Mów do mnie Panie, i w rapie, i na Instagramie

Bóg do nas przemawia. Czasem Go słyszymy, a czasem nie. Nie wiem od czego to zależy, no bo przecież nie zawsze od naszej niechęci. Nie zawsze też od zabiegania. Czasem Go nie słyszymy, bo się boimy, bo nie mamy stuprocentowej pewności. Wiele razy po kilku miesiącach uderzam się w głowę, czując coś w stylu: ,,aaa, to o to chodziło. To dlatego mi nie wyszło, bo…, a więc wszystko się teraz układa”. Serio, w ostrożności potrafię zajść daleko, ale są takie chwile, gdy wszystkie kropki zaczynają mi się łączyć. I wtedy sobie myślę, że chyba kolejny raz nie usłyszałem Głosu. A wierzę, nie mam wiedzy tylko właśnie przekonanie lub wiarę, że Bóg chce mi coś powiedzieć. Skąd wiem? Bo czuję wtedy, że to coś dobrego, coś budującego, coś motywującego do działania, albo do nadziei. Nie wiem, po prostu wtedy wierzę, że to On. Ale muszę wtedy być ostrożny, bo zawsze gdy Go słyszę, On wykorzystuje do tego mój język – język popkultury.

To nie był wpis planowany z racji początku adwentu. Średnio mi wychodzi planowanie, co zresztą widać po moim blogu, który jest jak już prawie obumarła paproć, która nagle dostaje kroplę wody i może ją to jeszcze chwilę podtrzymać. Prawie to wszystko uschło, a tu nagle zjawiam się po ponad roku.

Boję się, jak wielu ludzi, nagłej a niespodziewanej śmierci, np. w wypadku komunikacyjnym. Ale już kilka niebezpieczeństw przeżyłem i prawie straciłem życie. Nie liczę już drugich i tych siedemdziesiątych szans. Bo to zawsze jest mniej niż ułamek sekundy, gdy robi się przed oczami ta ciemność, a potem człowiek wie, że już jest dobrze. Ten wpis nie był planowany, ale jest owocem tej chwilowej przerwy między oczami, która jest przed przebudzeniem, ale po chwilowej ciemności.

No i nigdy nie korzystałem na tym blogu z pisania bardzo osobistego. Tak że tego…

Od kilku miesięcy trwa u mnie stan zmian. Pewne rzeczy porzuciłem, nad innymi myślę, porządkuję swoją teraźniejszość. Sporo nie wychodzi, ale czuję ciągłą nadzieję i nieopisany entuzjazm, który nie nie mija, jak zawsze w moim życiu gdy coś przeczytam lub usłyszę, po kilku dniach. On trwa już 5 miesięcy – 5 miesięcy ciągłej motywacji do działania, do zrobienia czegoś fajnego. To tak z jednej strony, bo z drugiej sporo też nie wychodzi. I ten stan napięcia, poddenerwowania, ,,poszukiwania” nie ułatwia niczego. Stopniowo człowiek tu nie odpowie uśmiechem, tam się zirytuje, tu jeszcze jest nieobecny myślami. Stopniowo staje się niewrażliwy na siebie.

I zapomina o tym, co najważniejsze: o drugim człowieku. O tym, żeby czerpać radość z kontaktu z innymi, cieszyć się ludźmi wokół, porzucić ponurość i przygnębienie, pewną oschłość. Nie wiem co jeszcze, przyszło mi do głowy tych kilka rzeczy, zapisałem je sobie, gdybym złapał się na tym, że znowu ,,odpływam”, że błądzę gdzieś myślami, zamiast czerpać radość z bycia blisko innych. Gdyby zdarzyło się, że nie umiem doceniać w rutynie dnia tego, że wokół mnie są inni ludzie. Zapominamy o tym, wiem, bo tak działa nasz mózg: przyzwyczaja się, a potem w chwili straty uświadamia sobie, że jechaliśmy na autopilocie i ta stabilizacja wokół, która właśnie się skończyła, wcale nie była tak oczywista. Wstajemy rano i w pośpiechu wybiegamy z domu albo wpadamy w rutynę, a zapominamy, że wiele osób tej nocy odeszło, a i dla każdego z nas kiedyś nie wstanie dzień.

Nie wiem, czy wszyscy wokół zapominamy jeszcze o jednym. Ja przynajmniej często o tym zapominam. Trzy lata temu zacząłem słuchać przygodnie reggae, wiedziałem o pewnej banalności przekazów, ale oczywistości są ludziom potrzebne, bo o nich zapominają: radość, uśmiech, poszukiwanie pogodnych stron świata i życia, cieszenie się chwilą – nie hedonistyczne, ale świadome, wynikające z wdzięczności wobec świata. I jeszcze coś: jesteśmy braćmi i siostrami. Jezus jest naszym Bratem i Przyjacielem. My wobec siebie też jesteśmy braćmi. Podajemy sobie dłoń podczas mszy, mamy sobie pomagać. Mamy być bliźnimi miłującymi dla wszystkich: dla chrześcijan i dla niewierzących. Bo jesteśmy Świątynią Boga, członkami jednego Ciała – Chrystusa. Przypomina mi się polski pozytywizm i organicyzm: gdy jedna część tego organizmu cierpi, bo coś ją boli, cierpi wtedy całe ciało. Gdy boli mnie ząb albo złamany palec, cierpię cały.

Gdy sobie uświadomię, że ludzie wokół mnie są moimi braćmi i siostrami, gdy tę oczywistość wpoję w życie, tę prawdę ale i pewną metaforę, łatwiej będzie mi być dobrym, łatwiej okazywać radość – gdy ktoś obok nie będzie tak obcy, ale bliższy.

Kilka takich refleksji przyszło mi wczoraj do głowy, gdy tego nie planowałem. Dziś słuchałem rapu, a konkretniej Bisza. Zwróciłem uwagę na jedno zdanie, choć całego Wilka Chodnikowego słuchałem już wiele razy, znam już tę płytę prawie w całości, jeśli chodzi o przekaz tekstów. Zapomniałem szybko o tym nagłym przekazie z piosenki, zająłem się innymi sprawami. Na Instagramie dostałem później wiadomość prywatną od pewnego dziennikarza znanego miesięcznika. Nie wyświetla mu się mój profil, ponieważ mnie nie obserwuje. Nie zna mnie. Ja zaś pięć lat temu po raz pierwszy kupiłem miesięcznik tematyczny, do którego on pisze. Obserwują go tysiące ludzi, on zaś ma polubione tysiące profili, które bombardują jego tablicę zdjęciami. Napisał do mnie spontaniczną wiadomość, kilka dobrych słów. Tak bez przyczyny. Wyobraź sobie, że zaczepiam Cię na ulicy i mówię Ci: ,,wszystkiego dobrego, miłego dnia”. To była tak spontaniczna, losowa, nieplanowana wiadomość. Zawierała chyba tylko trzy słowa. Aha, i streściłbym ją w tym, co zwróciło moją uwagę w rapie Bisza, w tym jednym zdaniu, które kilka godzin wcześniej usłyszałem i mnie zaintrygowało.

Czy Bóg przemówił do mnie przez rapera i przez Instagram? I to z mocno spersonalizowanym przekazem, nie jakimś banałem. Właśnie takim jednym zdaniem, którego potrzebowałem. Przez piosenkę, którą znałem od kilku miesięcy i właśnie dziś mnie coś w niej ruszyło. Przez obcego człowieka, któremu nawet najlepsze algorytmy nie mogły na mnie wskazać, bo się nie znamy, a który poczuł impuls, żeby się do mnie odezwać, napisać trzy słowa i w zasadzie tylko tyle. I to takie trzy słowa, które łączyły się z tymi wysłuchanymi kilka godzin wcześniej. Nadawca tych słów pewnie nie wie, że jego impuls (bo tak pewnie poczuł, żeby się odezwać do obcego sobie człowieka) może mieć trochę więcej sensu (wierzę, że wielu z nas jest narzędziami Boga i odmieniliśmy czyjś los, nie wiedząc o tym).

Ten mój chaotyczny wpis jest takimi trzema słowami, które posyłam dalej. Bóg do nas mówi, albo coś nam sugeruje, ale czasem może do tego wykorzystać nawet portal społecznościowy albo odrobinę estetycznie brudną piosenkę rapową, której daleko do pobożnych pieśni. Czasem mówi do nas przecież wtedy, gdy już jesteśmy w bagnie, nie tylko przed wejściem w nie, gdy nas ostrzega.

Profesja nadawcy tych słów jest dla mnie znacząca. Zafascynowany tą tematyką pięć lat temu, kupowałem miesięcznik, zgłębiając te treści. Nie wiem, czy to jakiś sygnał, żeby tę moją 5-miesięczną motywację przekuć w to konkretne działanie. Tu już nie mam pewności, i tu właśnie odzywa się ten mój racjonalizm, który za kilka miesięcy odezwie się w mojej głowie w słowach ,,aaa, więc o to chodziło, to tak miały się te kropki połączyć”.  Nie wiem tylko, czy będę ,,po fakcie” ze zmarnowaną szansą, czy ze zrealizowanym celem. Nie wiem, czy to Jego głos, ale mam wiarę. Bo gdy chodzi o dobre rzeczy, o budujące rzeczy, to wierzę, że to bardzo często Jego głos. Nie ,,wiem”, ale: ,,wierzę”.

Wiem jednak, że musimy być otwarci na drugiego człowieka, uważni na niego, opiekuńczy i troskliwi, doceniać jego obecność, bo wszyscy jesteśmy metaforyczną, ale i dosłowną rodziną. A dla rodziny trzeba być dobrym. Więc do teoretycznie obcych ludzi też będzie łatwiej być dobrymi. Tak sobie pomyślałem wczoraj, a dziś doszły do tego niespodziewane budujące słowa. Nie wierzę w karmę, ale w łaskę. I wierzę, że gdy chcemy dobra, to Jego łaska i dobro czynią w naszym życiu rzeczy wielkie.

 

Zdjęcie na licencji CC0 pochodzi ze strony www.pexels.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *