówię czasem wprost:  ,,Tatusiu”. Jest potężnym Panem, Stwórcą mającym moc nad światem, a złe duchy i największe szkodniki duchowe drżą przed Nim i boją się Go. Mój Pan – nasz Pan – jest wielki i ma moc. Ale dla mnie jest troskliwym Tatusiem.  I mam też ,,podkładkę” Biblijną. Po aramejsku ,,abba” oznacza ,,ojczulku”.

Oczywistością jest, że Bóg jest dobry. No właśnie: oczywistością. Czy aby na pewno? Bo jest takie powiedzenie, że kogo Bóg kocha, tego karze. Wydaje mi się, że należny szacunek wobec Pana -potężnego Boga często mylimy z lękiem. I na ,,w razie czego” coś tam odmówimy, żeby nic złego nas nie spotkało. To trochę trąci niechrześcijaństwem, ale o tym za chwilę.

Dobry

Kilka lat temu przeczytałem książkę, która zmieniła moje myślenie. To był taki czas, że już odkryłem, że bardzo dużo pozycji chrześcijańskich pokrywa się ze sobą. Ale to, co tam przeczytałem, było jakby nowe. Niby oczywiste, ale nowe. Z lektury książki Dobry i piękny Bóg nie pamiętam już niczego, poza jednym: Bóg jest dobry i miłosierny, i chce dla nas jak najlepiej. Oczywistość, co nie? Piękna książka Katarzyny Olubińskiej Bóg w wielkim mieście w prawie każdym wywiadzie i słowach Autorki tylko tę prawdę przypomina. Ojciec Adam Szustak, Tomasz z Kempis w O naśladowaniu Chrystusa, siostra Faustyna Kowalska w Dzienniczku. Przypomina Papież Franciszek, a także mistycy chrześcijańscy. Wreszcie: Biblia (nie tylko w przypowieści o synu marnotrawnym, ale i w tej cierpliwości Boga wobec Izraelitów).

Często w swoim życiu zachowuję się jak Jonasz, który najchętniej ukryłby się przed Bogiem, wszedł w takie miejsce, by mnie Bóg nie zobaczył. Albo jak pierwsi ludzie w Eden, gdy się oddalili od Boga. I wiem, że On mnie i tak kocha, ale mi głupio, że mimo Jego miłości ja nie potrafię czasem jej odwzajemnić wobec innych. I wiem, że bardzo często robiąc coś złego przede wszystkim krzywdzę i szkodzę samemu sobie. To nie jest tak, że muszę robić dobre rzeczy, bo to coś Bogu nagle da. Ja je muszę robić, przede wszystkim dla siebie, bo to mnie rozwija i zbliża do Boga. Muszę robić dobre rzeczy, bo mój Bóg jest dobry, i gdy robię rzeczy piękne i budujące, to przekazuję światu to, co On mi dał. Bo On jest Stwórcą i Twórcą, On buduje nie zaś niszczy. I to, co buduje, pochodzi od Niego. Gdy zaś zrobię coś złego, zasmucam Boga, bo On jest moim Ojcem, bo On się o mnie martwi – o to, jak sam sobie szkodzę.

Cierpię z tego powodu. I czasem w tym cierpieniu, w tym bólu, w załamaniu, jest Jego Głos. Mój duchowy autorytet – C.S. Lewis w książce Problem cierpienia napisał, że Bóg nie zsyła na nas cierpienia, On je wykorzystuje. Cierpienie świata tu było już, gdy tylko pierwszy człowiek zgrzeszył. Człowiek przyniósł na świat marność i ona tu jest. Cierpimy, bo taki jest już świat. Bo bardzo często albo sami sobie szkodzimy, albo wyrządzają nam cierpienie inni, albo po prostu dlatego, że choć nie zasłużyliśmy sobie na to, ten świat po prostu już jest marnością (i to by wyjaśniało wiele chorób, które nie muszą być ,,karą za…” ale są konsekwencją tego, że wraz z upadkiem człowieka na świecie jest grzech, ból rodzenia, śmiertelność i choroby). I gdy człowiek cierpi, Bóg może przez to doświadczenie coś mu powiedzieć, skłonić go do pokory, nawrócenia, przewartościowania życia. Gdy jesteś na dnie i trochę spokorniejesz, zaczynasz widzieć nowe rzeczy. Bóg tego cierpienia nie zsyła, On je twórczo wykorzystuje. Zastaje człowieka w bagnie, już w fakcie dokonanym, i próbuje mu pomóc, by jakoś temu zaradzić. Bóg chciałby, żebym się nie pogubił. Ale gdy już upadnę, to On próbuje jakoś tej sytuacji zaradzić, wyciągnąć z niej jak najlepszą rzecz. Dobrze, gdybym nie upadł (On tego nie chciał). Ale jak już upadłem, to Bóg może mi podsunąć jakąś myśl, by te siniaki i rany nie poszły na darmo to może chociaż żebym przy tej okazji coś zrozumiał. Genialna jest metafora Lewisa. On pisze, że cierpienie jest ,,megafonem” Boga.

,,Uświadom to sobie, sobie”

Uświadomienie sobie, że to nie Bóg zsyła cierpienie, jest dla mnie kluczowe. Bo ta myśl mi przypomina, że mój Bóg nie jest mitologicznym bóstwem, które jest okrutne.  To też mnie uwalnia od pogańskiego podejścia do wiary: takiego, które wmawia mi, że jeśli nie odmówię różańca, to spotka mnie kara. Jeśli nie pójdę do kościoła w środku tygodnia (nie w dzień nakazany, gdy mam obowiązek, ale tak ,,po prostu”) to coś złego mnie spotka. A gdy zdarzy mi się coś przykrego, to nie będę sobie wmawiał, że ,,to dlatego, że miałem przed wyjściem posłuchać religijnej piosenki, a wybrałem jakiś pop”. W relacjach ludzkich miłość oparta na strachu i lęku, daleka jest od miłości prawdziwej. Z miłości do Boga powinienem odmówić dodatkową modlitwę, odwiedzić kościół, posłuchać dobrych treści chwalących Boga. Z miłości powinienem ,,chcieć”, nie ze strachu ,,musieć”.

Piszę to, bo bardzo często przychodzą mi do głowy takie myśli, że może ta przykra rzecz zdarzyła się, bo zrobiłem coś złego, albo właśnie czegoś nie zrobiłem. Gdy spotyka kogoś z moich bliskich cierpienie, że to nie jest kara, ale taki po prostu już jest świat. I choć wiem, że On wtedy jest blisko i czasem chce mi coś przez to doświadczenie powiedzieć, umocnić relację z Nim lub z drugim człowiekiem, pozwolić coś docenić, muszę sobie ponownie uświadamiać, że Bóg, w którego wierzę, nie siedzi z notatnikiem i programem lojalnościowym hipermarketu i nie działa na zasadzie: ,,za dwa różańce i siedem minut pobożnej piosenki odsunę chorobę, a jak doda do tego jeszcze nieszpory i kompletę, to ma w bonusie spokój na kolejny tydzień”. Nie mówię tu o modlitwie błagalnej, albo w czyjejś intencji, nie mówię o prośbie o cud albo jakąś łaskę. Mówię o patrzeniu na Boga w sposób pogański: jak na okrutnika chcącego prezentów, bo jak nie, to będzie kara.

Bóg, w którego wierzę, jest dobry i miłosierny.

Nie wiem, co na to teologia. Nie wiem, co u innych. Wiem, że Bóg, w którego wierzę, jest dobry i miłosierny. Nie chce dla mnie źle i nie cieszy Go moje cierpienie, ale gdy już mnie spotka coś bolesnego, to pomaga mi wyjść z tego, albo chociaż coś z tego wynieść, co przyczyni się do mojego wzrostu. Wiem, że jest potężny, mocny i ma taką moc, że może to wszystko zniszczyć, ale tego nie robi, bo mnie kocha. Wiem, że złe duchy przed Nim drżą, ale dla ludzi, dla mnie osobiście jest kochanym Tatusiem. Ja w to wierzę.

Bóg, w którego wierzę, jest dobry i miłosierny.Kolejny raz sobie o tym przypominam, gdy ból i cierpienie spotyka kogoś z moich bliskich, a więc i mnie. Wiem, że taki jest po prostu świat – jest w nim cierpienie, które wcale nie musi być karą od Boga. Wtedy słucham, czego ta sytuacja może mnie nauczyć, co Bóg chce mi pokazać i powiedzieć, wykorzystując do tego już zastaną sytuację. Wtedy też, jak Żydzi w niewoli babilońskiej wspominam te wielkie rzeczy, które dotychczas Bóg uczynił w moim życiu i moich bliskich. Te wszystkie beznadziejne sytuacje – te wielkie cuda, i te mniejsze prezenty, które nam dał. Bo jest dobry.

 

Zdjęcie na licencji CC0 pochodzi ze strony: www.pexels.com

 

Pokój w oczach

Creative Commons 0/fot. https://www.gratisography.com/#0
Creative Commons 0/fot. https://www.gratisography.com/#0

 

– Nie „zdrowaśki”. Po prostu mów. Rozmawiaj jak z kolegą. Módl się. Zobaczysz, jaką radość będziesz czuł z każdą poprawą tak jak ja czuję.

Takie słowa niedawno usłyszałem. Właściwie to zasłyszałem gdzieś z dali. I mocno mnie zastanowiły. Jaka powinna być modlitwa? Jedni mówią, że tzw. formułki dają bezpieczeństwo, bo spisane słowa to słowa sprawdzone. To pewnik, że o herezję, albo zbytnią poufałość nikt modlącego się nie posądzi. Są i tacy, którzy wskazują na modlitwę własną: z głębi serca, szczerą, nawet czasem więc pochmurną. Chodzi o to, żeby się wygadać i porozmawiać. Gdy wychodzisz na kawę ze znajomymi, nie recytujesz im Asnyka, albo nie przemawiasz Mickiewiczowskimi wersami. Mówisz, tak jak czujesz. I jak serce dyktuje. A serce dyktuje szczerość. Ale i szacunek. Dla Boga – Twojego Pana i Ostoi – należny.

Pojawiają się wskazówki: różance, koronki, nowenny, litanie. Medytacja ingacjańska, czytanie Pisma Świętego, akty strzeliste. Czasem modlitwą jest wdech symbolizujący pochwałę Stwórcy i wdzięczność za dar stworzenia. I wydech, który symbolizuje chwilę odejścia z tego świata. Kiedyś tam. Podobno każdy z nas ma w sobie taką ,,rezerwę” – trochę powietrza, które jest tym ,,ostatnim tchnieniem” i uchodzi z nas (może to, teologowie zgańcie mnie, dusza?). Na klęcząco, na siedząco, na leżąco. Albo na krześle, twarzą w Twarz – jak podczas rozmowy z przyjacielem, gdy mówimy do Przyjaciela. I albo całość własnymi słowami, albo trochę formułek a trochę prywatnie, albo zawsze rozpoczynając od: przeproszenia, podziękowania i poproszenia.

Każdy inaczej. Chcę wrócić do zasłyszanej rozmowy.

Te słowa, to mnie utwierdza w tym, ze modlitwa ma moc: nawet jeśli jest to moc wewnętrznego pokoju. To mnie utwierdza, ze Duch wieje kędy chce. Przez tę osobę właśnie przemawiał.

Bo niezależnie od formy, modlitwa daje ukojenie. Wewnętrzne. Pomaga, wyprasza, otacza opieką. Ale przede wszystkim daje wewnętrzny pokój.

Oglądałem ostatnio Fakty, w gorącym okresie rozmów o in vitro. Modlitwa za senatorów urosła do rangi wyśmiania i niepoważności. Pewną panią odpytywano właśnie w tym temacie – pani ze wspólnoty, która modlitewnie otaczała decydujących o ustawie. Oglądam Fakty i czytam czasem Gazetę Wyborczą, i jestem wierzący i mam tradycyjne poglądy. I choć często liberalne obyczajowo, to jednak profesjonalne. Ale widzę czasem manipulację.

Panią „maglowano” a ona spokojnie mówiła, odpowiadała. I opowiadała o tym, w co wierzyła. Z uśmiechem i spokojem. Widać w niej było radość i takie lekkie bycie poza ta doczesnością, bo czuć od niej było siłę modlitw, właśnie tę radość. Bo modlitwa daje radość. Człowiek nią promieniuje, jego oczy cieszą się. A jeśli jest smutny i przygnębiony, to w oczach widać jakąś powagę, pewną nostalgię. Oczy tak wiele mówią. Także o silne modlitwy. Mówiła o tym w Wielkanocnym wywiadzie w Tygodniku Powszechnym Józefa Hennelowa, m.in. o tej sile modlitwy.

Bo modlitwa umacnia. Tak po prostu. A może nie ,,po prostu”, tylko w jakiś cudowny sposób, którego człowiek nie rozumie, ale dostaje.