Listy do Stepowego Wilka (nr 1): jak zaufać i odnaleźć sens życia?

Public Domain (https://www.publicdomainpictures.net/pictures/50000/nahled/arctic-wolf.jpg)

Mój Drogi Stepowy Wilku,

ta walka trwa, każdego dnia. Jak pewnie Ci wiadomo, korespondencję prowadzą ze sobą przedstawiciele różnych sił duchowych.

Nad naszymi głowami, wokół nas, listy ze sobą wymieniają słudzy ziemskich czeluści, a nawet pozostający z Centralą aniołowie.

Czytałeś pewnie tę niebieską, albo czarcią korespondencję. Postanowiłem, że i ja skorzystam z tej drogi.

Wilku, jesteś w tym trudnym okresie swojego życia, gdy wychodząc z młodości, musisz zmierzyć się ze światem. Słyszałem czasem Twoje pojękiwanie, strach z najmniejszego problemu. Postanowiłem, że musimy obaj popracować nad tym, jak obudzić w Tobie odwagę i nieposkromiony zew wilczego serca. Bo wiesz, Ty mi strasznie przypominasz właśnie takiego stepowego wilczura. Jesteś tuż obok, a jednocześnie z dala, trochę na dystans. W kościele stajesz na końcu, spuszczasz wzrok i mówisz z ufnością: Panie, przecież jestem taki brudny. Od wielu lat masz okresy wewnętrznego zmroku, czas radosnych uniesień przeminął. Teraz jest ufność i właśnie ta dzika, nieposkromiona ufność wiedzie Cię przed Jego ołtarz. Boisz się i kochasz. Kochasz, a jak Piotr lękasz się. Wilku, postanowiłem Ci pomóc, postanowiłem Ci pomóc zrozumieć siebie i innych, odnaleźć sens i nadzieję. I dodać odwagi. Bo On Cię kocha, takiego rozchwianego, poszukującego, lękającego się. Step jest dziki, step jest niebezpieczny, ale gdy go przemierzysz, rozkwitniesz nową naturą. Twoje dzikie serce pomoże Ci przyjąć Jego dar. Twoja nieokiełznana i chwiejna natura zostanie uporządkowana. Wilku, nie poddawaj się!

Nie traćmy więc czasu na zbytnie rozczulanie się nad sobą. Musisz przecież poznać siebie. Tak, wiem, to wszystko już wiesz. Słyszałeś, że jesteś piękny, dobry, mądry, utalentowany, a Twoje życie ma sens. Nie śmiej się. Nie śmiej się, bo uznam, że nigdy tego nie słyszałeś. Really?! Weź mnie człowieku nie osłabiaj (ach te człowieki!) No to wiedz, że to prawda! O, kochany, to my tu pracę u podstaw musimy wykonać! No bo jak mam Ci opowiadać o Jego miłości, skoro Ty nie kochasz siebie. Pamiętaj, bo oto teraz zdradzę Ci sekret. Ale nie takie fiu bździu, ale prawdziwy skarb! I nie podkreślaj go wężykiem, bo jeszcze wiele razy Ci go przekażę (aż się nauczysz na pamięć). Musisz widzieć w innych Boga, ale i w sobie. On Cię kocha, tylko w to uwierz i pokochaj sam siebie. O Jego miłości jeszcze Ci powiem, na sam początek jednak coś o miłości własnej.

Słyszałem, jak zadałeś koleżance pytanie o to, dlaczego są ludzie, którzy żyją tylko z dnia na dzień. Nie są jakoś szczególnie ambitni, niczego od życia nie chcą, niczego nie robią żeby się rozwijać. Wstają rano, piją kawę, oglądają paradokumenty, przejadą się samochodem. I się nie martwią życiem. Mają miłość, zdrowie, kasę, szczęście (jaka by nie była tego definicja). I żyją sobie.

Piszę do Ciebie, bo usłyszałem, że z jednej strony nie chcesz tego przerywać, co już robisz, bo włożyłeś w to pracę. Tylko że jeśli coś nie przynosi efektu, to już uznajesz, że nie ma sensu. No i sam się zastanawiasz, czy na darmo nie marnujesz sił. Też chciałbyś po prostu tak żyć, od pierwszego do pierwszego, rzucić studia i pracować na umowach tymczasowych. Bo schemat jest prosty: 20 dni pracy -> pensja -> praca-> pensja. Nie mieć czasu na wymaganie od siebie. I tylko że jeszcze wierzysz w to, że tak Ci nie wolno robić, bo Twoja praca jeszcze komuś może pomóc i ufasz, że Twoja praca, którą się włożysz teraz, zaowocuje kiedyś.

Wilku, to właśnie jest głos Pana. Bo On chce dla Ciebie jak najlepiej i szepcze Ci subtelnie do ucha to, żebyś się nie poddawał. Racjonalnie tego nie rozumiesz, bo faktycznie, gdy coś nie przynosi efektu, to łatwo się zdemotywować. Wilku, taki schemat życia przyjęli ci, dla których to było wyjście awaryjne, którym w życiu się nie ułożyło i są skazani na taki stan albo poddali się rozpaczy i uciekają w pracę. Proszę, zaufaj tej drodze. Pytaj Boga. Wiem, wiem, czasem wydaje Ci się, że milczy. Przypomnij sobie, no: rusz głową! Pamiętasz te niepokoje, które Cię trawiły, a potem jakoś to było i jakoś się samo ułożyło. On to ułożył. Zaufaj Mu, wiedz, że nawet jeśli coś teraz nie ma sensu, to potem wyda owoce. Rób swoje. Ora et labora! Módl się i pracuj! Pamiętaj o Nim, narysuj sobie rybkę lub zawieść krzyż nad biurkiem, na nadgarstku noś czarny rzemyk, który będzie Ci przypominał o tym, że idziesz swoją drogą, ale On na tej drodze usuwa kamienie.

Bo widzisz, nawet jeśli teraz Cię boli, coś się nie udaje, to jeśli Mu zaufasz, będzie dobrze. I to nie jest pusty slogan, którym pocieszają się koledzy, gdy innego powodu na wyeliminowanie czyjegoś smutku nie widzą (a po chrześcijańsku chcą potrzebującego pocieszyć). Ja nie wiem, jakie są Jego plany. Nie wiem też, dlaczego człowiek cierpi. On cierpiał i umarł na krzyżu, by pokonać ten ból. On nie zsyła cierpienia, bo zło nie pochodzi od Niego. Wilku, zaufaj. Bo gdy zaufasz, to On Cię poprowadzi. I jest z Tobą, gdy cierpisz. A może to okazja do tego, by zbliżyć się do Niego?

To Rogacz wmawia Ci, że jest tak źle, że tylko się położyć i nie wstawać. Że lepiej nie myśleć o jutrze, bo ono tragiczne. Może nawet podsuwa niechciane myśli, mówi Gdzie jest twój Bóg?Pamiętasz, co odpowiedział psalmista?

Czemu jesteś zgnębiona, moja duszo,

i czemu jęczysz we mnie?

Ufaj Bogu, bo jeszcze Go będą wysławiać:

Zbawienie mego oblicza i mojego Boga.

Tylko On zna Twoją drogę. Pamiętasz, ile razy byłeś na samy dnie, a potem okzało się, że wszystko jakoś się ułożyło, a to, czego pragnąłeś, okazało się niepotrzebne i w sumie to fajnie, że nie wyszło, bo tylko byś się na darmo napracował, a to było niekonieczne? Pamiętasz, że wtedy sobie przypominałeś ten fragment, w którym jest mowa o tym, że na co się troszczymy jutrem, skoro mamy dzień dziesiejszy? Że ptaki na niebie są pod Jego opieką, to ludzie tym bardziej. To nie namowa do lenistwa, o nie! Ale o zaufanie Mu i robienie swojego a zaufanie, że On i tak Ci pomoże. W swoim czasie, już może nie teraz. Bo u niego setki i tysiące lat są jak jeden dzień, a jeden dzień jak całe wieki.

Pamiętaj! I wiesz co? Ja widzę, że będę musiał pisać częściej. Myślałem, że wyślemy sobie po widokówce, by się wzajemnie poznać, pozdrowić i pożegnać, a tu będzie trzeba sporo atramentu wylać. Uff… wysprzątałem pokój, mam teraz gdzie przechowywać korespondencję przychodzącą.

Twój Alter Ego

Nie smuć się, przecież TO jest niepojęte

Fot. Public Domain (https://www.publicdomainpictures.net/view-image.php?image=28535&picture=winter-sunset)

 

Nagle zaległa cisza. Nie włączałem jeszcze telewizora, nie przeczytałem wiadomości z kraju i ze świata. Trochę się odciąłem medialnie. Ekonomiści wkrótce zaczną analizować nasze wydatki, w związku z końcem roku podsumują sytuację finansową. Niektórzy dziennikarze i językoznawcy swój pierwszy tekst w nowym roku poświęcą temu, dlaczego mamy dwa tysiące piętnasty, a nie dwutysięczny piętnasty, bo rok 2000 był raz i się skończył. Jeszcze policyjne statystyki, porozsyłane do lokalnych mediów i opisane. I temat Bożego Narodzenia 2014 ucichnie, przynajmniej w mediach, bo o tym, że Słowo przyszło na świat, a świat Go nie przyjął, powiedzą jeszcze kolędy, stajenka w zasięgu ołtarza i ludzie zgromadzeni na Mszy.

Ale poza kościołem świat będzie już żył nowym rokiem, potem karnawałem, studenci sesją, uczniowie szkołą, maturzyści studniówką, pracujący swoim fachem, bezrobotni szukaniem sposobu na kolejny dzień egzystowania.

I co nam pozostało? Chciałoby się powiedzieć, że wspomnienia. Trzy dni spędzone z bliskimi, z samym sobą, z Nim. Szybko przeminęło. Pamiętam, jak czasem walczyłem z utartym święta, święta i po świętach, pisząc w sieci, że ten czas powinien nam towarzyszyć, że Jezus powinien w nas mieszkać każdego dnia. W tym roku już nie walczę. Powiem więcej: nie czuję nawet uczucia pustki po tym, że Święta się skończyły.

Gdy trochę światła przygasły, zrobiło się ciszej, zostałem sam ze sobą, w wieczór Bożego Narodzenia zajrzałem do aktualnego numeru Tygodnika Powszechnego (nr 51-52/2014). W tekście Trzy ucieczki Boga Ryszard Koziołek napisał, że

Prawda o Bożym Narodzeniu jest spóźniona, jak każda prawda. Majaczy nam w poświątecznej melancholii, kiedy prezenty powoli tracą blask, stając się rzeczami, a żółkniejące igły na choince zaczynają być bardziej widoczne. Nie wiemy dokładnie, w czym uczestniczyliśmy, a pewna teatralność naszych zachowań pozwala lepiej odczuć bolesną zwykłość dnia powszedniego, kiedy ze smakami dojadanych potraw w ustach ruszymy do ucieczki lub pościgu, każdy wedle przypisanej mu roli. Ten smutek, który raźno zagadujemy (,,święta, święta i po świętach”), nie jest zły. Święta opowiadają przez nastrój, nie przez wydarzenia. Jeśli są ,,udane”, powstaje żal utraty; poczucie, że dotknęliśmy tylko pozoru, a tak naprawdę nas tam nie było i nigdy nie będzie. (s.18)

Tekst jest trochę nieuporządkowany, bliżej mu do medytacji lub obszernej refleksji połączonej z literackimi przykładami, niż do spójnego artykułu (nawet publicystycznego). Możemy się zgadzać z autorem, albo i nie. Wolna droga. Tylko że właśnie w tym fragmencie uderza to, że próbujemy pojąć coś, co jest niepojęte. Świętujemy tajemnicę, która odsyła nas do stajenki, do żłóbka, do tego dnia, gdy Bóg narodził się na świecie. Nie w pokoju, a w czasie konfliktów. To tak jak i w 2014 roku.

To dlatego powstaje w nas ten smutek, ten żal. Oto przez kilka dni byliśmy dla siebie mili, teraz przyszła rutyna. Trzeba było pójść do pracy, zająć się domem, posprzątać, odłożyć na chwilę na hak wspomnienia i zacząć żyć tym realnych, do bólu niemetafizycznym życiem doczesnym. Tylko że w sercu nadal pozostaje ta radość, ta wyjątkowość. I tak co roku.

Tajemnicę Wcielenia przeżywamy oficjalnie raz do roku, ale żyjemy nią przecież codziennie.  Miłość, gdy już spotkamy, też chcemy powielać. Tylko że nie zdołamy jej w pełni poznać, opisać, zamknąć. Jak z rzeczami egzystencjalnymi: całe życie je poznajemy, chcemy zgłębić, poznać, ogarnąć w humanistycznej żądzy i egoizmie, ale prędzej umrzemy, nim w pełni poznamy. Tworzymy sobie więc pozory, prowizoryczne budynki, szufladki i schematy, żeby jakoś ten świat uporządkować, by mieć w głowie taki bryk dla własnego życia i płynnie przechodzić dalej. Z Bożym Narodzeniem jest podobnie. Gdy przychodzi ten czas, mówimy sobie w głowie: Bóg narodził się, świętujemy Jego narodziny.

Pozostają jednak pytania: co to dla mnie znaczy? Jak żyję z tą prawdą? Czy żyję tymi narodzinami tylko przez trzy dni końca grudnia, czy też cały rok? Co dało światu Wcielenie? Czy ja w ogóle wierzę w to, że Bóg przyszedł na świat w ludzkiej postaci?

No dobrze, ale najpierw pozostaje pytanie o to, czy ja w ogóle wierzę w Boga. Nie w szopkę, piękną choinkę, zapach piernika, atmosferę Pasterki, gdy na legalu mogę wyjść w nocy z domu i się bezkarnie przejść po mieście.

Boże Narodzenie zadaje niełatwe pytania. Te same zada nam później Wielkanoc. To dlatego świętujemy co roku te same wydarzenia z Pisma Świętego. Pytamy się o to, czy my w ogóle, tak na serio, wierzymy.

Bo z Bożym Narodzeniem jest tak, że cały czas jakoś nas wyprzedza, jest tuż obok, może już za nami, a może jeszcze przed? Już nam się wydaje, że przeżyliśmy ten czas dobrze, a potem przychodzi gorzka refleksja i czekamy na kolejny rok, by się poprawić? To tak jak ze spowiedzią: odchodzisz od kratek z wiarą w to, że od teraz to już na sto procent będzie dobrze. I nagle okazuje się, że znowu coś nie wyszło. Jest jednak w powietrzu szansa na nowy los. Bo jeśli poszedłbyś nieskazitelnie czysty przed Jego ołtarz, to co miałby ci wybaczyć? Jak poznałbyś Jego miłosierdzie, bezgraniczne dobro, wiarę w twoje siły?

Jeśli przeżyłbyś święta w stu procentach, nie czułbyś tego smutku po ich zakończeniu, to nie szukałbyś dalej Jego obecności. Skąd poznać, że On istnieje naprawdę? Bo nie jesteś w stanie Go pojąć. Boże Narodzenie właśnie o tym przypomina. I zadaje pytania, na które być może będziesz szukać odpowiedzi jeszcze długo po świętach. Bo one nie mijają, zadają po prostu pytania i czekają na owoc refleksji.

 

Popkultura i wiara