Zdzieranie złota z cielców metodą chałupniczą, czyli oddolną

Fragment, w którym faryzeusze wystawiają Jezusa na próbę (zadając Mu pytanie dotyczące podatków) pojawia się u trzech ewangelistów. Odpowiedź mówiąca o tym, żeby oddać Cezarowi to co jego, a Bogu to, co Panu się należy, to jeden z najbardziej znanych cytatów. Jego interpretacja też jest powszechnie znana, bo mówi o dwóch granicach: o tym, że istnieje sfera państwowa, czy też pewien obszar władzy, i sfera święta.

Ten cytat, jak wspomniałem, jest serio bardzo znany, i ta interpretacja także, ale przy którejś okazji pomyślałem nawet, że może istnieje też interpretacja troszkę inna, mniej kanoniczna. Chrystus, który głosił swoją naukę, który już czasem któryś raz powtarzał pewne treści (a uszy uczonych w Prawie i faryzeuszy były wciąż zamknięte), Chrystus, który był wielokrotnie wystawiany na próbę (to pytanie o znaczenie władzy doczesnej jest też z takiego cyklu ,,podchwytliwych pytań”, pada w takim kontekście, jak opisują ewangeliści w swych tekstach), Chrystus, którego sedno nauki już było powszechnie znane, mógł poczuć w tym momencie takie czysto ludzkie zmęczenie. Bo ok, te słowa padły w konkretnym kontekście – wybrnięcia z zastawionej na Jezusa pułapki słownej, ,,pochwyceniu Go” na słowie, ale Jezus mógł przez to także chcieć powiedzieć: ,,słuchajcie ludzie, wiecie jaką naukę głoszę. Mówię tu o Królestwie, o bliźnich, o miłości, o moim Ojcu. Wy tego nie słuchacie. Wy pytacie o denara. Weźcie tego denara, oddajcie Cezarowi to, co jest jemu należne. I tyle, nie zaprzątajcie sobie tym głowy, nie rozmyślajcie, nie skupiajcie się tylko na tym, co ulotne. To jest doczesność, to nie są tak ważne tematy. Słuchajcie, mówię o Ojcu, o Jego Królestwie, o miłości, mówię abyście nawracali się bo wejdą przed wami do Raju grzesznicy i cudzołożnice, bo tak macie zatwardziałe serca. Ta władza, to wszystko, ta doczesność – to jest nic. Oddajcie to, co Cezara, pozbądźcie się tego bagażu. A Bogu oddawajcie to, co Jemu się należy, bo to tylko tam – w Raju – jest sens wszystkiego”.

Czy mogło chodzić tylko o coś takiego? To by wówczas sugerowało na pewną utopię, na mówienie, że doczesność nie jest ważna. A przecież jest.

I ten znany cytat, jednoznacznie interpretowany w nauczaniu wielu kapłanów, u prawie każdego na kazaniu brzmi podobnie: wskazuje na państwo i na sferę sacrum. Owszem, uświęcasz się przez swoje obowiązki i pracę, pracując też się możesz modlić, a władza jest misją i służbą. Ale mimo wszystko istnieją te dwa porządki: świecki i święty, jest władza i jest Kościół. Skąd więc pochodzą te nasze problemy z relacjami państwa i Kościoła?

 

Powszechny, a więc nie tylko ,,najmojszy”, ale też i Twój?

 

Problem z tymi relacjami Kościoła i państwa polega na tym, że to jest czas świeckich, że II Sobór Watykański wskazał także i świeckim określone zadania, że ta rola świeckich chrześcijan w świecie, co niekoniecznie cieszy się popularnością, istnieje. Bo skoro istnieje Kościół Powszechny, to są to i duchowni i świeccy, i jeśli ci świeccy chrześcijanie (a statystycznie chyba nadal jest ich sporo w Polsce) będą uczciwi, nie będą kradli, będą postępowali uczciwie i nie będą szczuli jedni na drugich, a np. pełnią przy okazji ważne funkcje społeczne, to także budują ten Kościół. Nikt nie zabrania ludziom postępować uczciwie. To, że biskup na prośbę wójta poświęci nowe skrzydło fabryki okien to nie jest spełnianie misji Kościoła tylko „twórczość własna”. Szerzy się sekularyzacja, jeśli ktoś ze środowiska kościelnego – ktoś ze środka – tego rozdziału nie przeprowadzi „bezkrwawo” (a więc satysfakcjonująco dla obu stron), zrobi to ktoś wkrótce mniej subtelnie i wtedy ta jedna ze stron będzie oburzona. I musi to zrobić z głową, ostrożnie, nie zaś wykrzykując populistyczne hasła.

O świeckich chrześcijanach w państwie, o roli państwa, o tych relacjach obficie pisali poprzedni papieże. Wiek XX to w ogóle powrót do myślenia w kulturze o czymś takim jak ,,humanizm chrześcijański” (m.in. J. Maritain, Chesterton, C.S. Lewis, Mauriac, w Polsce środowisko ,,Znaku”, czy też ,,Tygodnika Powszechnego”) . Przez liczne wojenki, przez zamęt i chaos słowny odpychamy innych od Kościoła, a wielu niewierzących dziwi się, że w ogóle i papieże i Kościół nie zajmują się w swym nauczaniu tylko cielesnością, seksem, grzechami i kiedy wolno jeść mięso a kiedy nie (i czy w ogóle można nie jeść go wcale), ale że istnieje także nauka społeczna Kościoła i tam jest dużo ciekawych rzeczy i o państwie, i o laikacie, o pracy w życiu człowieka i w ogóle. To bardzo często nie są wygodne treści i może z tego powodu lepiej krwawo rozprawiać się np. kolejny rok z gender z pozycji ex cathedra.

Dlaczego więc powstaje pewien upór i tak silne parcie, że skoro mowa o państwie to i o Kościele? Z całym szacunkiem, ale nie widzę jakiejkolwiek partii politycznej w Sejmie, która realizowałaby naukę Kościoła do tego stopnia, że bałaby się o stan chrześcijaństwa w Polsce (chyba że chodzi o instrumentalne traktowanie Kościoła na zasadzie symbiozy niektórzy politycy – część kleru, za zgodą oczywiście obu stron).

Rozdział Kościoła od państwa, niesie za sobą pewne konsekwencje, niekoniecznie wygodne, nie polega chyba jednak na tym, że nagle Polska stanie się ateistyczna. Niezależnie od tego, czy będzie rozdział, nikt nie zabrania chrześcijanom (w tym politykom tak siebie określającym) postępować uczciwie i przyzwoicie, tworząc ten Kościół (jeśli faktycznie ktoś czuje, że ten Kościół nie jest dla niego tylko słowem, ale jest ważny w jego życiu). Bo można czynić wiele zła, ale chwalić się, że udało mu się obronić kolejną wielką sprawę (trochę przypomina to w sumie faryzeizm).

 

Wszystkie ręce na pokład, nawet i te nieświęte

 

My świeccy jesteśmy wezwani do tego, by także ten Kościół budować, a i Kościół nie powinien bać się współpracy ze swoimi owieczkami, powinien słuchać je i wykorzystywać ich rozmaite talenty i świeckie posługi oraz profesje. Sacrum i profanum mogą ze sobą współdziałać, bo w całym Kościele obecny jest Duch, nie tylko w kościelnych murach.

W konstytucji papieża Pawła VI „Gaudium et Spes” można przeczytać, że: „Rzeczy bowiem doczesne i te, które w obecnym stanie człowieka przewyższają ten świat, łączą się ściśle ze sobą, a nawet sam Kościół posługuje się rzeczami doczesnymi w stopniu, w jakim wymaga ich właściwe mu posłannictwo. Nie pokłada jednak swoich nadziei w przywilejach ofiarowanych mu przez władzę państwową; co więcej, wyrzeknie się korzystania z pewnych praw legalnie nabytych, skoro się okaże, że korzystanie z nich podważa szczerość jego świadectwa, albo że nowe warunki życia domagają się innego układu stosunków. Kościół winien mieć jednak zawsze i wszędzie prawdziwą swobodę w głoszeniu wiary, w uczeniu swojej nauki społecznej, w spełnianiu nieskrępowanie wśród ludzi swego zadania, a także w wydawaniu oceny moralnej nawet w kwestiach dotyczących spraw politycznych, kiedy domagają się tego podstawowe prawa osoby lub zbawienie dusz, stosując wszystkie i wyłącznie te środki, które zgodne są z Ewangelią i dobrem powszechnym według różnorodności czasu i warunków.”

Uważam, że Kościół powinien stać na straży wartości, że nie powinien milczeć w takich kwestiach, jak chociażby eugenika, eutanazja, samobójstwa, nawet jeśli kosztuje go to zaczepienie władzy, jasny i stanowczy sprzeciw. I właśnie dlatego jest mu potrzebne oderwanie się od państwa: żeby miał swoją niezależność, żeby nie był zobowiązany ,,odwdzięczać się” władzy za pewne profity, żeby miał swój własny głos. Rozdział Kościoła od państwa to pewna niezależność, to własna siła i moc, by głosić to, co chce się głosić, a nie to, co jest wygodne i korzystne dla władzy. Wartością nadrzędną dla Kościoła hierarchicznego powinna być godność człowieka i zabieganie o zbawienie jak największej liczby ludzi, nie zaś spełnianie czyichś oczekiwań.

Takie państwo świeckie, ale jednocześnie kierujące się wartościami chrześcijańskimi w tych założeniach XX-wiecznych myślicieli powinno mieć charakter oddolny, niesformalizowany, nieskodyfikowany, gdzie będą jego obywatele kierować się wartościami chrześcijańskimi (i tak sobie myślę, że przede wszystkim ci, którzy chcą, którzy się mienią naśladowcami Chrystusa, ale i ci, którzy uważają, że ,,warto być przyzwoitym”; wiele wartości chrześcijańskich nie stoi przecież w sprzeczności z wartościami humanistycznymi, moralnymi, z tzw. ,,złotymi zasadami” uniwersalnymi w sensie wartości). Nawet jeśli to państwo świeckie, ale kierujące się wartościami Biblii, będzie tworzyło tylko kilkadziesiąt procent jego obywateli, to i tak będzie to stan lepszy niż życie w państwie, w którym można sobie szkodzić i czynić świństwa, ale za to można posłuchać biskupa atakującego gender i inne ideologie. ,,Cywilizację chrześcijańską” – byt oparty o określone idee – można wprowadzić w państwie laickim. Tylko że kosztuje to siłę, konkretną robotę, chęci, że jest to utopijne, trudne i niewygodne. Że jest to ,,obywatelskie”, a u nas czasem ciężko z oddolnymi inicjatywami. U podnóża tej ,,chrześcijańskiej cywilizacji” stoi wiara w to, że każdy z nas jest cenny, że każdy ma swoją indywidualną relację z Bogiem, że każdy jest powołany do zbawienia, a przez swoje wybory i życie może sobie tę drogę budować. Że powinniśmy zabiegać o własne zbawienie, ale i o zbawienie innych, podpierać się i opierać wzajemnie, a takim drogowskazem i szpitalem z oddziałem intensywnej terapii powinien być Kościół. Jak podkreślał w swych pracach C.S. Lewis, zbawiona może być jednostka, nie zaś państwo, naród, czy nawet cała cywilizacja. Każdy z nas. To Chrystus umarł za całą ludzkość: i tę przeszłą i tę przyszłą. Chrześcijaństwo jest ponad każdym bytem, ponad państwami, a nawet całymi cywilizacjami, ponad światem, bo przecież ponad doczesnością. Chrystus nie spyta, czy byłeś Polakiem czy Holendrem, tylko czy wierzyłeś w Niego i czy kochałeś (i jak bardzo), nie spyta, jak wierzę, czy pochodzisz z katolickiego kraju, ale czy może byłeś tym nielicznym, który napatrzył się na Sodomę i Gomorę, ale sam nie zatracił swej duszy. Jezusa nie będzie interesowała twoja narodowość i kultura, ale to co masz w sercu. W czym więc problem? Chyba w tym, że my sobie lubimy tworzyć złote cielce, takie obrazy i symulacje. Że jeśli ogłosimy Jezusa Królem Polski, że jeśli obrady Sejmu przeniesiemy na Jasną Górę, to od razu wytworzy się nam w głowie taki obraz, że jesteśmy pobożnym narodem, wybranym, szczególnie umiłowanym przez Boga. Ile ja się  nasłuchałem, że jesteśmy tak szczególni i wręcz wybrani. Może mówienie, że Bóg zbawia konkretnego człowieka a nie cały naród jest w takim razie herezją? Bo skoro wielu pobożnych ludzi tak mówi?

 

Idee, idee, mizeria

 

Skąd nagle, w przededniu ,,sezonu ogórkowego” w ogólnopolskich mediach, taki temat u mnie? Bo ostatnio wiele rzeczy mnie wręcz namacalnie dołuje, denerwuje, bo jest jakaś niewidzialna granica, którą przekroczono. I jak czkawka ten temat ostatnio do mnie wraca (nie wiem jak u innych, ja na niego natrafiam ostatnio często, tak że nad szkicem tego tekstu myślałem na serio od kilkunastu dni).

Ale i tak nie jest to do końca temat z czapy. Nad relacjami świeckiej władzy i chrześcijaństwa zastanawiał się np. J. Maritain – francuski filozof – już w XX wieku, myślę że gdyby poszukać to i C.S. Lewis się o to opiera (a już na pewno w jego myśleniu o człowieku jako elemencie takiego społeczeństwa, które winno kierować się organicyzmem, a więc jeśli jednostka cierpi – cierpi cały organizm). Tworzy to tzw. ,,cywilizację chrześcijańską” (jak nazywał ją wspomniany wyżej J. Maritain) – ludzi, którzy kierują się na co dzień w warstwie przekonań, idei, wyborów – wartościami wynikającymi z nauki Chrystusa. Pierwsi chrześcijanie stali ponad polityką: tworzyli gminy, wspierali się wzajemnie, nie chcieli tworzyć partii politycznej i obalać jakiegokolwiek ustroju. Oni potrafili patrzeć szerzej, patrzyli w Niebo. Józef i Maryja, wiedzieli, że wychowują Chrystusa, nie uczynili z Niego przywódcy lub prezesa partii, ale czekali aż osiągnie ,,dorosłość” i mając 30 lat będzie mógł przemawiać. W tej postawie jest nie tylko pokora, ale i ogromna mądrość dotycząca relacji człowiek-świat, człowiek i sfera sacrum (a tuż obok niej sfera doczesna).

Nie chodzi o to, żeby hurtem zdejmować krzyże albo hurtem je wieszać. W swych ramach doczesnych państwo rządzi się swoimi prawami, ale w warstwie duchowej może być oparte na pewnych wartościach. Myślę, że jeśli my – chrześcijanie, którzy tak walczymy o to, żeby ksiądz pobłogosławił nową masarnię – poszlibyśmy do kościoła z nabożnością, uczyniłoby to dużo więcej dobra. Myślę, że jeśli my – chrześcijanie, którzy kłócimy się o to, żeby postawić na środku placu lub skweru ogromny krzyż, wzięlibyśmy nasz mały krzyżyk i paciorki, w ciszy odmówilibyśmy różaniec, byłoby to bardzo dobre. Jeśli my – chrześcijanie, w domu byśmy zapytali dziecko, czego nauczyło się na etyce w szkole a potem byśmy z nim porozmawiali (!) o tym, jak powinien postępować chrześcijanin, czego się to dziecko dowiedziało, a po etyce byśmy je zaprowadzili do kościoła na katechezę, to wyszłoby z tego coś fajnego.

O co tu w ogóle chodzi?

 

Na dwa

 

Chodzi o dwie rzeczy.

O to, że jak postawisz krzyż w centrum miasta to od razu zrobi ci się lżej, pomyślisz, że coś przecież pobożnego zrobiłeś bo broniłeś heroicznie tej budowy, nie musisz się już modlić. Jak w szkole nauczą dziecko religii to zero trudu, to już je nie trzeba prowadzać do kościoła, bo zrobi to za nas ktoś, można więc bezkarnie oglądać paradokumenty i z dzieckiem nie rozmawiać. Tak było ze stawianiem pomników Janowi Pawłowi II – postawisz kolejny to już masz odhaczone, to już nie trzeba czytać encyklik, wcielać w życie nauk. Jak udostępnisz grafikę z cytatem z Franciszka to już z głowy, to już nie trzeba ganiać po ulicach za bezdomnymi i nosić im koce. To po pierwsze: pewne namiastki, które mają zaspokoić nasze praktyki religijne. Bo jeśli uważasz, że jeśli heroicznie toczysz bój o zaprzestanie ideologii takiej, siakiej i jeszcze innej, to już masz ,,z bani”, to już modlić się nie trzeba. A w religii nie chodzi o to, żeby szukać wrogów i z nimi walczyć, żeby za wszelką cenę być rycerzem i stawiać pomniki, ale m.in. żeby się modlić (i żeby ta modlitwa to była więź i relacja z Bogiem, nawet jeśli tą relacją będzie milczenie).

A druga rzecz: jeśli jesteś chrześcijaninem, jeśli wierzysz, jeśli praktykujesz, to nie ma takiej opcji, żeby państwo stanęło ci na drodze (mówię o państwie demokratycznym, nie o jakimś totalitaryzmie). I możesz być spokojny, że twoje wartości zostaną zachowane. Jeśli kierujesz się swoją wiarą to nie musisz się bać, że nawet jeśli państwo będzie świeckie, to że chrześcijaństwo zaginie. Nie zrozummy się źle: nie jestem wrogiem mszy publicznych, święcenia różnych obiektów, włączania religijnych elementów do życia społecznego (i myślę, że wielu niewierzących nie jest temu przeciwnych). Ale jeśli tych elementów zabraknie to wierzę, że moja wiara nie ucierpi na tym (a już na pewno nie będzie ona naginana do różnych potrzeb). To robili faryzeusze: im mniej w ich religii było miłości, tym bardziej powłóczyste szaty nosili. Im mniej czujesz się chrześcijaninem tym bardziej chcesz tę religię narzucać, eksponować. Często jest tak, że jakaś osoba, która sporo namieszała sobie w życiu, manifestacyjnie przechodzi przez środek kościoła i siada w pierwszej ławce. A na kapłana udzielającego Komunii rzuca się jak lew na antylopę (w świetle spojrzeń, a najlepiej i aparatów), żeby tylko pokazać, jak bardzo wierzy, jak jest czysta i bez winy.

Jeśli uważasz, że jesteś dobrym człowiekiem, nie potrzebujesz tworzyć wydarzenia medialnego i transmitować na żywo swojej modlitwy w sanktuarium. Wystarczy ci cicha modlitwa i prośba o błogosławieństwo lub ciche wstawiennictwo modlitewne. Zrobiliśmy sobie w Polsce z naszego chrześcijaństwa jarmark: i każdy z nas bez wyjątku ponosi za to winę: i hierarchowie i świeccy, i politycy i biznesmeni szczodrze opłacający zaprzyjaźnionych kapłanów na usługach, którzy poświęcą wszystko. My wszyscy, bo to jest organizm: jeśli jedna część ciała cierpi, cierpi cały organizm – nasz Kościół Powszechny. Z naszego chrześcijaństwa zrobiliśmy sobie cielca, taką ozdobę, oblaliśmy ją złotem i nosimy ją, manifestujemy, procesyjnie pokazujemy (a wręcz zmuszamy do oglądania). I to nic, że ten cielec jest w środku pusty. Dopiero gdy zedrzemy z niego złoto, pokaże swoje prawdziwe oblicze, a więc wewnętrzną pustkę, taką wydmuszkę. Problem w tym, że najpierw trzeba to złoto zedrzeć, by pokazała się prawda. A to dopiero po dotarciu tu do prawdy można mówić o jakimkolwiek początku zmian.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.