Jeszcze za Tobą zatęsknię, Chrystusie

Tęsknota – ta tęsknota duchowa – jest dla mnie jednym z drogowskazów, a właściwie to: punktow odniesienia. Trzymam to uczucie, jako jedną z widokówek albo któreś ze zdjęć z życia, głęboko w pamięci.

To było kilka lat temu, jednym z pierwszych słów, których się nauczyłem w języku niderlandzkim, było ,,kerk”. Mieszkałem wtedy w Zevenhuizen, był koniec stycznia, niedziela, szukałem kościoła. Obcy kraj, nieznajomość języka i potężne świątynie, które, jak podpowiadało Google, były ,,kerkami”, ale chyba nie katolickimi a raczej odbywały się w nich spotkania wspólnot. Poczułem ból i pewną pustkę. Czy tak będzie wyglądała każda niedziela? Każda bez mszy? Potem przyszło święto Matki Bożej Gromnicznej, pierwszy raz w życiu w tym dniu nie byłem w kościele. Za około tydzień przeprowadziłem się do innej miejscowości (Zevenhuizen było tylko na chwilę). Był kościół, w którym trzy razy w miesiącu odbywała się Eucharystia (raz dziennie w niedzielę i zero razy w tygodniu), gromadziło się kilka osób (głównie Holendrzy), msza była sprawowana w języku, który był ,,ostry”, było w nim dużo ,,h”, przebieg mszy śledziłem z pierwszokomunijnym modlitewnikiem, który miał prawie 20 lat. Czasem trzy razy w miesiącu, bo czasem trzeba było pójść do sąsiedniej miejscowości. I raz w miesiącu msza po polsku, na której kościół pękał w szwach. Pierwsze Boże Ciało bez procesji (w Holandii nie obchodzi się tego święta, wówczas jednak Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa wypadała w dniu Nawiedzenia św. Elżbiety, kościółek był wlaśnie pod tym ,,wezwaniem”, tylko dlatego miałem wtedy możliwość być na mszy).

Myślałem wtedy dużo – przez te kilka miesięcy – o wierze, o tym że w Polsce mam łatwy dostęp do sakramentów, mogę być codziennie na Mszy i usłyszeć homilię po polsku. Że może nie powinienem, ale to czynię, bo mam swój ,,ulubiony” kościół (że w ogóle mam możliwość wybrania sobie świątyni). Że jak wrócę do Polski to już zawsze będę wręcz frunął na mszę i nie wychodził ze świątyni, bo dopiero teraz doceniam, czym jest wolny dostęp do sakramentów.

Nie muszę chyba opisywać mojego zderzenia z rzeczywistością po powrocie do kraju po kilku miesiącach nieobecności.

 

# Zaraza w czasach miłości (miłości?)

Na tym tegorocznym Wielkim Poście pojawia się skaza, pewna rysa. Staje się on po prostu niewygodny, ciąży, uwiera.

Czytam głosy w sieci. Te kościoły zamknięte, te msze online, ci są sceptyczni, ci mówią że zdroworozsądkowi. Komunikat Episkopatu, działania różnych duchownych.

Pustka.

W piątek transmisja Drogi Krzyżowej online z jednej z lubelskich świątyń, transmisja na FB. Pusty kościół, ciemności, jakieś dwie lub trzy osoby-cienie w ostatniej ławce. Głos kapłana w tle i ministranci idący z krzyżem przez pusty kościół. Zapadający w pamięci obraz.

Na oknie stoi moja Ikona Pantokratora, światło dwóch świec, czytam rozważania Drogi Krzyżowej arcybiskupa Grzegorza Rysia z ,,Rekolekcji. Modlitwa, post, jałmużna”. W czterech ścianach, z Ikoną, dwiema świeczkami i książką, czuję pewną pustkę, czuję też Jego bliskość. Znaleźć Go w kościele nie jest trudno, znaleźć Go w domu: obok łóżka, pomiędzy nie tylko mądrymi książkami, ale i głupotami (obok ojca W.Oszajcy, abp. G.Rysia, J.Tischnera, ks. W. Hryniewicza i ks. G.Strzelczyka, S. Hołowni, obok ,,Braci Karamazow” i ,,Idioty” leży też S.King, słowiańskie mity, biografia K. Cobaina, prowokacyjnie patrzy też A. Bursa i H. Hesse). Znaleźć Go w kościele, a znaleźć Go między łóżkiem, biurkiem i domową biblioteczką małego pokoju.

W związku z aktualną sytuacją do głowy przychodzą mi różne scenariusze. Że Go w tym Wielkim Poście zabraknie nam, bo należy ograniczyć spotkania zbiorowe, bo będziemy rezygnować z mszy na tygodniu, z Adoracji, z nabożeństw wielkopostnych, z koncertów pasyjnych, z Drogi Krzyżowej ulicami miast i z tej Ekstremalnej. Może tylko na jakiś czas, a może Niedziela Palmowa przejdzie bez ludzi w kościołach, że nie będziemy na żywo słuchać Męki Pańskiej opisanej przez Ewangelistę, że nie powitamy Króla palmami, że w najgorszym wypadku Wielkanoc będzie bez ludzi w świątyniach, że całe Triduum Paschalne.

To pesymistyczna wizja, być może na wyrost.

Ale cała ta sytuacja jest też z jednego powodu trudna (lub w skrajnym przypadku może taka być). Przyzwyczajeni do rutyny religijnej musimy jakoś ten czas wypełnić, duchowo się natrudzić, pomyśleć, zatrzymać, wyrwać z rutyny.

Czas bez żywego spotkania Chrystusa?

 

# Cisza jak żadna, albo jak każda

To trochę jak Wielki Czwartek, gdy Chrystus jest uwięziony, następuje cisza i ból zapowiadająca Wielki Piątek. Kiedyś szczególniej mnie to uderzyło w któryś z Wielkich Czwartków: Najświętszy Sakrament przeniesiony do Ciemnicy, ksiądz zwija obrus z ołtarza, nawija go na tekturową rolkę. Cisza. Jedni klęczą, drudzy się podnoszą, inni już nieśmiało wychodzą, może się oglądają na boki, czy tak właśnie trzeba. Panuje ból, kapłani wyszli bezszelestnie, służba liturgiczna także. W piątek wchodzisz do kościoła, wychodzisz. Wielka Sobota także jest pogrążona w tej ciszy, gdyby nie akcent święcenia pokarmów, sobota także zachowałaby w pełni swój nastrój. Aż do radosnego ,,Exsultet” Wigilii Paschalnej.

W każdy Wielki Post chyba myślimy o tym, że ta Historia już się wydarzyła wieki temu, że ją upamiętniamy, że przecież po tych tygodniach Dróg Krzyżowych i po Gorzkich Żalach nastąpi Wielka Noc, bo przecież Chrystus powstał z martwych i pokonał śmierć.

Dopuszczam do swojej głowy taki katastroficzny, pesymistyczny scenariusz, że Triduum Paschalne, że Niedzielę Wielkiej Nocy spędzimy w domach, zalęknieni, że z obawy przed zarażeniem innych ale i żeby samemu pozostać zdrowym, że nie nawiedzimy kościołów.

I to wszystko mi uświadamia już to, co wspomniałem na początku: że żyjemy rutyną, że spowiedź, Eucharystia, że pogrzeb, że chrzest, że bierzmowanie – że to wszystko jest jak towar na półkach w sklepie: że to sobie wszystko trwa, leży, że jeśli tylko masz taką potrzebę, to sobie idziesz i korzystasz. Że to jak karta dań w restauracji: mam ochotę na krewetki to wchodzę i mówię: ,,krewetki raz” a do picia jedno z kilkunastu win, które oczywiście wszystkie są na miejscu i sobie czekają na mój kaprys. Że mam w centrum Lublina kilka kościołów, że jak mam taki kaprys to na 15:30 do Kapucynów, że jeszcze mogę do ,,Wizytek” lub ,,Świętego Ducha”, albo do Archikatedry, albo wsiąść w autobus i się przejechać do Boboli lub na Poczekajkę. I gdzie bym nie poszedł, tam akurat jest msza, spowiedź, sakrament. A jak jest dzień powszedni i mi się nie będzie chciało, to nie pójdę. A sakramenty i msza w tym czasie i tak będą.

To jest rutyna, rutyna nie musi być złem, bo ona porządkuje nam życie. Przecież co rano musisz wstać, ogarnąć się do pracy i zjeść, wyjść. Robisz to mechanicznie, zazwyczaj w ciągu tych kilkudziesięciu minut, stale, i to ci ułatwia życie. I nagle przychodzi grypa albo złamany palec u stopy, wszystko to robisz wolniej. I wtedy widzisz, na jak wiele rzeczy nie zwracałeś uwagi.

Codziennie w kilku kościołach w obrębie zaledwie kilku kilometrów odbywa się kilka mszy dziennie. I nagle ta twoja rutyna się kończy, i nagle widzisz, jak wiele tracisz i na jak wiele nie zwracałeś uwagi. ,,Droga krzyżowa? E tam, pójdę za tydzień” i nagle się okazuje, że nie pójdziesz. ,,Jest dopiero poniedziałek, jestem już zmęczony po pracy, pójdę jutro albo w czwartek, może ostatecznie w piątek, w piątek i tak będzie”. I okazuje się, że no tak, będzie, ale może lepiej nie ryzykować zdrowia swojego i innych.

 

# Moc, chwała, milczenie i trąd

Myślę o tej pustce i tęsknocie, o tym braku, który być może przed nami. Myślałem o włoskich kościołach jeszcze nie tak dawno temu, o tym że w Środę Popielcową mogę być na mszy, ktoś nie.

Do głowy mi obecnie przychodzą trzy książki i film (ten akapit, bez zbytniego rozwodzenia się, może podsunie wartościową lekturę na czas ,,kwarantanny”). Przychodzi mi na myśl wybitna powieść Grahama Greene’a ,,Moc i chwała”, która pokazuje Meksyk w latach 20. XX wieku, prześladowania duchownych przez prezydenta Callesa i m.in. zakaz sprawowania kultu sakralnego. Co uderza w powieści (i w ogóle dlaczego o niej wspominam w tym kontekście) to głód i pragnienie Boga ludzi, którzy mimo zakazu spotykają się ,,w podziemiu” na Eucharystii. Ich nadzieją jest kapłan, który jest bohaterem (jak to u Grahama Greene’a) tragicznym, uciekinierem ściganym przez system, władzę, ale i przez moralność oraz grzech. To grzesznik, który jeszcze się nie poddał. Może popełnić samobójstwo (oddać się w ręce oficerów), może też zachować życie i zaprzeć się wiary jak wielu ówczesnych kapłanów, którzy w zamian za porzucenie religii żyją sobie spokojnie (w tym wypadku bohater może zatem popełnić śmierć duchową, zaprzeć się wiary to jak zabić duszę). Bohater Greene’a w konspiracji udziela sakramentów, sprawuje Eucharystię, jego ręce są jednak niegodne, na swoim sumieniu nosi grzech ciężki, w obliczu tego ciężaru popada coraz głębiej w mrok. Pisarz tradycyjnie prowokuje (do kwestii duchowego samobójstwa i pytania o miłosierdzie Boga powraca też w ,,Sednie sprawy” oraz ,,W Brighton”). Grzeszny i lękliwy ksiądz, człowiek słaby, w którym tli się potęga i chwała Kościoła, który karmi spragnionych, pozbawionych sakramentów i nadziei ludzi – pozbawionych nadziei, ale nie wiary (podobny przykład ,,niegodnego-kapłana” Greene pokazał także w ,,Konsulu honorowym”). Dlaczego wspominam o ,,Mocy i chwale”? Nie dlatego, że jej autor, mam wrażenie, gdzieś nam przepadł między półkami w bibliotece (a to przecież jeden z popularniejszych katolickich powieściopisarzy, jeden z tzw. nurtu humanizmu chrześcijańskiego XX wieku). Nie dlatego też, abym uważał, że nastał czas prześladowania polskiego Kościoła i trzeba sięgać po pozycje ,,tyrtejskie”, ale dlatego, że ta książka pokazuje pewien głód i pragnienie Boga, to że może nam zabraknąć Jego obecności, że istnieje świat bez sakramentów i żebyśmy może bardziej doceniali to, co mamy (choć być może powtórzy się i u nas włoski scenariusz, nie potrwa on wieki, mam nadzieję. Jesteśmy w tych trzech dniach, które nastąpiły po tym jak ,,odszedł Pasterz nasz”, jest chwilowa samotność, pustka i ból, ale przed nami Radość poranka Zmartwychwstania (nawet jeśli ten poranek nastąpi nie w niedzielę Wielkanocną a np. w maju, a samą Wielkanoc być może, i nie daj Boże, zastaną puste ławki w kościołach). Ta książka też wpisuje się w Wielki Czwartek, w to jak wyglądałoby nasze życie bez kapłanów, bez spowiedzi, bez Komunii.

Druga książka (i film) to ,,Milczenie” Shūsaku Endō (nazywany jest japońskim Grahamem Greene’em). Książka, ale i film o tym samym tytule (reżyserem jest Martin Scorsese), oprócz tego że poruszają wielki temat (wielki w sensie, że jako główny) wiary, którą możemy heroicznie wyznawać albo się jej zaprzeć by zachować życie (i które życie: doczesne i wieczne pragniemy zachować), unika homiletycznych i katechetycznych rozwiązań. Bo u Endō (a Scorsese pokazał to moim zdaniem trafnie) nie jest to prosta kwestia, to wewnętrzna walka. Film to artystyczna wizja reżysera (trochę do książki dodaje, trochę tu komentarza Scorsese, ale mimo wszystko wiernie podąża za literackim pierwowzorem). Polecam książkę i film. Ale mówię o nich, ponieważ oprócz tego głównego tematu, znowu pokazują to pragnienie, ten głód Boga, spowiedzi, Eucharystii, to znowu obraz wskazujący na pragnienie bliskości Pana mimo przeciwności, mimo trudności (tu prześladowań, u nas być może już za chwilę braku na jakiś czas żywej obecności Chrystusa w Komunii, w Eucharystii, w sakramencie pojednania).

Dwie książki i film, do których dodałbym także ,,Trąd” wspomnianego już Grahama Greene’a – opowieść o przytułku dla trędowatych, w którym pracują misjonarze, ateistyczny doktor i katolicki autorytet, który ucieka na odludzie, by uciec przed dawnymi grzechami. Genialna opowieść, która pokazuje czym jest miłość do drugiego człowieka (do jego duszy i ciała pokrytego paskudną, niszczącą fizyczność chorobą).

Myślę, że trzy wartościowe książki i film mogą posłużyć jako swego rodzaju rekolekcje na ten czas. Można kruszyć kopie w komentarzach w mediach społecznościowych, a można też próbować z tego syfu zrobić coś wartościowego (Jezus z wody, która znajdowała się w stągwiach służących do oczyszczeń uczynił wspaniałe wino).

 

# Zrozumieć Ciebie, zrozumieć siebie, zrozumieć TO

Myślę o tej epidemii. Pan nie jest Bogiem śmierci, ale życia. On nie chce dla nas źle, ale taki jest już świat: jest na nim zło, grzech, choroby, cierpienie i bałagan w relacjach ludzkich. A wirus, który się rozprzestrzenia, to jeden z elementów tej przyrody, działający zgodnie z prawami natury. Ale możemy to wszystko potraktować jako czas medytacji i refleksji nad naszą wiarą.

Myślę o moich niedzielach, o tym że to chyba powinno być czuwanie. Uczęszczam na msze wieczorne, moja niedziela jest krzątaniem się po domu, troszkę wolniejszymi obrotami (tu jakaś piosenka, tu przedłużana kawa, tu jakaś lektura, obiad, a potem msza). Poniekąd jest to ,,przygotowywaniem się” na wieczór, ale czy aby wszystkie elementy są na miejscu? Ile w ten dzień należący do Boga jest Jego, a ile mnie? Ile tu myślenia o tym, że ,,przecież to dzień dla mnie, ostatni weekendu, jutro muszę do pracy, a teraz muszę uzupełnić baterie na nowy tydzień” a ile tu ,,to dzień Pana, do Niego należy każdy mój dzień, do Niego należy nawet moje życie”?

Zaczynam się teraz przyglądać ludziom, którzy krzyczą ,,Marana Tha” ale tak naprawdę chyba nie chcą, by On przyszedł już teraz, za chwilę, w tej sekundzie, by to wszystko się skończyło. Chyba weszła w nasze życie pewna rutyna i mówimy: ,,Panie, przyjdź”, ale wcale na Niego nie czekamy, niekoniecznie jesteśmy przygotowani i gotowi. A chrześcijaństwo to ciągłe czekanie na Jego przyjście, to czuwanie.

Ten Wielki Post – „Post” – pokazuje nam, jak może wyglądać nasze życie, gdy zabraknie w nim Pana, gdy za Nim zatęsknimy, gdy może nastać okres ,,postu” od Eucharystii. To może nie XX wiek i Meksyk z powieści Greene’a – czas prześladowań. To może nie powieść o jezuitach i XVII-wiecznej Japonii jak u Shūsaku Endō. To także nie jest wcale nieodległa historia II wojny światowej. To opowieść, która jest realistyczna i dzieje się tu i teraz, to opowieść o tym, że jeszcze przed chwilą było dobrze a już za chwilę może nam zabraknąć żywej obecności Pana. I powstają pytania o to, czym jest dla mnie wiara, czym modlitwa, czym sakramenty, a kim jest Chrystus.

Modlitwa-pytanie św. Franciszka z Asyżu: ,,Kim jesteś Ty Panie, a kim ja?”

* * *

Mam nadzieję i głęboko w to wierzę, że po tegorocznym Wielkim Poście, po tej pustce i samotności nastąpi prawdziwe ,,eucatastrophe” – czyli szczęśliwe rozwiązanie, dające radość i ostatecznie ,,pozytywny finał” (terminu tego użył mój ukochany J.R.R. Tolkien w odniesieniu do Wcielenia i do Zmartwychwstania), że w pełnym ludzi kościele zabrzmi ,,Exsultet”, a my choć na chwilę dotkniemy tej Tajemnicy, która może nam spowszedniała, do której może przyzwyczailiśmy się, której na chwilę nam zabrakło, a która napoi nasze pragnienie i ugasi głód. Wierzę, że ten czas, to dla nas niełatwe rekolekcje – rekolekcje z wiary, z nadziei, ale przede wszystkim z miłości do Boga i do drugiego człowieka.

 

zdjęcie na bezpłatnej licencji CC0 pobrałem z: www.pexels.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.