Archiwa tagu: cierpienie

Pełnia kobiecości pełna piękna

 

Na pewnej aukcji internetowej spodobała mi się reprodukcja Ikony. Matka Boża w odcieniach czerwieni, żółtego, brązu i pomarańczowego. To barwy późnego lata, prawie złotej jesieni, która przychodzi z wrześniem. Lubię patrzeć na ten obraz w dniu Wniebowzięcia Maryi, te barwy przypominają mi o bukietach z ziół i Matce Bożej Siewnej. Jest w tym obrazie piękno i radość. Wstyd się przyznać, ale nie bardzo znam się na obrazach. Szukając w sieci tytułu Ikony okazało się, że to Matka Boska Bolesna. Piękno, ale i smutek. Maryja uczy radości, ale pomaga też w przeżywaniu tych chwil zwątpienia, straty, zagubienia, niezrozumienia – tego, co ludzkie.

# Naucz nas weselić się naszym smutkiem

Młoda dziewczyna, zakochana w Józefie (który wcale nie był stary, jak chce kolęda; to był przecież młody chłopak). Cały świat przed nimi, niech no tylko wezmą ślub. Świat może nie będzie bajką, jak dla wielu ówczesnych par, życie kosztuje przecież swoje trudy. Ale będą i chwile radosne, ponieważ są w sobie zakochani.

Maryja jednak mówi Bogu ,,tak”. I to sprawia, że jest jeszcze bardziej szczęśliwa, że jej radość nie zna granic.

Wiemy o tym, bo słuchamy kazań co niedzielę. Ale staram się wyobrazić sobie to, co działo się w sercu tej młodej kobiety po tym, jak Ewangelia mówi: ,,Wtedy odszedł od Niej anioł”. Ile myśli, ile trosk o to co będzie, ile spraw do przemyślenia i ułożenia sobie w głowie. Później następuje ,,Magnificat” – Bóg nie zostawia człowieka samego ze sobą, daje mu pocieszenie. Pocieszenie po pewnym przygnębieniu, zagubieniu w tym, co przed nami się maluje lub co dla nas przygotował Pan.

W innym miejscu Maryja słyszy co prawda, że ,,Oto Ten przeznaczony jest na upadek i na powstanie wielu w Izraelu, i na znak, któremu sprzeciwiać się będą ”, ale od razu po tych słowach następują te: ,,A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu”. Znowu po ludzku pojawia się we mnie smutek, ale nie w Maryi.

Jeszcze inny fragment nastraja mnie, tak po ludzku, pewnym przygnębieniem. Maryja, która wraz z Józefem odchodziła pewnie od zmysłów po tym, jak Jezus się zagubił, usłyszała od Niego w świątyni: ,,Czemuście Mnie szukali? Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do mego Ojca?”. Łukasz dodaje, że ,,Oni jednak nie zrozumieli tego, co im powiedział”.

I jeszcze jeden fragment Ewangelii z Maryją, tak po ludzku, wydaje mi się smutny (ponownie Łukasz): ,,Wtedy przyszli do Niego Jego Matka i bracia, lecz nie mogli dostać się do Niego z powodu tłumu. Oznajmiono Mu: «Twoja Matka i bracia stoją na dworze i chcą się widzieć z Tobą». Lecz On im odpowiedział: «Moją matką i moimi braćmi są ci, którzy słuchają słowa Bożego i wypełniają je»”.

I na koniec. W dzieciństwie zastanawiał mnie jeszcze jeden fragment. Scena wesela w Kanie Galilejskiej (tym razem Janowa). Gdy Maryja mówi, że zabrakło wina, Chrystus odpowiada: ,,Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? Czyż jeszcze nie nadeszła godzina moja?”. Słowa brzmią być może, tak w czysto ludzkim rozumieniu, odrobinę szorstko. Maryja jednak bez zastanowienia mówi, aby zrobić to, co Jezus przykaże. No dobra, słowa Pana dla mnie przez wiele lat brzmiały zastanawiająco, dopóki wiele lat temu już nie tylko je usłyszałem ale też przeczytałem w Nowym Testamencie przypis do nich (a w nim to, że słowa te miały na celu wywyższenie Maryi, podkreślenie Jej roli w historii Zbawienia).

Dlaczego o tym wszystkim wspominam? Zdaję sobie sprawę z tego, że mogą się tu posypać gromy, bo wybrałem kilka fragmentów, a przecież za nimi stoją i komentarze teologiczne, i odniesienia kulturowe, a Ojcowie Kościoła, a średniowieczni święci filozofowie, a warstwa językowa (wszak odnoszę się do polskich tłumaczeń, a każde oryginalne słowo ma dodatkowe znaczenia).

To są fragmenty, które wydawały mi się, mimo radosnego kontekstu, smutne. Bo przecież Jezus odnaleziony w świątyni wskazuje Maryi na wspaniałą rzecz: na to, że to Ojciec jest najważniejszy na świecie dla każdego człowieka, że On jest w świątyni, żeby przychodzić do Niego. Wie, że jest w domu Stwórcy, Którego także kocha. Brzmienie tych słów na pierwszy rzut oka jest smutne, bo moje serce je takimi słyszy, serce Maryi zaś gromadzi tę wypowiedź i pielęgnuje przez lata. Kolejny cytat: przybycie Maryi i zastanie tłumu, który odgradza Ją od Syna. Moje serce mówi, że to smutna scena, tymczasem Jezus wskazuje na to, że my wszyscy, nawet jeśli nie łączą nas więzy krwi, jesteśmy wspólnotą, braćmi i siostrami, że my wszyscy, którzy przychodzimy w Imię Pańskie, którzy słuchamy Słowa i wypełniamy je, jesteśmy Jego rodziną. I Maryja to wie, Ona zna język i metafory (będące przy okazji nie tylko przenośnią, ale i stwierdzeniem faktów), Ona spokojnie przyjmuje to, co nasze – co moje — faryzejskie serce  źle chce rozumieć.  Tłum, który słucha Słowa, staje się rodziną Jezusa i Ona jest częścią tej wspólnoty — Ona — najwierniejsza Ewangelii. Ostatnia ze scen – wesele w Kanie Galilejskiej – pokazuje właśnie tę odwróconą, czysto ludzką logikę patrzącą jedynie emocjonalnie (i, jak widać, emocje czasem też potrafią nie być do końca słusznym przewodnikiem). Słowa, które po ludzku można byłoby próbować interpretować na wiele sposobów, tu są wywyższeniem Maryi (i Ona to rozumie).

Ona to rozumie, bo Ona ma czyste serce.

To co mojej skażonej grzechem naturze podpowiada zło i jego myśli, w rzeczywistości jest takim wielkim szczęściem i radością, że to w głowie się nie mieści.

Maryja po Zwiastowaniu nie smuci się, tylko prawie biegnie do Elżbiety. Gdy odchodzi od Niej Gabriel, po ludzku wydaje się, że jest Ona sama, tymczasem przepełnia Ją radość, wygłasza u Elżbiety ,,Magnificat”. Jednak zanim wypowie te słowa, sama i na dodatek pieszo przebywa ogromną (niełatwą i niebezpieczną) trasę, by podzielić się radością otrzymaną od Boga.

Człowiek myśli ze swoją ograniczonością jednoznacznie, tymczasem sceny pozornie smutne są radosne. Maryja wie i widzi to bardziej, Ona jest nieskażona grzechem, Ona jest blisko Boga, Ona po prostu Mu ufa.

Stwórca zna przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, On widzi jednocześnie wszystko, gdy tysiąc lat jest dla Niego jak chwila. To On ukształtował Maryję w łonie Jej matki, znał już wtedy Jej serce, stworzył ją czystą i bez grzechu.

# Sens cierpienia

Kiedyś zastanawiałem się nad cierpieniem. I tu postawa Matki wiele nas – słabych ludzi – uczy.

Maryja, choć czysta i poczęta bez grzechu pierworodnego, cierpiała na wskutek innych ludzi – ludzi, którzy z brzemieniem grzechu pierworodnego sami doznawali krzywdy, ale ją także zadawali innym.

Maryja pomaga zrozumieć tajemnicę cierpienia, tak jak i Chrystus. Ta, która nie miała na swoim sumieniu żadnej winy, doznawała cierpienia. Syn Boży, Syn Człowieczy, Ten, który istniał nim zostało stworzone cokolwiek (nawet sam bezkresny Wszechświat) zostaje w konsekwencji zdradzony, torturowany, przybity do krzyża, na którym dusząc się i konając w męczarniach, zmarł. Cierpiał. Chrystus nie zrobił niczego złego, Maryja była bez jakiejkolwiek winy. Często, gdy coś złego nas spotyka, gdy cierpimy, możemy zastanawiać się, dlaczego, ,,za jakie grzechy”, ,,co ja takiego złego zrobiłem?”. Psalmista wielokrotnie wręcz krzyczy na Boga, ,,z głębokości woła”, wielokrotnie zaś słyszałem, że takie, w cudzysłowie: kłócenie się, nie jest złe, jest ludzkie, że są to szczere emocje. I zadając te pytania, szukając odpowiedzi na sens cierpienia, gdzieś nam umyka czasem sprzed oczu to, że taki jest upadły, skażony przez grzech pierworodny świat: że człowiek w trudzie orze ziemię, że dzieci rodzi się w bólu, że na świecie jest zło, że krzywda, że niesprawiedliwość, że na świecie są choroby, głód, handel ludźmi, przestępstwa, że brat bratu odbiera życie, że wykorzystywani są najsłabsi, że są wojny. Matka i Syn uczą, że cierpienie nie jest ,,okiem za oko”, jakąś klątwą i karą, bo nawet Bóg cierpiał, i cierpiał też najczystszy człowiek w historii Wszechświata – Rodzicielka Boga (musiała uciekać w nocy z Dzieciątkiem, wcześniej nie mogła urodzić w domu tylko w zimnej grocie w środku nocy. Maryja widziała jak Jej Syn umiera na krzyżu, i choć mocno Go kochała to czasem może nie rozumiała wszystkiego. I wreszcie: przez te lata, gdy publicznie nauczał pewnie bardzo Jej dokuczali, może ubliżali, nasłuchała się też być może wielu złych rzeczy, wielu plotek i pomówień o Nim, bo przecież ludzie lubili mówić, że Chrystus zadaje się z celnikami, z całą tą śmietanką towarzyską, którą pogardzali faryzeusze ale i ci zwykli ludzie: Jezus był przecież wśród chromych, trędowatych). Skoro cierpiała Ona, skoro cierpiał Bóg-Człowiek, to dlaczego mielibyśmy nie cierpieć my, wśród których każdy ma niejedno na sumieniu, i to nie raz na jakiś czas a generalnie może i po kilka razy dziennie (gdy np. cierpimy na brak cierpliwości, albo wstaniemy lewą nogą i musimy to każdemu po kolei zamanifestować). Na świecie pojawił się grzech pierworodny, są więc choroby, jest rozpad ciała i wskutek tego śmierć (i nikt sobie na to nie zasłużył, co najwyżej z już zastanego cierpienia można wyprowadzić coś dobrego, np. przewartościować życie). Na świecie pojawił się grzech pierworodny i przyniósł temu światu syf, ale też każdy z nas ma wolną wolę i czyni zło, i czasem cierpimy właśnie dlatego, że choć sobie na to nie zasłużyliśmy, to ktoś postanowił nas krzywdzić.

# Wszędzie ta sama Matka

Każda tajemnica, każda scena Ewangelii jest z Nią i bez Niej, bo więcej się przygląda niż mówi, wszystko jednak gromadzi w sercu, żyje całym swym wnętrzem (,A Matka Jego chowała wiernie wszystkie te wspomnienia w swym sercu”), a jednak czuć, że jest tak blisko wydarzeń przedstawianych przez Ewangelistów, czuć Ją i Jej obecność. Maryja jest gdzieś w tłumie, idzie za Chrystusem wraz z kobietami, jest na Golgocie i przy grobie, jest w Wieczerniku i jest świadkiem cudów. Jest na Jasnej Górze, jest w czasie żniw, jest Orędowniczką u Boga, jest Mamusią, jest z matką, która traci dziecko i z tą, która właśnie urodziła. Jest na Jasnej Górze i w oczach matki przełożonej, jest w dłoniach siostry, która obmywa stopy bezdomnego i jest Królową Aniołów. Jest w Litaniach, w różańcu, jest o 12:00 w modlitwie Kościoła i podczas Apelu Jasnogórskiego. Jest u Ojca, ale i najbliżej ludzi. To Ona w lutym w święto Matki Bożej Gromnicznej, według tradycji ludowej, chroniła ludzi przed wilkami, wilki zaś przed ludźmi (choć, jak wiadomo, to ludzie robią większą krzywdę tym zwierzakom, niż one ludziom). Jest też w Matki Boskiej Zielnej z wonnymi ziołami i kwiatami, które mają leczyć nasze ciała przed chorobami – Ta, która wydała na świat Boga, i której ciało nie obumarło, ale zostało wzięte do Nieba.

Wszystkie mity od zarania dziejów były przygotowaniem na Prawdę historyczną, którą było Wcielenie. Bóg poprzez wspólne wszystkim ludom ziarna historii, elementy, cząstki do siebie podobne przygotowywał ludzkość na TO prawdziwe Wydarzenie – na narodziny Zbawcy (ta myśl ma bezpośrednie zakorzenienie u J.R.R. Tolkiena i jego słynnym eseju ,,O baśniach”).

W Maryi także jest spełnienie tych oczekiwań, pragnień ludzkości, tych tęsknot, tej chęci bliskości, ciepła, łagodności, tego orędownictwa i tego uciekania się do subtelnej, silnej, opiekuńczej Matki. Maryja jest łagodna, ale jest też silna. W kulturze, w której żyła mówi Bogu: ,,tak, zgadzam się” i jest w ciąży, jest panną. W ogóle Ewangelia idzie na przekór, pod prąd (bo Jezus po zmartwychwstaniu najpierw ukazuje się niewiastom, co znowu jest na przekór ówczesnym czasom i ich kulturze). W Jezusie i Maryi ma dopełnienie to wszystko, na co ludzie czekali od zarania dziejów, wszystkie toposy, motywy, oczekiwania i historie nagle stają się prawdą, bo chrześcijaństwo jest tą pełnią i prawdą. Jest tą opowieścią, która stała się Najważniejszą Historią Wszechświata – Wcieleniem i Zmartwychwstaniem. Nie sposób o nich mówić w oderwaniu od Matki Bożej.

# Pełnia kobiecości pełna piękna

W Maryi, w Bożej Rodzicielce – w Mamie – jest pełnia i doskonałość. Możemy mieć trudną relację z ojcem, a jednocześnie czujemy, że jest dla nas ważny, że jest cząstką nas (i nie możemy temu zaprzeczyć przecież). Możesz mieć genialną relację z matką, a jednak nigdy nie będziesz czuć pełni, zawsze będzie pewien brak, pewien niedosyt. Chyba nigdy nie potrafimy i nie będziemy umieć jako ludzie kochać na full. Zawsze będzie nam czegoś brakowało. Każdy nasz próg (nie)miłości bliski zeru będzie podpowiadał, że coś tam jednak jest na plus. A każdy nasz najwyższy szczyt miłości będzie mówił, że czegoś jeszcze brakuje. Tak jak jako ludzie, nawet jeśli się ubabramy przeokropnie błotem grzechu, będziemy pragnąć podświadomie piękna, tak też wiemy, że to Maryja może nas uczyć jak należy kochać Boga w pełni (bo tylko ona ze wszystkich ludzi to potrafi, Jej niczego nie brakuje w tej miłości). Kochając Ją, ucząc się kochać Ją, kochamy Jej Syna, kochając Jej Syna, kochamy Boga w Trójcy.

 

Kupiona przeze mnie reprodukcja Ikony

Bóg w którego wierzę jest dobry, nie okrutny

Do mojego Boga mówię czasem wprost:  ,,Tatusiu”. Jest potężnym Panem, Stwórcą mającym moc nad światem, a złe duchy i największe szkodniki duchowe drżą przed Nim i boją się Go. Mój Pan – nasz Pan – jest wielki i ma moc. Ale dla mnie jest troskliwym Tatusiem.  I mam też ,,podkładkę” Biblijną. Po aramejsku ,,abba” oznacza ,,ojczulku”.

Oczywistością jest, że Bóg jest dobry. No właśnie: oczywistością. Czy aby na pewno? Bo jest takie powiedzenie, że kogo Bóg kocha, tego karze. Wydaje mi się, że należny szacunek wobec Pana -potężnego Boga często mylimy z lękiem. I na ,,w razie czego” coś tam odmówimy, żeby nic złego nas nie spotkało. To trochę trąci niechrześcijaństwem, ale o tym za chwilę.

Dobry

Kilka lat temu przeczytałem książkę, która zmieniła moje myślenie. To był taki czas, że już odkryłem, że bardzo dużo pozycji chrześcijańskich pokrywa się ze sobą. Ale to, co tam przeczytałem, było jakby nowe. Niby oczywiste, ale nowe. Z lektury książki Dobry i piękny Bóg nie pamiętam już niczego, poza jednym: Bóg jest dobry i miłosierny, i chce dla nas jak najlepiej. Oczywistość, co nie? Piękna książka Katarzyny Olubińskiej Bóg w wielkim mieście w prawie każdym wywiadzie i słowach Autorki tylko tę prawdę przypomina. Ojciec Adam Szustak, Tomasz z Kempis w O naśladowaniu Chrystusa, siostra Faustyna Kowalska w Dzienniczku. Przypomina Papież Franciszek, a także mistycy chrześcijańscy. Wreszcie: Biblia (nie tylko w przypowieści o synu marnotrawnym, ale i w tej cierpliwości Boga wobec Izraelitów).

Często w swoim życiu zachowuję się jak Jonasz, który najchętniej ukryłby się przed Bogiem, wszedł w takie miejsce, by mnie Bóg nie zobaczył. Albo jak pierwsi ludzie w Eden, gdy się oddalili od Boga. I wiem, że On mnie i tak kocha, ale mi głupio, że mimo Jego miłości ja nie potrafię czasem jej odwzajemnić wobec innych. I wiem, że bardzo często robiąc coś złego przede wszystkim krzywdzę i szkodzę samemu sobie. To nie jest tak, że muszę robić dobre rzeczy, bo to coś Bogu nagle da. Ja je muszę robić, przede wszystkim dla siebie, bo to mnie rozwija i zbliża do Boga. Muszę robić dobre rzeczy, bo mój Bóg jest dobry, i gdy robię rzeczy piękne i budujące, to przekazuję światu to, co On mi dał. Bo On jest Stwórcą i Twórcą, On buduje nie zaś niszczy. I to, co buduje, pochodzi od Niego. Gdy zaś zrobię coś złego, zasmucam Boga, bo On jest moim Ojcem, bo On się o mnie martwi – o to, jak sam sobie szkodzę.

Cierpię z tego powodu. I czasem w tym cierpieniu, w tym bólu, w załamaniu, jest Jego Głos. Mój duchowy autorytet – C.S. Lewis w książce Problem cierpienia napisał, że Bóg nie zsyła na nas cierpienia, On je wykorzystuje. Cierpienie świata tu było już, gdy tylko pierwszy człowiek zgrzeszył. Człowiek przyniósł na świat marność i ona tu jest. Cierpimy, bo taki jest już świat. Bo bardzo często albo sami sobie szkodzimy, albo wyrządzają nam cierpienie inni, albo po prostu dlatego, że choć nie zasłużyliśmy sobie na to, ten świat po prostu już jest marnością (i to by wyjaśniało wiele chorób, które nie muszą być ,,karą za…” ale są konsekwencją tego, że wraz z upadkiem człowieka na świecie jest grzech, ból rodzenia, śmiertelność i choroby). I gdy człowiek cierpi, Bóg może przez to doświadczenie coś mu powiedzieć, skłonić go do pokory, nawrócenia, przewartościowania życia. Gdy jesteś na dnie i trochę spokorniejesz, zaczynasz widzieć nowe rzeczy. Bóg tego cierpienia nie zsyła, On je twórczo wykorzystuje. Zastaje człowieka w bagnie, już w fakcie dokonanym, i próbuje mu pomóc, by jakoś temu zaradzić. Bóg chciałby, żebym się nie pogubił. Ale gdy już upadnę, to On próbuje jakoś tej sytuacji zaradzić, wyciągnąć z niej jak najlepszą rzecz. Dobrze, gdybym nie upadł (On tego nie chciał). Ale jak już upadłem, to Bóg może mi podsunąć jakąś myśl, by te siniaki i rany nie poszły na darmo to może chociaż żebym przy tej okazji coś zrozumiał. Genialna jest metafora Lewisa. On pisze, że cierpienie jest ,,megafonem” Boga.

,,Uświadom to sobie, sobie”

Uświadomienie sobie, że to nie Bóg zsyła cierpienie, jest dla mnie kluczowe. Bo ta myśl mi przypomina, że mój Bóg nie jest mitologicznym bóstwem, które jest okrutne.  To też mnie uwalnia od pogańskiego podejścia do wiary: takiego, które wmawia mi, że jeśli nie odmówię różańca, to spotka mnie kara. Jeśli nie pójdę do kościoła w środku tygodnia (nie w dzień nakazany, gdy mam obowiązek, ale tak ,,po prostu”) to coś złego mnie spotka. A gdy zdarzy mi się coś przykrego, to nie będę sobie wmawiał, że ,,to dlatego, że miałem przed wyjściem posłuchać religijnej piosenki, a wybrałem jakiś pop”. W relacjach ludzkich miłość oparta na strachu i lęku, daleka jest od miłości prawdziwej. Z miłości do Boga powinienem odmówić dodatkową modlitwę, odwiedzić kościół, posłuchać dobrych treści chwalących Boga. Z miłości powinienem ,,chcieć”, nie ze strachu ,,musieć”.

Piszę to, bo bardzo często przychodzą mi do głowy takie myśli, że może ta przykra rzecz zdarzyła się, bo zrobiłem coś złego, albo właśnie czegoś nie zrobiłem. Gdy spotyka kogoś z moich bliskich cierpienie, że to nie jest kara, ale taki po prostu już jest świat. I choć wiem, że On wtedy jest blisko i czasem chce mi coś przez to doświadczenie powiedzieć, umocnić relację z Nim lub z drugim człowiekiem, pozwolić coś docenić, muszę sobie ponownie uświadamiać, że Bóg, w którego wierzę, nie siedzi z notatnikiem i programem lojalnościowym hipermarketu i nie działa na zasadzie: ,,za dwa różańce i siedem minut pobożnej piosenki odsunę chorobę, a jak doda do tego jeszcze nieszpory i kompletę, to ma w bonusie spokój na kolejny tydzień”. Nie mówię tu o modlitwie błagalnej, albo w czyjejś intencji, nie mówię o prośbie o cud albo jakąś łaskę. Mówię o patrzeniu na Boga w sposób pogański: jak na okrutnika chcącego prezentów, bo jak nie, to będzie kara.

Bóg, w którego wierzę, jest dobry i miłosierny.

Nie wiem, co na to teologia. Nie wiem, co u innych. Wiem, że Bóg, w którego wierzę, jest dobry i miłosierny. Nie chce dla mnie źle i nie cieszy Go moje cierpienie, ale gdy już mnie spotka coś bolesnego, to pomaga mi wyjść z tego, albo chociaż coś z tego wynieść, co przyczyni się do mojego wzrostu. Wiem, że jest potężny, mocny i ma taką moc, że może to wszystko zniszczyć, ale tego nie robi, bo mnie kocha. Wiem, że złe duchy przed Nim drżą, ale dla ludzi, dla mnie osobiście jest kochanym Tatusiem. Ja w to wierzę.

Bóg, w którego wierzę, jest dobry i miłosierny.Kolejny raz sobie o tym przypominam, gdy ból i cierpienie spotyka kogoś z moich bliskich, a więc i mnie. Wiem, że taki jest po prostu świat – jest w nim cierpienie, które wcale nie musi być karą od Boga. Wtedy słucham, czego ta sytuacja może mnie nauczyć, co Bóg chce mi pokazać i powiedzieć, wykorzystując do tego już zastaną sytuację. Wtedy też, jak Żydzi w niewoli babilońskiej wspominam te wielkie rzeczy, które dotychczas Bóg uczynił w moim życiu i moich bliskich. Te wszystkie beznadziejne sytuacje – te wielkie cuda, i te mniejsze prezenty, które nam dał. Bo jest dobry.

 

Zdjęcie na licencji CC0 pochodzi ze strony: www.pexels.com