Odrzucić bliskość

Może padał wtedy śnieg? Nie pamiętam. Była niedziela, jedna z tych adwentu 2019. Siedziałem z kubkiem herbaty i myślałem o Exodusie. O tym fragmencie, w którym Lud cudownie przechodzi przez Morze Czerwone.

O tym fragmencie, w którym wdzięczność miesza się z niewdzięcznością. W tym tekście zahaczyłem o wjazd Chrystusa do Jerozolimy. Tekst zostawiłem w fazie szkicu, jakoś nie wiedziałem, co dalej. Coś mi tu nie pasowało, czegoś zabrakło. Tu Izraelici zmęczeni niewolą, Izraelici z nadzieją w sercu, Izraelici cieszący się z wolności. Tu Chrystus, którego wita tłum. Jezus, który wie, co dalej. Przejście przez Morze Czerwone też nie rozwiązało wszystkiego, to tylko fragment Exodusu, ta podróż miała dalsze etapy.

Chodziłem z tym szkicem jeszcze w marcu, siadałem do niego. Coś tu ciągle nie grało. Gdyby podczas adwentu ktoś powiedział, że ten fragment Księgi Wyjścia faktycznie łączy się z wjazdem Chrystusa do Jerozolimy, pewnie bym nie uwierzył tak od razu. Pewnie bym też nie uwierzył, że kolejne miesiące przeczołgają nas, a Mękę Pańską usłyszymy w większości przez fale radiowe i za pomocą światłowodów, zamiast ,,na żywo” w kościele, wgryzając się w tę Tajemnicę.

 

# rozważania adwentowe:

 

Po przejściu ,,suchą stopą” przez Morze Czerwone, lud śpiewa na cześć Pana, Miriam gra na bębenkach, a wraz z nią śpiewają na cześć Pana inne niewiasty. I dosłownie za kilka słów ludzie chcą pić, woda – owszem – jest, ale jest niezdatna do picia. Ludzie zaczynają szemrać przeciw Mojżeszowi. Bóg się lituje nad nimi, woda staje się zdatna. Idą dalej.

Znowu zaczynają szemrać, bo po co to wszystko, bo już lepiej im było chyba siedzieć w tym Egipcie i ciężko pracować (warto też wspomnieć, że ich ciężka praca polegała m.in. na uczestniczeniu we znoszeniu budowli ku czci obcych bóstw). Bóg im daje wszystko, co im potrzeba, Bóg wybacza ich szemrania, zachowuje się tak, jak gdyby nie słyszał tych narzekań. Izraelici otrzymują mannę z nieba, i wiedzą, że będą ją regularnie otrzymywać, dla każdego wystarcza: ten, który nazbiera więcej niż potrzebuje i ten co nazbierał za mało, obaj jak gdyby mają akurat tyle, ile im potrzeba, nikt nie chodzi głodny. Tylko mają nie odkładać na jutro tego, co zebrali, niczego na rano (ludzie, macie uwierzyć, że faktycznie Bóg się o was zatroszczy, że będzie was karmił. Nie wierzycie? Przecież dopiero co was uwolnił z Egiptu, no hej!). Mają nie gromadzić, bo dostaną swoją porcję. Ale nie, jednak gdzieś ta podejrzliwość jest, na w razie czego się zabezpieczą. Tu ufają Bogu, ale jeszcze nie zaszkodzi, gdy na wszelki wypadek coś jednak odłożą na jutro. Ufamy, ale tak umiarkowanie. Takim wyjściem awaryjnym jest chociażby uczynienie sobie złotego cielca.

Historia Izraelitów to historia nas. Oni wychodzą z niewoli, doznają łaski, takiej wręcz fizycznej ingerencji Boga, która udowadnia, że Jemu na nich zależy, która też pokazuje, że to każdy z nas – indywidualnie – jest dla Boga ważny. Ale jak tylko przychodzi mała niepewność, to już szemranie, to już brak zaufania, to ,,a bo lepiej mi było wcześniej”. Było lepiej, bo było wygodniej, bo to nie wymagało wysiłku.

Po nawróceniu czeka wiele trudności, to ktoś się odsuwa, to pewna dawna wygoda nawet tak namacalnie mija, bo trzeba inaczej, czasem bardziej wymagająco. Bo trzeba przewartościować to, co pozwalało spokojnie sobie egzystować i jakoś trwać od dziś do jutra, a potem znowu od dziś do jutra, i tak ciągle do tego ,,jutra”. A Bogu zależy na każdym z nas. Słysząc historię Mojżesza myślimy sobie: ,,ok, matka położyła koszyczek z dzieckiem w wodzie i on sobie płynie”. Tylko że na ten koszyczek na wodzie czekały niebezpieczeństwa, to Bóg musiał go prowadzić. I nawet ten wybrany, nawet ten, który stał przed Bogiem, z którym Jahwe zawarł przymierze, nawet ten w pewnym momencie staje się słaby.

Taka jest chyba nasza natura. Ksiądz Józef Tischner w jednym z kazań (przedrukowanych przez Tygodnik Powszechny kilka lat temu) napisał, że ten sam tłum, który wołał ,,Hosanna” na widok wjeżdżającego na osiołku do Jerozolimy Chrystusa, ten sam tłum krzyczał za kilka dni: ,,Ukrzyżuj Go”. W kazaniu, z charakterystyczną dla siebie wnikliwością, ks. prof. J. Tischner zastanawia się nad powodem takiej zmiany mentalności tłumu.

 

Ta zmiana ludu. Nie jest to chyba mizantropia, ale pewna ,,prawda” (?) o nas samych. O tym, że nie powinniśmy popadać w pychę, samouwielbienie, w taką pewność siebie, że my to absolutnie na sto procent zawsze przy Panu. Nie wiemy, jak postąpilibyśmy może nie w sytuacji zagrożenia życia, nie od razu taki kaliber. Ale nie wiemy, czy uniesieni modlitewnie po wyjściu z kościoła i po spowiedzi, czy za tydzień lub dwa nie wejdziemy w bagno grzechu, tak że każdy nasz ruch będzie sprawiał, że oto się topimy, zamiast unieść się ku górze. Nie wiemy, jacy będziemy za rok, za miesiąc. Święty Piotr mówił, że Go kocha, że absolutnie tylko Pan. A później trzy razy się zaparł. Wytykamy to Piotrowi – Skale i Opoce, poniekąd by na jego postawie uczyć się, by wyciągać wnioski. Ci, którzy byli przy Nim, może i się bali, może i pouciekali w tę Noc. Tylko że później heroicznie bronili tego, w co wierzyli, kosztem życia.

Przypomina mi się znakomita książka S. Endo – Milczenie (na podstawie której powstał film), ten, który był mistrzem i duchowym autorytetem, wyrzeka się (oczywiście zewnętrznie, choć to także wiele znaczy) Pana. Ci, którzy Chrystusa dopiero poznali, których wiara ma w sobie więcej z pewnej ludowości i zaufania, nie litery ksiąg, nie wiedzy, nie studiów teologicznych, w tych jest tak silna wiara i zaufanie, że nie są w stanie wyrzec się (to też swego rodzaju uproszczenie, w fabule chodzi m.in. moc danej kultury na postrzeganie świata).

Druga książka, która mi się przypomina, to doskonała i genialna Moc i chwała G. Greene’a. Upadły ksiądz, który ucieka w kraju pogrążonym w wojnie z katolickimi księżmi (Meksyk, lata 20. XX wieku), jest jednym z ostatnich księży, którzy nie poszli na układ z władzą, by przeżyć. Ma na swoim sumieniu grzechy ciężkie, sprawuje w ukryciu Eucharystię, niegodnymi dłońmi trzyma Jego Ciało, dopuszcza się więc świętokradztwa. Jest jednak ze swoim ludem, spowiada ukrywających się katolików, finalnie to on staje się męczennikiem, świętym przelewającym krew za wiarę.

Nie wiemy, kim jesteśmy. Ale On wie. On też wie, że jesteśmy słabi. I dlatego, gdy lud izraelski szemrze, On zdaje się tego nie słyszeć. Prowadzi ich, bo to im obiecał, to obiecał ich ojcom i przodkom. Bo zawarł z człowiekiem przymierze, Bóg nigdy nie wycofuje się ze swych obietnic.

 

# Z Bogiem pośród czterech ścian

 

Odnosząc się jeszcze na dwa słowa  do poprzedniego akapitu, mnie  w tej sytuacji, w tej Ewangelii, w jej początku w zasadzie niepokoi właśnie to ,,Hosanna”, które zmienia się w ,,Ukrzyżuj”. Ludzie najpierw wychwalali Pana, później szemrali, chcieli, aby został zabity. Chyba to jest właśnie ta rzecz, której w adwencie nie widziałem, a która łączy oba obrazy: wjazd Chrystusa do Jerozolimy i Jego męka oraz śmierć. I przejście Izraelitów przez Morze Czerwone oraz to, co dalej. Tym kluczem jest słowo: ,,szemranie”.

Ten trudny czas, który na nas przyszedł, nie jest żadną karą, lekcją, dydaktyką. Ufam, ale przede wszystkim wierzę, że Bóg nie jest profesorem psychoanalizy, który przeprowadza na nas eksperymenty („a to niech spadnie teraz epidemia, zobaczymy, co zrobią”), ale wierzę, że z syfu i brudu, z tej zastanej już sytuacji (którą sprawia natura, bo przecież ta ma swoje prawa i one nagle nie są zawieszone; albo którą bardzo często sprawia drugi człowiek, bo przecież na świecie istnieje grzech) On wyprowadza coś dobrego. Widzimy jedną epidemię, a przed iloma innymi On nas uchronił? Nie wiemy, bo ich nie doświadczyliśmy. Widzimy jedną wojnę, a przed iloma nas Bóg uchronił, bo ktoś nagle usłyszał w głowie głos i się opamiętał? (a ile było takich wojen, konfliktów, że Bóg krzyczał do czyjegoś sumienia, a człowiek i tak zrobił po swojemu? To człowiek czyni wiele zła. To człowiek ma wolną wolę). Nie chcę, abyśmy Boga obwiniali o katastrofy, bo wiem, że jestem człowiekiem – istotą, która upadła i która została odkupiona. I wiem, że człowieka stać na uczynienie dobra i piękna albo na zepsucie komuś życia. Wiem, że moje cierpienie to często wynik moich wyborów albo postępowań kogoś, a Bóg może już ten zastany stan wykorzystać, by czegoś mnie nauczyć, by wyprowadzić z tego dobro.

Ta sytuacja, która nas spotkała pokazuje, że nie jest dobrze, że popsuliśmy ten świat, że nasza planeta krzyczy, ale nawet w tym bagnie możemy spotkać Boga: zbliżyć się do Niego w naszych domach, przeżyć to Triduum Paschalne inaczej. W Niedzielę Palmową On wjeżdża do Jerozolimy, ale wie, że czeka Go tam śmierć. Przez całe Triduum Paschalne przeżywamy Jego samotność, pewną pustkę, wszystko co najgorsze w ludzkiej naturze: opuszczenie, ból psychiczny, zdradę przyjaciela, odejście innych przyjaciół, strach, lęk, wołanie do Boga, pojmanie, cierpienie, uwięzienie, poniżenie, zamach na wolność osobistą, wyśmianie, upokorzenie, fizyczne męki, współczucie i żal, mrok, siłowanie się z wiarą i nadzieją, ale i miłość, bo widzisz swoją Matkę i przyjaciół, których kochasz i którzy cierpią z powodu twojego bólu. I możesz tylko wymienić kilka spojrzeń i pożegnać ich przed śmiercią. To jest Triduum Paschalne, nie koszyczek ze święconką i zwiedzanie kościołów, by podziwiać Groby Pańskie. To są piękne tradycje, to piękne wspomnienia, tego nie powinno zabraknąć, ale to jest tradycja, nie sedno tych dni. Izraelici pomazali odrzwia krwią baranków i musieli siedzieć w domach, zalęknieni i jednocześnie ufni, że Bóg ich zachowa. Ten tekst czytamy co roku, ale może się rozmywa. Nie wiem jak w innych częściach Polski, u mnie w mieście w Wielki Czwartek dzieciaki wspominają rocznicę Pierwszej Komunii Świętej. Tu Chrystus w Ciemnicy, tu przejmujący gest ogołocenia ołtarza, tu już Grób Pański, adoracja Krzyża, a tam dzieciaki z rodziną siedzą przy słodkościach przy stole bo to ich święto. Nie chcę tego krytykować, ale ta cisza się rozmywa, rozprasza. Gdzieś ten sens tych dni umyka, ulega naszemu konsumpcjonizmowi, bo jeszcze w Wielką Sobotę może trzeba kupić jajka do babki, a jeszcze by się przydało to lub tamto. Dopiero Exsultet i Wigilia Paschalna powinny wyrywać z tego bólu.

To, że jestem samotny, bo nie pójdę do kościoła, że te święta będą inne niż poprzednie, to jest właśnie Triduum, to jest jednoczenie się z bólem tych dni –  z Bólem osamotnionego, poniżonego, uwięzionego, poniżonego i zabitego Chrystusa. Moje oczekiwanie na lepsze dni jest nadzieją, że będzie dobrze. Tak jak On trzeciego dnia pokonał śmierć. Nadzieja.

Bóg nie zesłał na nas tej zarazy, ale może z tej całej sytuacji uczynić jakieś większe dobro, jeśli się otworzymy na Jego obecność. Może przez to Triduum przeprowadzić nas suchą stopą, być bliżej nas, bo tego chce.

I my możemy teraz tę bliskość przyjąć, albo odrzucić. Może wiemy, że wszystko będzie dobrze, że nas przeprowadzi jak Izraelitów. Reszta zależy od nas: czy będziemy Go chwalić, czy zaczniemy szemrać przy pierwszym lepszym niepowodzeniu, upadku, bólu, bezsensie.

 

zdjęcie na licencji CC0 pobrałem z www.pexels.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.