Wierzę. Nadal

Nie podoba mi się bardzo wiele rzeczy w Kościele, od tych malutkich, do tych wielkich rzeczy, obiektywnie złych. Nie chcę używać tu eufemizmów. Przepraszam więc od razu za te niektóre określenia, ale uważam, że relacja części kleru i części polityków jest po prostu patologiczna, jest zgorszeniem, wiele też z tych rzeczy może mieć znamiona przestępcze, i ta symbioza trwa, aby żadna z tych obu stron nie poniosła odpowiedzialności karnej. To oburzające. Ale gdyby tylko tym był Kościół, może już dawno bym się poddał. A jednak nie zamierzam go porzucić.

Staram się w tym Kościele żyć, choć czasem nie jest łatwo. I doskonale wiem, że bardzo często nie jest mi łatwo z powodu mojej własnej winy. Bo widzę np. osobę, która w społeczeństwie żyje tak a nie inaczej, para się lokalną polityką a teraz siedzi kilka ławek ode mnie, patrzę na nią przez pryzmat określonych zachowań. Tylko że nie tak na nas patrzy Bóg. Do doskonałości mi wiele brakuje. I mogę wybrać inną mszę, taką podczas której wiem, że będą w tłumie stali sami moi VIP-owie, ale nie zmieni to faktu, że my wszyscy na tej jednej mszy jesteśmy wspólnotą, ,,rodziną”, siostrami i braćmi w Chrystusie. Mogę być na mszy z samymi swoimi ulubionymi ,,braćmi i siostrami”, z ukochanym kaznodzieją, ale to nie sprawi, że z tej wspólnoty nagle zniknie ten rozpolitykowany ksiądz, który straszy, że każdego kto myśli inaczej ekskomunikuje (nie zdając sobie sprawy, że on takiej mocy nie posiada). W sensie bardziej ogólnym to wszyscy jesteśmy w Chrystusie jednością, a nawet ci, którzy myślą inaczej lub są niewierzący. Mogę być jak Jonasz: ukryć się przed Bogiem, uciec, ale to nie sprawi, że zniknę.

# Lekka nieznośność bytu

 

Nasze rodziny. Nawet nasze relacje rodzinne mogą być różne, zawsze znajdzie się jakaś ciotka, którą traktujesz trochę chłodniej (albo, mówiąc wprost, po prostu jej nie lubisz, bo jest jakaś dziwna). Tylko że to nie sprawi, że nagle przestaniecie być rodziną. Możesz jej unikać, nie identyfikować się z nią, nie darzyć sympatią, ale jest twoją rodziną, łączą was więzy krwi i nie da się od tego tak po prostu ,,wypisać”. A jeśli przewróci się w domu i złamie nogę, a nie ma nikogo poza tobą, to masz moralny obowiązek zaopiekować się nią. A nawet, gdyby nie była twoją krewną, i nawet gdybyś jej nie lubił, to sumienie jednak by uwierało, że może warto pomóc. Nasza wspólnota kościelna: my wierni, i duchowni, to też taka rodzina. Nie musimy wszyscy za sobą przepadać, ale nasze osobiste przekonania nie sprawią, że przestaniemy być wspólnotą.

Nie podoba mi się bardzo wiele rzeczy w Kościele, od tych malutkich, do tych wielkich rzeczy, obiektywnie złych. Nie chcę używać tu eufemizmów. Przepraszam więc od razu za te niektóre określenia, ale uważam, że relacja części kleru i części polityków jest po prostu patologiczna, jest zgorszeniem, wiele też z tych rzeczy może mieć znamiona przestępcze, i ta symbioza trwa, aby żadna z tych obu stron nie poniosła odpowiedzialności karnej. Niedobrze mi się robi na widok karierowiczostwa, wymyślania kolejnych urojonych wrogów, bycia łasym na pieniądze, na to gdy Ewangelii używa się nie w duchu prawdy (czyli ją objaśniając), ale żeby za jej pomocą manipulować lub używać w celach perswazyjnych (jakiegoś wersetu używając do określonego celu, aby wzbudzić postawy, które nie mają na celu nakierowania wiernych na drogę zbawienia, ale do celów bardziej przyziemnych – do celów własnych).

mój tekst o humanizmie chrześcijańskim i relacjach Kościoła i państwa

Kościół chyba zawsze postępował powoli, zachowawczo, ostrożnie. Słyszę, że reakcja jest za późna, że na oczyszczenie czas był już dawno – na to, żeby zabrać głos, żeby stanowczo odciąć tę pępowinę z naszymi politykami. W dobie mediów społecznościowych, w dobie szybkiego obiegu informacji – teraz, gdy mamy choćby w sieci wielu odbiorców i jednocześnie nadawców komunikatu, księża i biskupi czasem po prostu ,,nie ogarniają”, nie rozumieją, że model się trochę zmienił i teraz nie wygląda on tak, że biskup coś powie, a ludzie to wysłuchają i coś pod nosem ponarzekają, ale że każda wypowiedź w 10 minut znajdzie kilkuset komentatorów, którzy ją rozniosą po sieci, a każdy zinterpretuje inaczej i jeszcze doda całkiem inny kontekst oraz tło; że z każdego słowa nie będziemy sądzeni po latach, ale po kwadransie.

#Apogeum (Oburzenia? Cierpienia?)

 

Nie podoba mi się wiele skandali.

I gdybym wierzył w Kościele tylko w jego ziemskie struktury, w kler, już dawno bym to wszystko porzucił. Ksiądz kiedyś nawoływał do głosowania na tych a nie innych (niby neutralnie ale jednak wiadomo o co chodzi) w dniu wyborów.

[W tym akapicie opisałem kilka obrzydliwych rzeczy, które uczynili księża. Trzynaście wersów obrzydliwości, o których zbiorowość milczała, dając na nie ciche przyzwolenie. Trzynaście wersów, które pochodzą tylko z jednego małego miasta. Każdy z nas mógłby dopisać do tej listy swoje kilkanaście wersów. Czy coś dałaby taka eskalacja zła? Przecież tajemnicą nie jest, że to zło istnieje w naszych parafiach, na plebaniach, w szkolnych ławkach podczas katechezy. Treść tego akapitu zmieniłem przed samą publikacją, już po napisaniu całego tekstu].

Gdyby tylko tym był Kościół, może bym się już dawno poddał. Chociaż też nie wiem, czy bym to uczynił, bo spotkałem w swoim życiu tylko trzech księży, którzy chyba się w pewnym momencie swojego życia pogubili (choć prawdę o nich zna tylko Bóg), a także kilkudziesięciu, którzy postanowili, że bezinteresownie opowiedzą mi o Bogu. Bo miałem spoko księdza-katechetę w gimnazjum, który nawet gdy ktoś go prowokował kontrowersyjnym pytaniem, to on rzeczowo na to odpowiadał, z odwagą i siłą. Gdy mówił, to jego argumentacja i przenikliwość myśli przypominały mi wtedy sposób w jaki mój wówczas najukochańszy na świecie C.S. Lewis prowadził swoje wywody. Spotkałem mądrych (i pokornych) dominikanów, kapucynów, księży którym się chciało i chce działać. Ogromny wpływ miał na mnie ksiądz Pawlukiewicz, którego w każdą niedzielę słuchałem na falach radiowych, wielu znakomitych kaznodziejów, którzy osiągnęliby ogromny sukces i zyskaliby sławę, gdyby kiedyś modne było bycie youtuberem, tymczasem oni wygłaszali perełki homiletyczne, z szerokim tłem historycznym, formalnie dobrze skomponowane z odpowiednimi akcentami na poszczególne części wypowiedzi, z przykładami, z miłością, a jednocześnie skierowane tylko do kilkudziesięciu osób.

Ta siła sprawiała, że nawet gdy kiedyś katechetka w szkole wypaliła z tekstem (uwaga, cytat dosłowny, bo po naprawdę wielu latach nie potrafię tego cytatu zapomnieć i jest on tu powtórzony w skali 1:1): ,,chłopcy, do was nie mówię. Ale wy dziewczynki, pamiętajcie: macie się nie szmacić!” (młoda kobieta do młodych, kilkunastoletnich kobiet w szkole, na lekcji religii), nie utożsamiałem tej głupoty z całym Kościołem, czy też z jego nauczaniem, a z tą konkretną osobą.

Te chlubne przypadki sprawiały, że potrafiłem wierzyć mimo wielu skaz. Bo dopiero po latach (a konkretniej wtedy, gdy przeczytałem rewelacyjną książkę ,,Moc i chwała” Grahama Greene’a) zrozumiałem, że w Kościele jest ,,moc i chwała” (a konkretniej ,,potęga”, bo ,,Bo Twoje jest królestwo i potęga, i chwała na wieki”), że żeby nie wiem co się działo, to w całym Kościele jest siła.

Bo nie oszukujmy się: nigdy nie było dobrze w Kościele, zawsze było coś nie tak. Tylko że Kościół to ludzie. Nie jest to z mojej strony usprawiedliwianie kogokolwiek, ale spojrzenie na to, że nie tworzą go aniołowie. Nawet na czele jego ziemskich struktur stoi człowiek, tak: papież to też człowiek.

# Ryby i ludzie

 

Gdyby Kościół to byli tylko ludzie, pewnie nie tylko ja bym się poddał. Ale jest w nim Bóg w Trójcy. Ten Kościół ustanowił Chrystus i oddał za niego Swoje życie – za niego, czyli za tych wszystkich niedoskonałych ludzi, przede wszystkim za nich, bo On nie przelał Swojej świętej Krwi za sprawiedliwych, ale za grzeszników. Nie przelał jej za Archanioła, za chór aniołów i za Cherubina, ale za poszatkowaną przez grzech i zmęczone trudem rodzenia i ciężką pracą (konsekwencjami grzechu od momentu popisówy naszych Prarodziców w Raju) całe stworzenie.

Może wielu ludzi chciałoby w Kościele widzieć tylko księży, biskupów i czynione ludzką ręką zło, ale będzie to błąd logiczny, błąd argumentacji. Jeśli mówimy ,,Kościół”, w definicji musi znaleźć się Bóg oraz duchowni i świeccy. Jeśli powiemy, że nie ma tam Boga, będzie to wtedy nie Kościół, a grupa, społeczność, zbiorowość. Mówiąc o Kościele, ale wyłączając z niego Boga, zejdziemy z pułapu teologii na grunt socjologii. Wypierając sacrum, sprawimy, że będzie tylko mowa o tym, co doczesne. Mówiąc o tym profanum: o mężczyznach w sutannach, o budynkach w których oni się gromadzą, o starszych paniach z różańcem i młodzieży śpiewającej i tak ładnie tańczącej na salce parafialnej, powiemy o ludziach, którzy tak a nie inaczej spędzając wolny czas, zamiast np. zbierać grzyby, albo łowić ryby.

Ale jeśli w tym wszystkim znajdzie się także Bóg, wtedy można powiedzieć istotnie o Kościele takim, jakim on ma naprawdę sens. O Kościele silnym, bo uświęconym przez Najwyższego Kapłana, o ludzie, z którym Jahwe zawarł przymierze. Ale i Kościele kulejącym przez to, że są w nim ludzie, a więc grzesznicy, ludzie którzy ten Kościół niszczą. Tylko że ten Kościół jest wieczny, niezniszczalny, bramy piekielne go nie przemogą, ten Kościół istnieje tu na ziemi i istnieje też w Wieczności.

# Grzesznik? To ja

 

Nigdy nie należałem i nie należę do żadnej z parafialnych wspólnot i grup formacyjnych. Może popełniłem błąd, a może moja droga miała być właśnie taka. Staram się w tym Kościele żyć, choć czasem nie jest łatwo. I doskonale wiem, że bardzo często nie jest mi łatwo z powodu mojej własnej winy. Bo czasem patrzę na kogoś, osądzając go w sercu, ale to nie jego wina, ale moja. Nie lubiłem i nie lubię listów Episkopatu, bo nie jest to moja wrażliwość, bo nie były one nigdy atrakcyjne dla mnie jako młodego człowieka, bo czasem opływają w nagromadzenie środków perswazyjnych, hiperbolizacje, nacechowanie języka (i nawet tego nie ukrywają), bo nie potrafiłem nie odpływać podczas nich myślami, bo pamiętam, że księża bardzo często odczytywali je z pewną niechęcią (nawet nie dbając szczególnie o intonację), a starsze panie wyciągały podczas ich odczytywania różańce i na kilkanaście minut wyłączały się z mszy. Tylko że to akurat mój problem, że mi taka drobna rzecz się nie podoba (i muszę ją akceptować, bo z mojego powodu nikt nagle nie przestanie tych listów pisać, tak samo jak nikt nie zlikwidował w szkole fizyki, bo taki sobie ja nie przepadałem za nią i wolałem w zamian chemię, matmę i polski).

Może nam wiele rzeczy w tym Kościele nie pasować, ale to nie sprawi, że ten Kościół jest przez to zły, albo że trzeba go dlatego porzucić. To są elementy tego Kościoła (nie zawsze nawet choćby istotne), nie zaś sam Kościół. I może to jeden z powodów, dla których jest on wieczny i niezniszczalny, i przetrwał tyle wieków (bo najważniejszy powód to ten, że jest w nim Żywy i Wieczny Bóg). Są w nim drobne rzeczy, które nam nie pasują. I są też wielkie skandale, czynione ręką ludzką. Ale to nie wina Kościoła, ale może to skutki  formacji kleryków, może struktur, może też tego, że kapłana to my traktujemy na równi z Bogiem, a może jeszcze czegoś innego.

Zależy mi na tym, żeby ten Kościół został oczyszczony, ale nie żeby się zmienił w taki sposób, jaki jest akurat modny. Bo w tym jest jego siła. Owszem, wiele rzeczy być może się zmieni. To nauczanie, które znamy teraz też jest inne niż jeszcze może nawet dekady temu (chociażby podejście do samobójców), dostrzeganie czasem szarości tam, gdzie jeszcze kilkadziesiąt lat temu widoczna była tylko biel lub tylko czerń. Przy czym nie jest to zmienianie doktryny, ale bardzo często dostrzeżenie, że ten ludzki fragment Kościoła mógł się mylić, że przecież z nauki Chrystusa wynika inaczej i że inaczej On to postrzega i postrzegał.

# Nie za delikatnie?

 

Chodziłem z tymi myślami od kilku dni, powiedziałem swojej koleżance z pracy, że chcę napisać tekst o Kościele. E. odpowiedziała: ,,tylko delikatnie”.

Zerknąłem na szkic tekstu, który powstał wiele dni temu. Chyba bym się teraz tego wstydził. Oddałem w nim wiele emocji, które może nadal czuję, ale które byłyby pokazaniem sztormu i silnych fal, podczas gdy chciałem pokazać tylko morze. Nie byłby to obraz fałszywy, ale nie byłaby to czysta prawda (morze przecież bywa gwałtowne, ale jest takim nieczęsto). Było tam mnóstwo krzyku, złości. Tego wszystkiego, co we mnie jest i w, myślę że wielu, moich siostrach i braciach w wierze. Tyle że tu potrzeba na chwilę wziąć kilka głębokich oddechów i nabrać odrobiny spokoju. Dlaczego? Bo tego wymaga dyskusja, ale i wspólne dobro. Że może jestem naiwny? Że może trzeba krzyczeć? Że może to już nie jest ten moment na spokojną dyskusję? Być może tak, a być może nie. Mam przed oczyma sędziego, który ma przed sobą mordercę dzieci. I ten sędzia, nawet jeśli ledwo się powstrzymuje, żeby nie strzelić do tego człowieka (i w ten sposób tak prymitywnie mu wymierzyć sprawiedliwość), to jednak musi go wysłuchać (krzycząc też niczego by nie zyskał, jedynie nie ukryłby swego oburzenia).

Mógłbym dać ponieść się emocjom, powtórzyć tę retorykę, która mówi: że nie popieram kleru łasego na kasę, że (przepraszam za wyrażenie) rzygać mi się chce na myśl o wielu biskupach i innych koniunkturalistach, na myśl o śliniących się za dziewczynkami i małymi chłopcami tych kilku pedofilach w sutannach.

Już taki język, choć być może wynikający z autentycznej złości (ta zaś mająca swoje źródła nie w nienawiści ale w pragnieniu oczyszczenia Kościoła), już ten język nie służyłby debacie. Wzbudzałby tylko nienawiść, zaogniał ten podział, nie idą zaś za nim konkretne działania.

Patrząc na zło, na pedofilię być może wielu z nas, a być może i wielu patrzących na Kościół z daleka chciałoby, żeby każdy pedofil, nieważne czy ksiądz czy nie, żeby był sprawiedliwie osądzony z kodeksu karnego. Może niejedna chrześcijańska dusza chciałaby, aby z każdym takim księdzem i biskupem kumple spod celi zrobili to samo co z innymi pedofilami. Bo patrząc w oczy dziecka nie mogą się pogodzić z ludzkim złem. „Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie” mówi Pismo. Im ktoś w Kościele wyższego szczebla tym sroższa powinna być kara. Tym donioślejszy powinien być upadek z wysoka.

To przykład na emocje, na danie im się ponieść. Bo za tymi słowami, wynikającymi ze słusznego oburzenia, nie stoi nic innego jak tylko emocje. Złe emocje, choć mające swe źródło w braku zgody na ludzką krzywdę.

Uspokojenie emocji, podejście do trudnych tematów na trzeźwo nie oznacza zamiatania problemów pod dywan.  Bardzo bym chciał, żeby ofiary pedofilii zdobyły odwagę, żeby ich oprawcy zostali sprawiedliwie osądzeni. Każdy ksiądz pedofil żeby poniósł konsekwencje swoich czynów (i każdy świecki pedofil). Żeby zarówno nieuczciwy budowlaniec, który defrauduje pieniądze został osądzony, jak i nieuczciwie zarządzający majątkiem wspólnoty kościelnej (bo to kasa parafian przecież) ksiądz. Żeby za szerzenie rasizmu, antysemityzmu, nacjonalizmu, nawoływanie do nienawiści taką samą odpowiedzialność ponosił kibol, ksiądz, polityk, kasjer – każdy zgodnie z prawem osądzony tak samo.

Wiem, że w tym Kościele jest miłość, choć ten sam Kościół chcą tak skutecznie obrzydzić nam ci niektórzy biskupi i księża karierowicze. Dobro i cnota potrafią się obronić. Lata spędzone w Kościele nauczyły mnie, że moim obowiązkiem wynikającym z wiary jest słuchanie sumienia i rozumu. Sumienie jest miejscem spotkania z Bogiem, a rozum darem od Niego. O swój intelekt powinniśmy dbać. I nie łykać wszystkiego co powiedzą z ambony księża, tylko to przetrawiać przez umysł. Jeśli modlimy się, pogłębiamy wiedzę religijną, będziemy wiedzieć, co jest prawdą. Dla nas wykładnią wiary jest Nowy Testament i jeśli ksiądz nie głosi czegoś sprzecznego z Ewangelią (a niektórzy, niestety, potrafią) to możemy to przyjąć. Gdyby Bóg chciał, abyśmy byli marionetkami, nie pozwoliłby nam myśleć, podejmować wyborów, posiadać wolnej woli. Wolna wola jest jak miecz obosieczny, czasem chciałbym nie musieć podejmować wyborów, ale tak się nie da. Wolna wola jest jak nóż: możesz nim rozsmarować miód na kanapce dla ukochanej osoby i możesz tym samym nożem uczynić krzywdę. Murem stoję za świeckimi w Kościele, za świeckim państwem, za chrześcijańskim humanizmem, za rozumem, prawdą i wolnością, za człowiekiem. Najsilniej swoją wiarę przeżywałem za granicą, ,,na tym zgniłym Zachodzie”, jak chcą niektórzy, gdzie religia to było mniej niż 10% (a może nawet mniej niż 5%) społecznych zainteresowań. To nie tu stojąc obok kilkuset osób mówiących tym samym językiem czułem, że oto stanowimy jedność i jedno „Ciało”, ale tam, gdy było nas może około 10-15 osób na mszy – na jedynej mszy w niedzielę – a naszym językiem był tylko uśmiech i skinienie głową na znak pokoju. ,,Gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich”

# Błagam, napraw

 

Jaka jest więc recepta na naprawę Kościoła, na którym mi zależy, którego jestem częścią?

Nie wiem.

Jestem częścią tego Kościoła. I nie wiem, jak mu pomóc.

Myślę, że nie tylko ja.

Jest w nim wielu ludzi mądrych, którzy też nie wiedzą.

Wiem jednak, że nie zginie, bo trwa w nim Jezus. Wiem, że Kościół potrzebuje oczyszczenia i jest oczyszczany. Wiem, że jest w tym Kościele wielu kapłanów, którzy pogubili się i zapomnieli o swoim powołaniu, ale jest to tylko promil, że to mniejszość (choć bardzo medialna).

Wiem, jednak, ze jest pewna ludowa mądrość w nas, obserwuję ją głównie u katoliczek, u wielu moich sąsiadek, u kobiet w mojej rodzinie. Spokój wewnętrzny. Tam, gdzie Józef pomyślał, ze trzeba chyba zainterweniować i coś zrobić, bo Maryję ukamienują, Ona nie mówi nic. Ona rozumie więcej, ale przede wszystkim ma ten dar ufności ale i wiedzy, kobiecej intuicji, takiej czułości i wrażliwości, empatii. Tam, gdzie ja chciałbym krzyczeć, Ona zachowałaby być może spokój. Tu, gdzie we mnie wzbierały emocje, koleżanka powiedziała do mnie: ,,tylko delikatnie”. Tu, gdzie we mnie wszystko się gotuję, przypominam sobie którąś ze spotkanych w moim  życiu kobiet, która nie musi nic mówić, ale widzę w jej oczach, że się mylę, że ona wie coś innego, i że to chyba ona ma rację. Czym jest ten kobiecy dar? To chyba miłość.

Chrześcijaństwo to miłość, nie krzyk. Krzyczy ten, kto się boi lub chce coś ukryć.

Gdy słyszę, że jakiś biskup grzmi, straszy, wyrzuca z siebie morze nienawiści, to wiem, że nie ma racji, ale być może tym maskuje swoją niepewność i bezradność, swoją słabość.

W dzieciństwie niektórzy nie musieli krzyczeć, żebym czuł przed nimi respekt, żebym liczył się z ich zdaniem.

Jezus nie musiał krzyczeć, a w faryzeuszach aż kipiała nienawiść i złość. Wiedzieli, że ma rację, że dobrze mówi. I to ich bolało. Chrystus wzbudzał szacunek i respekt. I to bardzo często nas – ludzi – boli: to, że ktoś ma rację, ktoś czyli nie my. To pycha każe nam krzyczeć. Im głośniej, tym lepiej. Im głośniej, tym bardziej się przestraszą i może zaczną się z nami liczyć (albo mi usługiwać, albo dadzą sobą sterować).

Nienawiść i krzyk to nie jest język chrześcijaństwa. Ale często jest to narzędzie, które w swe dłonie chwyta także, niestety, wielu z nas – chrześcijan.

Jeśli chcemy naprawy Kościoła, to być może trzeba być stanowczym, ale nie krzyczeć, nie odpowiadać agresją.

Wiem też, że bez nas – świeckich – ta odnowa Kościoła może się nie udać (albo chociaż przebiegać będzie na pewno wolniej). Od kilku lat moje myślenie zajmuje tzw. ,,humanizm chrześcijański” – XX-wieczny prąd społeczno-filozoficzny, który swe korzenie ma wiele wieków wcześniej, ale to jednak m.in. II Sobór Watykański miał na niego wpływ [mój tekst]. Skupienie się na tajemnicy Wcielenia, spojrzenie na godność i wolność człowieka, na indywidualną więź każdego z nas z Bogiem, na to, że jeśli jeden z nas cierpi, cierpi całe ciało. Może nie lekarstwem, ale ważną częścią (albo też ważnym odcinkiem tej drogi) jest zaangażowanie świeckich. Jeśli każdy z nas, nie od razu każdy Polak, ale tylko ten nasz rodak, który uczęszcza na niedzielną mszę, gdyby każdy z nas pomyślał: ,,jestem chrześcijaninem, będę więc kierował się tym także w tych drobnych rzeczach”, naprawdę mogłoby być lepiej. Tak jak pierwsze gminy chrześcijańskie. Chrystus jest Ciałem, a jeśli coś w ciele boli, oddziałuje to na cały organizm.

Nie wiem, jakie jest lekarstwo na uzdrowienie Kościoła. Jeśli Twoje całe ciało jest zdrowe, ale masz zapalenie migdałków, jesteś po prostu chory (a nie zdrowy z wyjątkiem jednego fragmentu). W Kościele jest kilka bolących miejsc (oprócz tych miejsc rzecz jasna zdrowych, bolących miejsc w Kościele, wierzę, że jest jedynie pewna część). Ale wiem, że świeccy katolicy mogą sprawić, żeby to miejsce było lepsze. Choć to trudne, to ich zaangażowanie może wpływać na decyzje biskupów, księży.  Może pomoże tu mówienie: wierzę, ale też zwracam uwagę, gdy coś idzie za daleko.

 

zdjęcie CC0 pobrane z www.unsplash.com

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.