Archiwa tagu: Chrystus

Pełnia kobiecości pełna piękna

 

Na pewnej aukcji internetowej spodobała mi się reprodukcja Ikony. Matka Boża w odcieniach czerwieni, żółtego, brązu i pomarańczowego. To barwy późnego lata, prawie złotej jesieni, która przychodzi z wrześniem. Lubię patrzeć na ten obraz w dniu Wniebowzięcia Maryi, te barwy przypominają mi o bukietach z ziół i Matce Bożej Siewnej. Jest w tym obrazie piękno i radość. Wstyd się przyznać, ale nie bardzo znam się na obrazach. Szukając w sieci tytułu Ikony okazało się, że to Matka Boska Bolesna. Piękno, ale i smutek. Maryja uczy radości, ale pomaga też w przeżywaniu tych chwil zwątpienia, straty, zagubienia, niezrozumienia – tego, co ludzkie.

# Naucz nas weselić się naszym smutkiem

Młoda dziewczyna, zakochana w Józefie (który wcale nie był stary, jak chce kolęda; to był przecież młody chłopak). Cały świat przed nimi, niech no tylko wezmą ślub. Świat może nie będzie bajką, jak dla wielu ówczesnych par, życie kosztuje przecież swoje trudy. Ale będą i chwile radosne, ponieważ są w sobie zakochani.

Maryja jednak mówi Bogu ,,tak”. I to sprawia, że jest jeszcze bardziej szczęśliwa, że jej radość nie zna granic.

Wiemy o tym, bo słuchamy kazań co niedzielę. Ale staram się wyobrazić sobie to, co działo się w sercu tej młodej kobiety po tym, jak Ewangelia mówi: ,,Wtedy odszedł od Niej anioł”. Ile myśli, ile trosk o to co będzie, ile spraw do przemyślenia i ułożenia sobie w głowie. Później następuje ,,Magnificat” – Bóg nie zostawia człowieka samego ze sobą, daje mu pocieszenie. Pocieszenie po pewnym przygnębieniu, zagubieniu w tym, co przed nami się maluje lub co dla nas przygotował Pan.

W innym miejscu Maryja słyszy co prawda, że ,,Oto Ten przeznaczony jest na upadek i na powstanie wielu w Izraelu, i na znak, któremu sprzeciwiać się będą ”, ale od razu po tych słowach następują te: ,,A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu”. Znowu po ludzku pojawia się we mnie smutek, ale nie w Maryi.

Jeszcze inny fragment nastraja mnie, tak po ludzku, pewnym przygnębieniem. Maryja, która wraz z Józefem odchodziła pewnie od zmysłów po tym, jak Jezus się zagubił, usłyszała od Niego w świątyni: ,,Czemuście Mnie szukali? Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do mego Ojca?”. Łukasz dodaje, że ,,Oni jednak nie zrozumieli tego, co im powiedział”.

I jeszcze jeden fragment Ewangelii z Maryją, tak po ludzku, wydaje mi się smutny (ponownie Łukasz): ,,Wtedy przyszli do Niego Jego Matka i bracia, lecz nie mogli dostać się do Niego z powodu tłumu. Oznajmiono Mu: «Twoja Matka i bracia stoją na dworze i chcą się widzieć z Tobą». Lecz On im odpowiedział: «Moją matką i moimi braćmi są ci, którzy słuchają słowa Bożego i wypełniają je»”.

I na koniec. W dzieciństwie zastanawiał mnie jeszcze jeden fragment. Scena wesela w Kanie Galilejskiej (tym razem Janowa). Gdy Maryja mówi, że zabrakło wina, Chrystus odpowiada: ,,Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? Czyż jeszcze nie nadeszła godzina moja?”. Słowa brzmią być może, tak w czysto ludzkim rozumieniu, odrobinę szorstko. Maryja jednak bez zastanowienia mówi, aby zrobić to, co Jezus przykaże. No dobra, słowa Pana dla mnie przez wiele lat brzmiały zastanawiająco, dopóki wiele lat temu już nie tylko je usłyszałem ale też przeczytałem w Nowym Testamencie przypis do nich (a w nim to, że słowa te miały na celu wywyższenie Maryi, podkreślenie Jej roli w historii Zbawienia).

Dlaczego o tym wszystkim wspominam? Zdaję sobie sprawę z tego, że mogą się tu posypać gromy, bo wybrałem kilka fragmentów, a przecież za nimi stoją i komentarze teologiczne, i odniesienia kulturowe, a Ojcowie Kościoła, a średniowieczni święci filozofowie, a warstwa językowa (wszak odnoszę się do polskich tłumaczeń, a każde oryginalne słowo ma dodatkowe znaczenia).

To są fragmenty, które wydawały mi się, mimo radosnego kontekstu, smutne. Bo przecież Jezus odnaleziony w świątyni wskazuje Maryi na wspaniałą rzecz: na to, że to Ojciec jest najważniejszy na świecie dla każdego człowieka, że On jest w świątyni, żeby przychodzić do Niego. Wie, że jest w domu Stwórcy, Którego także kocha. Brzmienie tych słów na pierwszy rzut oka jest smutne, bo moje serce je takimi słyszy, serce Maryi zaś gromadzi tę wypowiedź i pielęgnuje przez lata. Kolejny cytat: przybycie Maryi i zastanie tłumu, który odgradza Ją od Syna. Moje serce mówi, że to smutna scena, tymczasem Jezus wskazuje na to, że my wszyscy, nawet jeśli nie łączą nas więzy krwi, jesteśmy wspólnotą, braćmi i siostrami, że my wszyscy, którzy przychodzimy w Imię Pańskie, którzy słuchamy Słowa i wypełniamy je, jesteśmy Jego rodziną. I Maryja to wie, Ona zna język i metafory (będące przy okazji nie tylko przenośnią, ale i stwierdzeniem faktów), Ona spokojnie przyjmuje to, co nasze – co moje — faryzejskie serce  źle chce rozumieć.  Tłum, który słucha Słowa, staje się rodziną Jezusa i Ona jest częścią tej wspólnoty — Ona — najwierniejsza Ewangelii. Ostatnia ze scen – wesele w Kanie Galilejskiej – pokazuje właśnie tę odwróconą, czysto ludzką logikę patrzącą jedynie emocjonalnie (i, jak widać, emocje czasem też potrafią nie być do końca słusznym przewodnikiem). Słowa, które po ludzku można byłoby próbować interpretować na wiele sposobów, tu są wywyższeniem Maryi (i Ona to rozumie).

Ona to rozumie, bo Ona ma czyste serce.

To co mojej skażonej grzechem naturze podpowiada zło i jego myśli, w rzeczywistości jest takim wielkim szczęściem i radością, że to w głowie się nie mieści.

Maryja po Zwiastowaniu nie smuci się, tylko prawie biegnie do Elżbiety. Gdy odchodzi od Niej Gabriel, po ludzku wydaje się, że jest Ona sama, tymczasem przepełnia Ją radość, wygłasza u Elżbiety ,,Magnificat”. Jednak zanim wypowie te słowa, sama i na dodatek pieszo przebywa ogromną (niełatwą i niebezpieczną) trasę, by podzielić się radością otrzymaną od Boga.

Człowiek myśli ze swoją ograniczonością jednoznacznie, tymczasem sceny pozornie smutne są radosne. Maryja wie i widzi to bardziej, Ona jest nieskażona grzechem, Ona jest blisko Boga, Ona po prostu Mu ufa.

Stwórca zna przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, On widzi jednocześnie wszystko, gdy tysiąc lat jest dla Niego jak chwila. To On ukształtował Maryję w łonie Jej matki, znał już wtedy Jej serce, stworzył ją czystą i bez grzechu.

# Sens cierpienia

Kiedyś zastanawiałem się nad cierpieniem. I tu postawa Matki wiele nas – słabych ludzi – uczy.

Maryja, choć czysta i poczęta bez grzechu pierworodnego, cierpiała na wskutek innych ludzi – ludzi, którzy z brzemieniem grzechu pierworodnego sami doznawali krzywdy, ale ją także zadawali innym.

Maryja pomaga zrozumieć tajemnicę cierpienia, tak jak i Chrystus. Ta, która nie miała na swoim sumieniu żadnej winy, doznawała cierpienia. Syn Boży, Syn Człowieczy, Ten, który istniał nim zostało stworzone cokolwiek (nawet sam bezkresny Wszechświat) zostaje w konsekwencji zdradzony, torturowany, przybity do krzyża, na którym dusząc się i konając w męczarniach, zmarł. Cierpiał. Chrystus nie zrobił niczego złego, Maryja była bez jakiejkolwiek winy. Często, gdy coś złego nas spotyka, gdy cierpimy, możemy zastanawiać się, dlaczego, ,,za jakie grzechy”, ,,co ja takiego złego zrobiłem?”. Psalmista wielokrotnie wręcz krzyczy na Boga, ,,z głębokości woła”, wielokrotnie zaś słyszałem, że takie, w cudzysłowie: kłócenie się, nie jest złe, jest ludzkie, że są to szczere emocje. I zadając te pytania, szukając odpowiedzi na sens cierpienia, gdzieś nam umyka czasem sprzed oczu to, że taki jest upadły, skażony przez grzech pierworodny świat: że człowiek w trudzie orze ziemię, że dzieci rodzi się w bólu, że na świecie jest zło, że krzywda, że niesprawiedliwość, że na świecie są choroby, głód, handel ludźmi, przestępstwa, że brat bratu odbiera życie, że wykorzystywani są najsłabsi, że są wojny. Matka i Syn uczą, że cierpienie nie jest ,,okiem za oko”, jakąś klątwą i karą, bo nawet Bóg cierpiał, i cierpiał też najczystszy człowiek w historii Wszechświata – Rodzicielka Boga (musiała uciekać w nocy z Dzieciątkiem, wcześniej nie mogła urodzić w domu tylko w zimnej grocie w środku nocy. Maryja widziała jak Jej Syn umiera na krzyżu, i choć mocno Go kochała to czasem może nie rozumiała wszystkiego. I wreszcie: przez te lata, gdy publicznie nauczał pewnie bardzo Jej dokuczali, może ubliżali, nasłuchała się też być może wielu złych rzeczy, wielu plotek i pomówień o Nim, bo przecież ludzie lubili mówić, że Chrystus zadaje się z celnikami, z całą tą śmietanką towarzyską, którą pogardzali faryzeusze ale i ci zwykli ludzie: Jezus był przecież wśród chromych, trędowatych). Skoro cierpiała Ona, skoro cierpiał Bóg-Człowiek, to dlaczego mielibyśmy nie cierpieć my, wśród których każdy ma niejedno na sumieniu, i to nie raz na jakiś czas a generalnie może i po kilka razy dziennie (gdy np. cierpimy na brak cierpliwości, albo wstaniemy lewą nogą i musimy to każdemu po kolei zamanifestować). Na świecie pojawił się grzech pierworodny, są więc choroby, jest rozpad ciała i wskutek tego śmierć (i nikt sobie na to nie zasłużył, co najwyżej z już zastanego cierpienia można wyprowadzić coś dobrego, np. przewartościować życie). Na świecie pojawił się grzech pierworodny i przyniósł temu światu syf, ale też każdy z nas ma wolną wolę i czyni zło, i czasem cierpimy właśnie dlatego, że choć sobie na to nie zasłużyliśmy, to ktoś postanowił nas krzywdzić.

# Wszędzie ta sama Matka

Każda tajemnica, każda scena Ewangelii jest z Nią i bez Niej, bo więcej się przygląda niż mówi, wszystko jednak gromadzi w sercu, żyje całym swym wnętrzem (,A Matka Jego chowała wiernie wszystkie te wspomnienia w swym sercu”), a jednak czuć, że jest tak blisko wydarzeń przedstawianych przez Ewangelistów, czuć Ją i Jej obecność. Maryja jest gdzieś w tłumie, idzie za Chrystusem wraz z kobietami, jest na Golgocie i przy grobie, jest w Wieczerniku i jest świadkiem cudów. Jest na Jasnej Górze, jest w czasie żniw, jest Orędowniczką u Boga, jest Mamusią, jest z matką, która traci dziecko i z tą, która właśnie urodziła. Jest na Jasnej Górze i w oczach matki przełożonej, jest w dłoniach siostry, która obmywa stopy bezdomnego i jest Królową Aniołów. Jest w Litaniach, w różańcu, jest o 12:00 w modlitwie Kościoła i podczas Apelu Jasnogórskiego. Jest u Ojca, ale i najbliżej ludzi. To Ona w lutym w święto Matki Bożej Gromnicznej, według tradycji ludowej, chroniła ludzi przed wilkami, wilki zaś przed ludźmi (choć, jak wiadomo, to ludzie robią większą krzywdę tym zwierzakom, niż one ludziom). Jest też w Matki Boskiej Zielnej z wonnymi ziołami i kwiatami, które mają leczyć nasze ciała przed chorobami – Ta, która wydała na świat Boga, i której ciało nie obumarło, ale zostało wzięte do Nieba.

Wszystkie mity od zarania dziejów były przygotowaniem na Prawdę historyczną, którą było Wcielenie. Bóg poprzez wspólne wszystkim ludom ziarna historii, elementy, cząstki do siebie podobne przygotowywał ludzkość na TO prawdziwe Wydarzenie – na narodziny Zbawcy (ta myśl ma bezpośrednie zakorzenienie u J.R.R. Tolkiena i jego słynnym eseju ,,O baśniach”).

W Maryi także jest spełnienie tych oczekiwań, pragnień ludzkości, tych tęsknot, tej chęci bliskości, ciepła, łagodności, tego orędownictwa i tego uciekania się do subtelnej, silnej, opiekuńczej Matki. Maryja jest łagodna, ale jest też silna. W kulturze, w której żyła mówi Bogu: ,,tak, zgadzam się” i jest w ciąży, jest panną. W ogóle Ewangelia idzie na przekór, pod prąd (bo Jezus po zmartwychwstaniu najpierw ukazuje się niewiastom, co znowu jest na przekór ówczesnym czasom i ich kulturze). W Jezusie i Maryi ma dopełnienie to wszystko, na co ludzie czekali od zarania dziejów, wszystkie toposy, motywy, oczekiwania i historie nagle stają się prawdą, bo chrześcijaństwo jest tą pełnią i prawdą. Jest tą opowieścią, która stała się Najważniejszą Historią Wszechświata – Wcieleniem i Zmartwychwstaniem. Nie sposób o nich mówić w oderwaniu od Matki Bożej.

# Pełnia kobiecości pełna piękna

W Maryi, w Bożej Rodzicielce – w Mamie – jest pełnia i doskonałość. Możemy mieć trudną relację z ojcem, a jednocześnie czujemy, że jest dla nas ważny, że jest cząstką nas (i nie możemy temu zaprzeczyć przecież). Możesz mieć genialną relację z matką, a jednak nigdy nie będziesz czuć pełni, zawsze będzie pewien brak, pewien niedosyt. Chyba nigdy nie potrafimy i nie będziemy umieć jako ludzie kochać na full. Zawsze będzie nam czegoś brakowało. Każdy nasz próg (nie)miłości bliski zeru będzie podpowiadał, że coś tam jednak jest na plus. A każdy nasz najwyższy szczyt miłości będzie mówił, że czegoś jeszcze brakuje. Tak jak jako ludzie, nawet jeśli się ubabramy przeokropnie błotem grzechu, będziemy pragnąć podświadomie piękna, tak też wiemy, że to Maryja może nas uczyć jak należy kochać Boga w pełni (bo tylko ona ze wszystkich ludzi to potrafi, Jej niczego nie brakuje w tej miłości). Kochając Ją, ucząc się kochać Ją, kochamy Jej Syna, kochając Jej Syna, kochamy Boga w Trójcy.

 

Kupiona przeze mnie reprodukcja Ikony

Młodzi Franciszka. Pokolenie F1?

CC0/ fot.: www.pexels.com
CC0/ fot.: www.pexels.com

F1?

Pokolenie F1 to nazwa umowna, to młodzi skupieni wokół papieża Franciszka (I). Określenie sugerowałoby konotacje sportowe. Fakt, dynamizmu młodym (wszystkich wieków świata) nie można odmówić. Faktycznie? Na wypadek, gdyby coś tu osłabło, Franciszek powiedział o młodych, którzy są ,,emerytami” i o młodych ,,kanapowych”. Warto się przyjrzeć pokoleniu F1.

Odległości między pokoleniami mają kilkadziesiąt lat, młodzież obecna przy obecnym Ojcu Świętym to ci, którzy gromadzili się przy Janie Pawle II, a także przy Benedykcie XVI.

Pokolenie F1? Nie ma co tworzyć kolejnych kategorii, podgrup. Było wcześniej JP2. I jest nadal. To po prostu młodzi – nie tylko wiekiem. Podczas pierwszego oficjalnego przemówienia papież powiedział o młodych „emerytach” duchem. Tak więc i w drugą stronę: starsi mogą być młodymi duchem, niezależnie od wieku.

Franciszek przyciąga do siebie. Jego interpersonalne cechy, pokora i uśmiech, otwartość, radość sprawiają, że jedna do siebie. Ale nie jest to tylko zauroczenie osobowością. Jego nauka jest wymagająca, to nauka Kościoła np. o miłosierdziu, godności życia, pójściu za Jezusem i wyrzeczenia się materialnych rzeczy. Ludzie chcą go słuchać, choć wymaga. Choć wymaga, to wierzy w młodych. I mówi im o Bogu. Jak i jego poprzednicy. Podczas pierwszego spotkania na Franciszkańskiej 3 Papież pokazał, że nie zawsze to jest radość. Bo tu dotknęliśmy tajemnicy cierpienia i wielkiej ciszy. Doświadczyliśmy jej pełniej w piątek.

Na to, co działo się przez ostanie dni, dobrze spojrzeń jak na całość, nie na pojedyncze wystąpienia. Jaka jest młodzież, można było zobaczyć. To pewna grupa reprezentatywna. Ale daje pewien obraz. Jaka jest – każdy widzi. A jaka być powinna?

Kanapowi emeryci zakładają buty

Młodzież na ,,kanapie”. Młodzi ,,emeryci”. To dwie metafory, które wybrzmiały podczas przemówień Papieża. Franciszek przyzwyczaił nas do obrazów, do przenośni wyniesionych wprost z codziennego życia: konkretny człowiek, rzecz, zjawisko. Obrazy. Ludzie. I ich historie. I, co ważne, nie są to chwyty retoryczne, ale pewien sposób myślenia i opowiadania świata.


Środa i okno na Franciszkańskiej 3. Papież zaczyna swój dialog z młodzieżą od człowieka, jego historii. Od wolontariusza Maćka. Środa w oknie na Franciszkańskiej to był mocny przykład, mocne świadectwo. Żeby nie bać się śmierci? Żeby wybrać drogę i jej także się nie bać? W piątek Papież powie:

,,kto pełni uczynki miłosierdzia, nie boi się śmierci”.

Czwartek i pierwsze oficjalne przemówienie. Wprost: musimy dawać innym to, co mamy najlepszego, a nie co nam zbywa. Franciszek mówił o najważniejszym: o miłosierdziu. Wiemy przecież z ,,Hymnu o miłości”. Wiemy też, że to najważniejsze z przykazań. W głowie mamy, że na tym ,,opiera się całe Prawo i Prorocy” – na miłości do Boga i bliźniego. Papież mówił więc o domu, gościnności, otwarciu na głodnych i uchodźców, gościnności. Ale i mocno oraz motywująco wprost o problemach wewnętrznych młodzieży: wycofaniu, smutku, zagubieniu, uzależnieniach. Tu właśnie padła pierwsza z metafor nazwana obrazowym językiem: młodzi „emeryci”. Franciszek wyznał:

,,Napełnia mnie bólem, gdy spotykam ludzi młodych, którzy zdają się być przedwczesnymi „emerytami”. To mnie martwi, sprawia mi ból. Młodzi, którzy wydaje się, że przeszli na emeryturę w wieku 20, 23 lat. Martwi mnie, gdy widzę ludzi młodych, którzy „rzucili ręcznik” przed rozpoczęciem walki. Którzy się „poddali”, nie rozpocząwszy nawet gry”.

Dwa intensywne przesłania. I choć piątek był dniem milczenia, Papież bowiem odwiedził obóz koncentracyjny, złożył wizytę chorych w szpitalu, uczestniczył w nabożeństwie Drogi Krzyżowej, to także wypuścił w świat wymagający przekaz. To właśnie wtedy wybrzmiały m.in. przytoczone wcześniej słowa: ,,kto pełni uczynki miłosierdzia, nie boi się śmierci”. To był czas kontemplacji, skupienia się na obrazie tego świata i obecnych wokół nas cierpień. Oprócz tematów społecznych – w tym do tego najbardziej zapalnego, był czas na refleksję o zwątpieniu i zniechęceniu, o potrzebie pokory. I o tym, gdzie szukać Boga gdy cierpią inni.W centrum życia powinien stać Chrystus. Franciszek nawoływał, że powinniśmy więc dawać dar z życia jak Jezus, służyć innym w uczynkach miłosierdzia, by być znakiem miłości Pana, poświęcać się. W słowach Franciszka Droga Krzyżowa to pójście za Chrystusem do końca. Podąża się nią, by być ,,siewcą nadziei”, by nie przeżyć życia ,,połowicznie”.

Kulminacja i dopełnienie tych słów pojawiło się w sobotę. Papież powiedział:

,,kiedy strach ukrywa się w zamknięciu, to zawsze idzie w parze ze swoim „bliźniakiem”, ze swoją siostrą bliźniaczką, paraliżem. Poczucie, że jest się sparaliżowanym, to jedno z najgorszych nieszczęść, jakie mogą się przydarzyć w życiu. Jest poczucie, że w tym świecie, w naszych miastach, w naszych wspólnotach nie ma już przestrzeni, by wzrastać, marzyć, tworzyć, aby dostrzegać perspektywy, a ostatecznie, aby żyć. Zwłaszcza w młodości. Paraliż sprawia, że tracimy smak cieszenia się życiem, przyjaźnią, smak wspólnych marzeń, podążania razem z innymi. Oddala nas od innych, przeszkadza uścisnąć komuś dłoń, jak widzieliśmy w przedstawieniu: wszyscy zamknięci. Zamknięci za tymi małymi szybkami”.

Po tych słowach, w dalszej części przemówienia pojawiła się kolejna wyrazista metafora, ta o życiu na ,,kanapie szczęścia”, czyli o stanie ,,ospania” gdy to inni o życiu młodych decydują:

„(…) kochani młodzi, nie przyszliśmy na świat, aby „wegetować”, aby wygodnie spędzić życie, żeby uczynić z życia kanapę, która nas uśpi; przeciwnie, przyszliśmy z innego powodu, aby zostawić ślad, trwały świat. To bardzo smutne, kiedy przechodzimy przez życie nie pozostawiając śladu. A gdy wybieramy wygodę, myląc szczęście z konsumpcją, wówczas cena, którą płacimy, jest bardzo i to bardzo wysoka: tracimy wolność. Nie jesteśmy wolni aby pozostawić ślad. Tracimy wolność. I to jest ta cena”.

A więc wprost.

Podjęcie trudu, zejście z ,,kanapy szczęścia”, zrezygnowanie z ,,emerytury” duchowej, pójście za Chrystusem (nawet do końca) – to wszystko dopełnił niedzielny apel o odwagę – słowa, które Papież wygłosił do wolontariuszy. To wtedy padły dwie wskazówki: pamięć, aby być nadzieją przyszłości. Czyli wiedza o tym, skąd pochodzę, świadomość siebie oraz swoich korzeni. Praktykowana m.in. przez rozmowy ze starszymi. I drugi warunek: odwaga teraz, bycie dzielnym, nie lękanie się.

To wyraźna prośba o tworzenie mostów między pokoleniami. Skoro ci młodzi będą tworzyć przyszłość, skoro muszą zainterweniować, by ktoś inny nie decydował o nich, muszą znać przeszłość. I mieć odwagę. Skoro młodzi mogą być emerytami, starsi mogą stać się młodymi. Dopiero na zakończenie tej spójnej, całościowej wypowiedzi Papieża (złożonej z przemówień wygłoszonych podczas wszystkich tych dni) maluje się obraz uczestnictwa, zastępując perspektywę podglądacza, jedynie widza świata (ale przede wszystkim własnego życia).

Język sieci

Przekaz Papieża nie należał do najłatwiejszych, był wymagający, choć był głęboko osadzony w ,,podstawach” chrześcijaństwa. Te rzeczy najgłówniejsze są jednocześnie najbardziej ulotne. I czasem brakuje na nie odwagi.

Papież przekazał je przez charakterystyczne przykłady, obrazowe, takie „mapy myśli”. Mówiąc o dwóch rzeczach…, 3 sposobach na… Przemówił językiem, którym się mówi w nowoczesnym świecie sieci: na blogach, YouTube. Młodzież była i jest ta sama: niespokojna – niespokojna, ale dynamiczna, szukająca. Młodzież w czasie długiej posługi Jana Pawła II, młodzi Benedykta XVI i ci Franciszka – to ci sami ludzie (niektórzy są tu przez trwanie tych wszystkich trzech pontyfików): ci sami duchem, lękami, pytaniami, ale i energią. To taka sama młodzież, choć historia świata i problemy społeczne oraz polityczne są inne (albo podobne, choć geograficznie rozmieszczone tym razem inaczej). I duch oraz radość są te same.