Archiwa tagu: nadzieja

Bóg w którego wierzę jest dobry, nie okrutny

Do mojego Boga mówię czasem wprost:  ,,Tatusiu”. Jest potężnym Panem, Stwórcą mającym moc nad światem, a złe duchy i największe szkodniki duchowe drżą przed Nim i boją się Go. Mój Pan – nasz Pan – jest wielki i ma moc. Ale dla mnie jest troskliwym Tatusiem.  I mam też ,,podkładkę” Biblijną. Po aramejsku ,,abba” oznacza ,,ojczulku”.

Oczywistością jest, że Bóg jest dobry. No właśnie: oczywistością. Czy aby na pewno? Bo jest takie powiedzenie, że kogo Bóg kocha, tego karze. Wydaje mi się, że należny szacunek wobec Pana -potężnego Boga często mylimy z lękiem. I na ,,w razie czego” coś tam odmówimy, żeby nic złego nas nie spotkało. To trochę trąci niechrześcijaństwem, ale o tym za chwilę.

Dobry

Kilka lat temu przeczytałem książkę, która zmieniła moje myślenie. To był taki czas, że już odkryłem, że bardzo dużo pozycji chrześcijańskich pokrywa się ze sobą. Ale to, co tam przeczytałem, było jakby nowe. Niby oczywiste, ale nowe. Z lektury książki Dobry i piękny Bóg nie pamiętam już niczego, poza jednym: Bóg jest dobry i miłosierny, i chce dla nas jak najlepiej. Oczywistość, co nie? Piękna książka Katarzyny Olubińskiej Bóg w wielkim mieście w prawie każdym wywiadzie i słowach Autorki tylko tę prawdę przypomina. Ojciec Adam Szustak, Tomasz z Kempis w O naśladowaniu Chrystusa, siostra Faustyna Kowalska w Dzienniczku. Przypomina Papież Franciszek, a także mistycy chrześcijańscy. Wreszcie: Biblia (nie tylko w przypowieści o synu marnotrawnym, ale i w tej cierpliwości Boga wobec Izraelitów).

Często w swoim życiu zachowuję się jak Jonasz, który najchętniej ukryłby się przed Bogiem, wszedł w takie miejsce, by mnie Bóg nie zobaczył. Albo jak pierwsi ludzie w Eden, gdy się oddalili od Boga. I wiem, że On mnie i tak kocha, ale mi głupio, że mimo Jego miłości ja nie potrafię czasem jej odwzajemnić wobec innych. I wiem, że bardzo często robiąc coś złego przede wszystkim krzywdzę i szkodzę samemu sobie. To nie jest tak, że muszę robić dobre rzeczy, bo to coś Bogu nagle da. Ja je muszę robić, przede wszystkim dla siebie, bo to mnie rozwija i zbliża do Boga. Muszę robić dobre rzeczy, bo mój Bóg jest dobry, i gdy robię rzeczy piękne i budujące, to przekazuję światu to, co On mi dał. Bo On jest Stwórcą i Twórcą, On buduje nie zaś niszczy. I to, co buduje, pochodzi od Niego. Gdy zaś zrobię coś złego, zasmucam Boga, bo On jest moim Ojcem, bo On się o mnie martwi – o to, jak sam sobie szkodzę.

Cierpię z tego powodu. I czasem w tym cierpieniu, w tym bólu, w załamaniu, jest Jego Głos. Mój duchowy autorytet – C.S. Lewis w książce Problem cierpienia napisał, że Bóg nie zsyła na nas cierpienia, On je wykorzystuje. Cierpienie świata tu było już, gdy tylko pierwszy człowiek zgrzeszył. Człowiek przyniósł na świat marność i ona tu jest. Cierpimy, bo taki jest już świat. Bo bardzo często albo sami sobie szkodzimy, albo wyrządzają nam cierpienie inni, albo po prostu dlatego, że choć nie zasłużyliśmy sobie na to, ten świat po prostu już jest marnością (i to by wyjaśniało wiele chorób, które nie muszą być ,,karą za…” ale są konsekwencją tego, że wraz z upadkiem człowieka na świecie jest grzech, ból rodzenia, śmiertelność i choroby). I gdy człowiek cierpi, Bóg może przez to doświadczenie coś mu powiedzieć, skłonić go do pokory, nawrócenia, przewartościowania życia. Gdy jesteś na dnie i trochę spokorniejesz, zaczynasz widzieć nowe rzeczy. Bóg tego cierpienia nie zsyła, On je twórczo wykorzystuje. Zastaje człowieka w bagnie, już w fakcie dokonanym, i próbuje mu pomóc, by jakoś temu zaradzić. Bóg chciałby, żebym się nie pogubił. Ale gdy już upadnę, to On próbuje jakoś tej sytuacji zaradzić, wyciągnąć z niej jak najlepszą rzecz. Dobrze, gdybym nie upadł (On tego nie chciał). Ale jak już upadłem, to Bóg może mi podsunąć jakąś myśl, by te siniaki i rany nie poszły na darmo to może chociaż żebym przy tej okazji coś zrozumiał. Genialna jest metafora Lewisa. On pisze, że cierpienie jest ,,megafonem” Boga.

,,Uświadom to sobie, sobie”

Uświadomienie sobie, że to nie Bóg zsyła cierpienie, jest dla mnie kluczowe. Bo ta myśl mi przypomina, że mój Bóg nie jest mitologicznym bóstwem, które jest okrutne.  To też mnie uwalnia od pogańskiego podejścia do wiary: takiego, które wmawia mi, że jeśli nie odmówię różańca, to spotka mnie kara. Jeśli nie pójdę do kościoła w środku tygodnia (nie w dzień nakazany, gdy mam obowiązek, ale tak ,,po prostu”) to coś złego mnie spotka. A gdy zdarzy mi się coś przykrego, to nie będę sobie wmawiał, że ,,to dlatego, że miałem przed wyjściem posłuchać religijnej piosenki, a wybrałem jakiś pop”. W relacjach ludzkich miłość oparta na strachu i lęku, daleka jest od miłości prawdziwej. Z miłości do Boga powinienem odmówić dodatkową modlitwę, odwiedzić kościół, posłuchać dobrych treści chwalących Boga. Z miłości powinienem ,,chcieć”, nie ze strachu ,,musieć”.

Piszę to, bo bardzo często przychodzą mi do głowy takie myśli, że może ta przykra rzecz zdarzyła się, bo zrobiłem coś złego, albo właśnie czegoś nie zrobiłem. Gdy spotyka kogoś z moich bliskich cierpienie, że to nie jest kara, ale taki po prostu już jest świat. I choć wiem, że On wtedy jest blisko i czasem chce mi coś przez to doświadczenie powiedzieć, umocnić relację z Nim lub z drugim człowiekiem, pozwolić coś docenić, muszę sobie ponownie uświadamiać, że Bóg, w którego wierzę, nie siedzi z notatnikiem i programem lojalnościowym hipermarketu i nie działa na zasadzie: ,,za dwa różańce i siedem minut pobożnej piosenki odsunę chorobę, a jak doda do tego jeszcze nieszpory i kompletę, to ma w bonusie spokój na kolejny tydzień”. Nie mówię tu o modlitwie błagalnej, albo w czyjejś intencji, nie mówię o prośbie o cud albo jakąś łaskę. Mówię o patrzeniu na Boga w sposób pogański: jak na okrutnika chcącego prezentów, bo jak nie, to będzie kara.

Bóg, w którego wierzę, jest dobry i miłosierny.

Nie wiem, co na to teologia. Nie wiem, co u innych. Wiem, że Bóg, w którego wierzę, jest dobry i miłosierny. Nie chce dla mnie źle i nie cieszy Go moje cierpienie, ale gdy już mnie spotka coś bolesnego, to pomaga mi wyjść z tego, albo chociaż coś z tego wynieść, co przyczyni się do mojego wzrostu. Wiem, że jest potężny, mocny i ma taką moc, że może to wszystko zniszczyć, ale tego nie robi, bo mnie kocha. Wiem, że złe duchy przed Nim drżą, ale dla ludzi, dla mnie osobiście jest kochanym Tatusiem. Ja w to wierzę.

Bóg, w którego wierzę, jest dobry i miłosierny.Kolejny raz sobie o tym przypominam, gdy ból i cierpienie spotyka kogoś z moich bliskich, a więc i mnie. Wiem, że taki jest po prostu świat – jest w nim cierpienie, które wcale nie musi być karą od Boga. Wtedy słucham, czego ta sytuacja może mnie nauczyć, co Bóg chce mi pokazać i powiedzieć, wykorzystując do tego już zastaną sytuację. Wtedy też, jak Żydzi w niewoli babilońskiej wspominam te wielkie rzeczy, które dotychczas Bóg uczynił w moim życiu i moich bliskich. Te wszystkie beznadziejne sytuacje – te wielkie cuda, i te mniejsze prezenty, które nam dał. Bo jest dobry.

 

Zdjęcie na licencji CC0 pochodzi ze strony: www.pexels.com

 

Mów do mnie Panie, i w rapie, i na Instagramie

Bóg do nas przemawia. Czasem Go słyszymy, a czasem nie. Nie wiem od czego to zależy, no bo przecież nie zawsze od naszej niechęci. Nie zawsze też od zabiegania. Czasem Go nie słyszymy, bo się boimy, bo nie mamy stuprocentowej pewności. Wiele razy po kilku miesiącach uderzam się w głowę, czując coś w stylu: ,,aaa, to o to chodziło. To dlatego mi nie wyszło, bo…, a więc wszystko się teraz układa”. Serio, w ostrożności potrafię zajść daleko, ale są takie chwile, gdy wszystkie kropki zaczynają mi się łączyć. I wtedy sobie myślę, że chyba kolejny raz nie usłyszałem Głosu. A wierzę, nie mam wiedzy tylko właśnie przekonanie lub wiarę, że Bóg chce mi coś powiedzieć. Skąd wiem? Bo czuję wtedy, że to coś dobrego, coś budującego, coś motywującego do działania, albo do nadziei. Nie wiem, po prostu wtedy wierzę, że to On. Ale muszę wtedy być ostrożny, bo zawsze gdy Go słyszę, On wykorzystuje do tego mój język – język popkultury.

To nie był wpis planowany z racji początku adwentu. Średnio mi wychodzi planowanie, co zresztą widać po moim blogu, który jest jak już prawie obumarła paproć, która nagle dostaje kroplę wody i może ją to jeszcze chwilę podtrzymać. Prawie to wszystko uschło, a tu nagle zjawiam się po ponad roku.

Boję się, jak wielu ludzi, nagłej a niespodziewanej śmierci, np. w wypadku komunikacyjnym. Ale już kilka niebezpieczeństw przeżyłem i prawie straciłem życie. Nie liczę już drugich i tych siedemdziesiątych szans. Bo to zawsze jest mniej niż ułamek sekundy, gdy robi się przed oczami ta ciemność, a potem człowiek wie, że już jest dobrze. Ten wpis nie był planowany, ale jest owocem tej chwilowej przerwy między oczami, która jest przed przebudzeniem, ale po chwilowej ciemności.

No i nigdy nie korzystałem na tym blogu z pisania bardzo osobistego. Tak że tego…

Od kilku miesięcy trwa u mnie stan zmian. Pewne rzeczy porzuciłem, nad innymi myślę, porządkuję swoją teraźniejszość. Sporo nie wychodzi, ale czuję ciągłą nadzieję i nieopisany entuzjazm, który nie nie mija, jak zawsze w moim życiu gdy coś przeczytam lub usłyszę, po kilku dniach. On trwa już 5 miesięcy – 5 miesięcy ciągłej motywacji do działania, do zrobienia czegoś fajnego. To tak z jednej strony, bo z drugiej sporo też nie wychodzi. I ten stan napięcia, poddenerwowania, ,,poszukiwania” nie ułatwia niczego. Stopniowo człowiek tu nie odpowie uśmiechem, tam się zirytuje, tu jeszcze jest nieobecny myślami. Stopniowo staje się niewrażliwy na siebie.

I zapomina o tym, co najważniejsze: o drugim człowieku. O tym, żeby czerpać radość z kontaktu z innymi, cieszyć się ludźmi wokół, porzucić ponurość i przygnębienie, pewną oschłość. Nie wiem co jeszcze, przyszło mi do głowy tych kilka rzeczy, zapisałem je sobie, gdybym złapał się na tym, że znowu ,,odpływam”, że błądzę gdzieś myślami, zamiast czerpać radość z bycia blisko innych. Gdyby zdarzyło się, że nie umiem doceniać w rutynie dnia tego, że wokół mnie są inni ludzie. Zapominamy o tym, wiem, bo tak działa nasz mózg: przyzwyczaja się, a potem w chwili straty uświadamia sobie, że jechaliśmy na autopilocie i ta stabilizacja wokół, która właśnie się skończyła, wcale nie była tak oczywista. Wstajemy rano i w pośpiechu wybiegamy z domu albo wpadamy w rutynę, a zapominamy, że wiele osób tej nocy odeszło, a i dla każdego z nas kiedyś nie wstanie dzień.

Nie wiem, czy wszyscy wokół zapominamy jeszcze o jednym. Ja przynajmniej często o tym zapominam. Trzy lata temu zacząłem słuchać przygodnie reggae, wiedziałem o pewnej banalności przekazów, ale oczywistości są ludziom potrzebne, bo o nich zapominają: radość, uśmiech, poszukiwanie pogodnych stron świata i życia, cieszenie się chwilą – nie hedonistyczne, ale świadome, wynikające z wdzięczności wobec świata. I jeszcze coś: jesteśmy braćmi i siostrami. Jezus jest naszym Bratem i Przyjacielem. My wobec siebie też jesteśmy braćmi. Podajemy sobie dłoń podczas mszy, mamy sobie pomagać. Mamy być bliźnimi miłującymi dla wszystkich: dla chrześcijan i dla niewierzących. Bo jesteśmy Świątynią Boga, członkami jednego Ciała – Chrystusa. Przypomina mi się polski pozytywizm i organicyzm: gdy jedna część tego organizmu cierpi, bo coś ją boli, cierpi wtedy całe ciało. Gdy boli mnie ząb albo złamany palec, cierpię cały.

Gdy sobie uświadomię, że ludzie wokół mnie są moimi braćmi i siostrami, gdy tę oczywistość wpoję w życie, tę prawdę ale i pewną metaforę, łatwiej będzie mi być dobrym, łatwiej okazywać radość – gdy ktoś obok nie będzie tak obcy, ale bliższy.

Kilka takich refleksji przyszło mi wczoraj do głowy, gdy tego nie planowałem. Dziś słuchałem rapu, a konkretniej Bisza. Zwróciłem uwagę na jedno zdanie, choć całego Wilka Chodnikowego słuchałem już wiele razy, znam już tę płytę prawie w całości, jeśli chodzi o przekaz tekstów. Zapomniałem szybko o tym nagłym przekazie z piosenki, zająłem się innymi sprawami. Na Instagramie dostałem później wiadomość prywatną od pewnego dziennikarza znanego miesięcznika. Nie wyświetla mu się mój profil, ponieważ mnie nie obserwuje. Nie zna mnie. Ja zaś pięć lat temu po raz pierwszy kupiłem miesięcznik tematyczny, do którego on pisze. Obserwują go tysiące ludzi, on zaś ma polubione tysiące profili, które bombardują jego tablicę zdjęciami. Napisał do mnie spontaniczną wiadomość, kilka dobrych słów. Tak bez przyczyny. Wyobraź sobie, że zaczepiam Cię na ulicy i mówię Ci: ,,wszystkiego dobrego, miłego dnia”. To była tak spontaniczna, losowa, nieplanowana wiadomość. Zawierała chyba tylko trzy słowa. Aha, i streściłbym ją w tym, co zwróciło moją uwagę w rapie Bisza, w tym jednym zdaniu, które kilka godzin wcześniej usłyszałem i mnie zaintrygowało.

Czy Bóg przemówił do mnie przez rapera i przez Instagram? I to z mocno spersonalizowanym przekazem, nie jakimś banałem. Właśnie takim jednym zdaniem, którego potrzebowałem. Przez piosenkę, którą znałem od kilku miesięcy i właśnie dziś mnie coś w niej ruszyło. Przez obcego człowieka, któremu nawet najlepsze algorytmy nie mogły na mnie wskazać, bo się nie znamy, a który poczuł impuls, żeby się do mnie odezwać, napisać trzy słowa i w zasadzie tylko tyle. I to takie trzy słowa, które łączyły się z tymi wysłuchanymi kilka godzin wcześniej. Nadawca tych słów pewnie nie wie, że jego impuls (bo tak pewnie poczuł, żeby się odezwać do obcego sobie człowieka) może mieć trochę więcej sensu (wierzę, że wielu z nas jest narzędziami Boga i odmieniliśmy czyjś los, nie wiedząc o tym).

Ten mój chaotyczny wpis jest takimi trzema słowami, które posyłam dalej. Bóg do nas mówi, albo coś nam sugeruje, ale czasem może do tego wykorzystać nawet portal społecznościowy albo odrobinę estetycznie brudną piosenkę rapową, której daleko do pobożnych pieśni. Czasem mówi do nas przecież wtedy, gdy już jesteśmy w bagnie, nie tylko przed wejściem w nie, gdy nas ostrzega.

Profesja nadawcy tych słów jest dla mnie znacząca. Zafascynowany tą tematyką pięć lat temu, kupowałem miesięcznik, zgłębiając te treści. Nie wiem, czy to jakiś sygnał, żeby tę moją 5-miesięczną motywację przekuć w to konkretne działanie. Tu już nie mam pewności, i tu właśnie odzywa się ten mój racjonalizm, który za kilka miesięcy odezwie się w mojej głowie w słowach ,,aaa, więc o to chodziło, to tak miały się te kropki połączyć”.  Nie wiem tylko, czy będę ,,po fakcie” ze zmarnowaną szansą, czy ze zrealizowanym celem. Nie wiem, czy to Jego głos, ale mam wiarę. Bo gdy chodzi o dobre rzeczy, o budujące rzeczy, to wierzę, że to bardzo często Jego głos. Nie ,,wiem”, ale: ,,wierzę”.

Wiem jednak, że musimy być otwarci na drugiego człowieka, uważni na niego, opiekuńczy i troskliwi, doceniać jego obecność, bo wszyscy jesteśmy metaforyczną, ale i dosłowną rodziną. A dla rodziny trzeba być dobrym. Więc do teoretycznie obcych ludzi też będzie łatwiej być dobrymi. Tak sobie pomyślałem wczoraj, a dziś doszły do tego niespodziewane budujące słowa. Nie wierzę w karmę, ale w łaskę. I wierzę, że gdy chcemy dobra, to Jego łaska i dobro czynią w naszym życiu rzeczy wielkie.

 

Zdjęcie na licencji CC0 pochodzi ze strony www.pexels.com