Wszystkie wpisy, których autorem jest Dariusz Okoń

Fascynuje mnie popkultura. Nie wyobrażam sobie też świata bez muzyki i słów. Piszę i amatorsko fotografuję. Jestem też wyznawcą filozofii środka. Przede wszystkim próbuję iść za Jezusem i każdego dnia nawracać się. Wiara jest piękna! Jest drogowskazem, który pokazuje drogę w środku nocy, w ciemnym lesie. Fascynuje mnie C.S. Lewis i Tolkien. Wielkie wow dla nich. Fascynuje mnie też Franciszek z Asyżu i Thomas Merton. Zaglądam też do Ojców Pustyni. Przeżyłem kilka końców świata, każdy z nich był fake newsem, choć naprawdę bolał. Czyli co, zombie żyjący w post-post apo? Piszę, biegam i z tęsknoty za pięknem pożeram sieczkę i inne masowe tworki i podróbki wewnątrz plastiku napełnione powietrzem. Nie dzielę kultury na wysoką i niską, ale na oddziałującą na wnętrze. Rzadko podoba mi się to, czym się jarają krytycy. Im się pewnie nie podoba to, nad czym ja się rozpływam. Może dlatego lubię kicz, który przegryzam wytworem czekoladopodobnym. Słucham rapu, popu, disco, swingu i rocka, metalu i reggae, ale zawsze wracam do ,,Sonaty księżycowej” i Mozartowskiego ,,Requiem”. Chcę więc łączyć wysokie z niskim, wyciągać z tego średnią i mówić, że oto zapraszam do swojego świata. Tylko że nie znam świata, wyruszam więc go poznać. Jak wilk. ,,Jakże mam nie być wilkiem stepowym i obdartym pustelnikiem, skoro żyję w świecie, którego celów nie podzielam, którego radości są mi wszystkie – obce. Nie mogę długo siedzieć w teatrze ani w kinie. Zaledwie mogę przeczytać gazetę, rzadziej współczesną książkę”. (Herman Hesse – ,,Wilk stepowy”). Ten blog to moja wędrówka w czasie rzeczywistym. ,,Rodzimy się, by żyć. Żyjemy, by umierać" - śpiewa Grubson. Niezbyt optymistyczna wizja dla świata, ale nie dla chrześcijanina. W międzyczasie jednak czeka nas wielki challenge największy z możliwych! Dążymy do Celu, to tego wielkiego Celu. Zanim jednak Tam dojdziemy, czeka nas droga. I możemy albo samotnie iść, albo wzajemnie się wspierać, coś od siebie dawać, pomagać. I ja w to wierzę. Chcę czasem też o tym napisać.

Czy można w niedzielę robić zakupy?

fot. CC0; https://www.pexels.com
fot. CC0; https://www.pexels.com

 

Dlaczego handel w niedzielę jest… kontrowersyjny?

To  nie jest tak, że Kościół wtrąca się w twoje życie i decyduje o tym, jak masz żyć. Im byłem starszy tym bardziej przekonywałem się o tym, że ten nakaz zwolnienia w jeden dzień w tygodniu nie ogranicza mnie, ale buduje. Bo im więcej miałem obowiązków, tym bardziej widziałem, że nie mogę ciągle czegoś robić, bo tak się nie da. Bo potrzebna jest w życiu też jakaś higiena psychiki. Że często nawet nie robiąc niczego, nie wyłączamy myślenia. I potrzeba jednego dnia, gdy nie muszę myśleć (choć wtedy, gdy umysł jest wolny, myśli jest więcej).

Przez prawie dekadę wiedziałem, czym jest tylko jedna wolna niedziela. Mój rodzic trzy na cztery weekendy w miesiącu miał wolne. I pracował w hipermarkecie w Warszawie. W takim ogromnym. Jeśli byłeś w Warszawie na zakupach na pewno tam byłeś. Ze swojego okresu dorastania (mniej więcej od 13 roku życia wzwyż) pamiętam, jak ważne było to, żeby całą rodziną móc ze sobą być. Tu nie chodziło o rzeczy wielkie, ale o to, by zjeść wspólny obiad, odwiedzić groby zmarłych, pójść do kościoła, na spacer, obejrzeć film, porozmawiać.

Przez krótki czas sam byłem kasjerem w tym dużym sklepie. Też czasem w niedziele. To nie było tak, że zadzwoniłem i poprosiłem o to, żeby to mnie wystawić. Chciałem pracować, musiałem być i w niedzielę. Tak jest w wielu pracach. Co dla jednych było rodzinną rozrywką (bo na zakupy przychodzą całe rodziny, by pospacerować, niektórzy nawet od razu jedzą ciepły obiad. Jeśli jesz kurczaka z rożna w markecie nie pytaj nigdy, błagam, jak wygląda przyrządzenie tej potrawy i jakiej jakości mięso dostajesz – jedz w ciemno i lepiej nie pytaj, serio).

Nie zrozum mnie źle, nie oceniam i nie piszę o osobach, które mają jeden dzień w tygodniu wolny i pustą lodówkę, ale o tych, dla których niedzielny spacer do marketu to forma rodzinnej rozrywki.

To naprawdę nie jest tak, że ci ludzie przy kasie uśmiechają się i są życzliwi, bo ktoś im każe. Albo że tak się cieszą, że jesteś ich 300 osobą, którą w ciągu ostatnich kilku godzin muszą obsłużyć, i przez osiem godzin ruch ustał tylko na 20 minut, gdy zeszli na przerwę zjeść półtorej kanapki i popić kubkiem herbaty z plastikowej butelki.

Uśmiechają się i próbują być życzliwi, bo wiedzą, że pesymizmem się zaraża. Taka praca? Tak. Nie mówię, że jest to czyjakolwiek wina. Każdy zawód ma swoje ryzyko. Strażak musi się namęczyć, rolnik musi się namęczyć, kasjer musi się namęczyć, nauczyciel musi się namęczyć. Każdy.

Niedziela jednak ma kulturowe konotacje, wszystko z automatu zwalnia, nic nie załatwisz na poczcie, w urzędzie, gdziekolwiek i automatycznie nie wpędzasz się w obowiązki. Dostać wolne w środę a dostać wolne w niedzielę – robi różnicę. W środę załatwisz milion spraw, w niedzielę dłużej pośpisz bo nigdzie ci się nie będzie śpieszyło.

Lubię podejście empatyczne. Widzę, że mój wybór może kogoś odciążyć, więc ja daję tym ludziom wolne. Będą mieć jedną osobę w niedzielę mniej do obsłużenia. I nie restrykcyjnie przestrzegam tego, by nie robić zakupów w niedzielę – od lat. Da się, nie zabrakło mi nigdy niczego ,,nagle”, bo wszystkie niezbędne rzeczy kupiłem wcześniej. Nie jest to więc wymądrzanie niepoparte działaniem.

Nie kupuję, bo widzę tam człowieka, który nie może obejrzeć z dziećmi filmu i porozmawiać przy obiedzie, bo dopóki będą chętni i interes będzie się kręcił, szef nie da mu wolnego. To znaczy da: tyle, ile w kodeksie pracy się należy.

Czasem pracowałem w niedzielę przy rzeczach tzw. ,,koniecznych”, gdzie wiedziałem, że ta moja praca ma realne odniesienie do czyjegoś codziennego życia (nie leczyłem i nie gasiłem pożarów, ale to co wykonywałem, też miało jakieś znamiona misyjności).

Ale pracowałem też w niedzielę z wiedzą, że to co robię, mogło być wykonane w inny dzień, ale szefostwo kazało. Towarzyszy ci wtedy takie poczucie beznadziei i zwątpienia w to, co robisz. Serio.

Nie są to moje idealistyczne wywody, oparte na abstrakcji. Tylko realne doświadczenie – jednostkowe.

Rynku pracy nie zmienisz i niedzielnej pracy też. Ale najprostszy ruch to ograniczyć niedzielne zakupy. To nie są postulaty religijne. Ludzie myślą, że markety otwarte w niedzielę to pokazanie Kościołowi, że jego władza nie jest dominująca. Zwolennicy otwartych w niedzielę marketów myślą, że walczą z Bogiem, Kościołem, księżmi. Nie, oni walczą z drugim człowiekiem. Trochę w tym hipokryzji i braku logiki, bo ci, którzy mówią, że ,,bronią” praw człowieka namawiając do aborcji, in vitro, antykoncepcji, edukacji seksualnej, odbierają wielu polskim rodzinom bliskość.

Bo widać w tym jedną stronę medalu: dajmy ludziom prawo i wolność robienia zakupów w niedzielę. A gdzie druga strona? A gdzie myślenie: pozwólmy ludziom odzyskać godność, odzyskać relacje rodzinne, dać im się poczuć wyjątkowo. Niech wiedzą, że nie są gorszej kategorii. Bo ci, którzy przychodzą do kasy z zakupami często czują się wyżej. Ci obsługujący niżej. Bo ,,oto ja mam wolne, a ty mnie obsłuż”. Naprawdę, nabijając komuś niedzielne zakupy: paczkę chipsów, gumę do żucia i dwie kajzerki, nie czujesz, że oto masz misję i przyczyniasz się do zmiany świata lub ratowania życia ludzkiego. Twój uśmiech tylko coś może zmienić, więc silisz się na autentyczną uprzejmość.

Ja mogę jedynie powiedzieć na swoim przykładzie. To jest tylko moje spostrzeżenie. Refleksja, która pewnie jest mocno polemiczna. Prawo do wolnej niedzieli jest uzdrawiające, takie czysto humanistyczne. Kolejny raz wychodzi na to, że to do czego namawia Kościół to nie jakaś wyrwana od przyziemności abstrakcja, ale coś, co człowiekowi służy – to uniwersalna rzecz, która służyć każdemu niezależnie, czy wierzy czy nie.

Pokój w oczach

Creative Commons 0/fot. https://www.gratisography.com/#0
Creative Commons 0/fot. https://www.gratisography.com/#0

 

– Nie „zdrowaśki”. Po prostu mów. Rozmawiaj jak z kolegą. Módl się. Zobaczysz, jaką radość będziesz czuł z każdą poprawą tak jak ja czuję.

Takie słowa niedawno usłyszałem. Właściwie to zasłyszałem gdzieś z dali. I mocno mnie zastanowiły. Jaka powinna być modlitwa? Jedni mówią, że tzw. formułki dają bezpieczeństwo, bo spisane słowa to słowa sprawdzone. To pewnik, że o herezję, albo zbytnią poufałość nikt modlącego się nie posądzi. Są i tacy, którzy wskazują na modlitwę własną: z głębi serca, szczerą, nawet czasem więc pochmurną. Chodzi o to, żeby się wygadać i porozmawiać. Gdy wychodzisz na kawę ze znajomymi, nie recytujesz im Asnyka, albo nie przemawiasz Mickiewiczowskimi wersami. Mówisz, tak jak czujesz. I jak serce dyktuje. A serce dyktuje szczerość. Ale i szacunek. Dla Boga – Twojego Pana i Ostoi – należny.

Pojawiają się wskazówki: różance, koronki, nowenny, litanie. Medytacja ingacjańska, czytanie Pisma Świętego, akty strzeliste. Czasem modlitwą jest wdech symbolizujący pochwałę Stwórcy i wdzięczność za dar stworzenia. I wydech, który symbolizuje chwilę odejścia z tego świata. Kiedyś tam. Podobno każdy z nas ma w sobie taką ,,rezerwę” – trochę powietrza, które jest tym ,,ostatnim tchnieniem” i uchodzi z nas (może to, teologowie zgańcie mnie, dusza?). Na klęcząco, na siedząco, na leżąco. Albo na krześle, twarzą w Twarz – jak podczas rozmowy z przyjacielem, gdy mówimy do Przyjaciela. I albo całość własnymi słowami, albo trochę formułek a trochę prywatnie, albo zawsze rozpoczynając od: przeproszenia, podziękowania i poproszenia.

Każdy inaczej. Chcę wrócić do zasłyszanej rozmowy.

Te słowa, to mnie utwierdza w tym, ze modlitwa ma moc: nawet jeśli jest to moc wewnętrznego pokoju. To mnie utwierdza, ze Duch wieje kędy chce. Przez tę osobę właśnie przemawiał.

Bo niezależnie od formy, modlitwa daje ukojenie. Wewnętrzne. Pomaga, wyprasza, otacza opieką. Ale przede wszystkim daje wewnętrzny pokój.

Oglądałem ostatnio Fakty, w gorącym okresie rozmów o in vitro. Modlitwa za senatorów urosła do rangi wyśmiania i niepoważności. Pewną panią odpytywano właśnie w tym temacie – pani ze wspólnoty, która modlitewnie otaczała decydujących o ustawie. Oglądam Fakty i czytam czasem Gazetę Wyborczą, i jestem wierzący i mam tradycyjne poglądy. I choć często liberalne obyczajowo, to jednak profesjonalne. Ale widzę czasem manipulację.

Panią „maglowano” a ona spokojnie mówiła, odpowiadała. I opowiadała o tym, w co wierzyła. Z uśmiechem i spokojem. Widać w niej było radość i takie lekkie bycie poza ta doczesnością, bo czuć od niej było siłę modlitw, właśnie tę radość. Bo modlitwa daje radość. Człowiek nią promieniuje, jego oczy cieszą się. A jeśli jest smutny i przygnębiony, to w oczach widać jakąś powagę, pewną nostalgię. Oczy tak wiele mówią. Także o silne modlitwy. Mówiła o tym w Wielkanocnym wywiadzie w Tygodniku Powszechnym Józefa Hennelowa, m.in. o tej sile modlitwy.

Bo modlitwa umacnia. Tak po prostu. A może nie ,,po prostu”, tylko w jakiś cudowny sposób, którego człowiek nie rozumie, ale dostaje.

Listy do Stepowego Wilka (nr 2): Odnaleźć Światło i… nie zginąć w ciemności

https://www.publicdomainpictures.net/pictures/70000/nahled/bonfire-night.jpg

Drogi Wilku,

skąd takie zaskoczenie? Chciało mi się trochę z Ciebie  śmiać, gdy wtedy, na polu, tak się zdziwiłeś. Wyszedłeś późnym wieczorem z kościoła, na dworze było jakoś wybitnie ciemno, jeszcze ciemniej niż zwykle. Śpieszyłeś się do domu, wybrałeś drogę przez las. Zazwyczaj tędy chodziłeś, dziś dopiero poczułeś strach. Znałeś przecież ten fragment psalmu Chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną.. Znasz też inny obrazowy fragment: Lud, który siedział w ciemności, ujrzał światło wielkie, i mieszkańcom cienistej krainy śmierci światło wzeszło.

Wilku, w tym świecie zdominowanym przez obraz, paradoksalnie obraz już nie działa. Ciemny dom, ciemny las, ciemna dusza, noc duszy… to są tylko słowa, za którymi stoi szersze, nawet głębsze znaczenie, ale tak spowszedniały, tak wyblakły, że potrzeba im nadać nowej jakości.
Widzisz, gdy znalazłeś się w tym ciemnym lesie, tak jak Dante w Boskiej komedii, dopiero wtedy poczułeś na swojej skórze ten mrok. Zobaczyłeś, co czuje człowiek, który nagle dostrzega, że nie widzi ścieżki, że ani za sobą ani przed, nie widać niczego ani nikogo. W każdej chwili może wpaść w dół, stracić oko uderzony gałęzią, albo wpadnie na kogoś, kto w tym mroku czai się, by zrobić krzywdę innym.
Gdy powstawały teksty Biblii, nie było latarek, mobilnych aplikacji z lampą błyskową. Mało też kto szedł do lasu z pochodnią lub  świecą.
A obraz ten jest tak wymowny: ciemna dolina. Jeszcze ciemniejsza, niż ten Twój las. Taka dosłownie ciemnica albo też wewnętrzna, duchowa noc, gdy człowiek nie widzi światła, nie widzi sensu, przychodzą mu do głowy depresyjne i pełne zwątpienia myśli.
Wtedy jedyną pomocą jest Światło – Pan i Stwórca, Słońce wschodzące nad złymi i nad dobrymi.
Wilku, dobrze, że znalazłeś się w tym mroku lasu. Mogłeś na własnej skórze poczuć znaczenie tego słowa. I jego kontekst. Bo choćbyś szedł przez mrok, to On jest z Tobą. Wiem,  że czułeś to. Ostatecznie przecież nic się nie stało, wyszedłeś z lasu i doszedłeś do domu (ale proszę, nie próbuj tego już więcej!) Możesz błądzić, tkwić w mroku, wiedz jednak, że On Cię prowadzi. Bo jesteś dla Niego jak ta owca, która jako jedyna spośród setki zaginęła. A On jest Pasterzem. Idzie za Tobą w mrok, podtrzymuje, niesie.
W Twoim  świecie jest taka opowieść o mężczyźnie, który zmagał się z problemami. Już nie wytrzymywał. Mówi więc do Pana: gdzie byłeś, gdy cierpiałem. Gdzie byłeś, gdy odwracając się za siebie na plaży życia, nie widziałem swoich śladów. Pan do niego rzecze: niosłem cię, niosłem cię na swoich rękach. To dlatego wytrzymałeś ból. Niosłem cię na swoich rękach, przeprowadzałem przez rzekę, nie pozwoliłem ci zranić stóp. To dlatego nie widziałeś swoich śladów, zamiast nich, pojawiały się moje. Bolą mnie ramiona, bolą nogi, stopy krwawią. Ale kocham cię, dlatego wyruszyłem w tę podróż.
Wilku, On Cię kocha. Dlatego umarł, dlatego prowadzi Cię przez mroki i ciemności. Wiedz, że jest tuż obok, choć może nie zauważasz Go. Ale On jest.
Idąc spać, powiedz mu w chwili zamknięcia oczu: dobrej nocy! Dzięki!
Powiesz pewnie: tylko tyle? Przed snem odbyłeś długą modlitwę, a zamykając oczy masz mówić tylko trzy wyrazy? Wystarczy. Powiedz Mu jeszcze, że Go kochasz. I nie czekaj na odpowiedź, Ty już ją przecież znasz, tyle razy Ci to powiedział! Nie zapomnij!

Ze stosownymi w takiej sytuacji słowami i uściskami
Twój Ego

Listy do Stepowego Wilka (nr 1): jak zaufać i odnaleźć sens życia?

Public Domain (https://www.publicdomainpictures.net/pictures/50000/nahled/arctic-wolf.jpg)

Mój Drogi Stepowy Wilku,

ta walka trwa, każdego dnia. Jak pewnie Ci wiadomo, korespondencję prowadzą ze sobą przedstawiciele różnych sił duchowych.

Nad naszymi głowami, wokół nas, listy ze sobą wymieniają słudzy ziemskich czeluści, a nawet pozostający z Centralą aniołowie.

Czytałeś pewnie tę niebieską, albo czarcią korespondencję. Postanowiłem, że i ja skorzystam z tej drogi.

Wilku, jesteś w tym trudnym okresie swojego życia, gdy wychodząc z młodości, musisz zmierzyć się ze światem. Słyszałem czasem Twoje pojękiwanie, strach z najmniejszego problemu. Postanowiłem, że musimy obaj popracować nad tym, jak obudzić w Tobie odwagę i nieposkromiony zew wilczego serca. Bo wiesz, Ty mi strasznie przypominasz właśnie takiego stepowego wilczura. Jesteś tuż obok, a jednocześnie z dala, trochę na dystans. W kościele stajesz na końcu, spuszczasz wzrok i mówisz z ufnością: Panie, przecież jestem taki brudny. Od wielu lat masz okresy wewnętrznego zmroku, czas radosnych uniesień przeminął. Teraz jest ufność i właśnie ta dzika, nieposkromiona ufność wiedzie Cię przed Jego ołtarz. Boisz się i kochasz. Kochasz, a jak Piotr lękasz się. Wilku, postanowiłem Ci pomóc, postanowiłem Ci pomóc zrozumieć siebie i innych, odnaleźć sens i nadzieję. I dodać odwagi. Bo On Cię kocha, takiego rozchwianego, poszukującego, lękającego się. Step jest dziki, step jest niebezpieczny, ale gdy go przemierzysz, rozkwitniesz nową naturą. Twoje dzikie serce pomoże Ci przyjąć Jego dar. Twoja nieokiełznana i chwiejna natura zostanie uporządkowana. Wilku, nie poddawaj się!

Nie traćmy więc czasu na zbytnie rozczulanie się nad sobą. Musisz przecież poznać siebie. Tak, wiem, to wszystko już wiesz. Słyszałeś, że jesteś piękny, dobry, mądry, utalentowany, a Twoje życie ma sens. Nie śmiej się. Nie śmiej się, bo uznam, że nigdy tego nie słyszałeś. Really?! Weź mnie człowieku nie osłabiaj (ach te człowieki!) No to wiedz, że to prawda! O, kochany, to my tu pracę u podstaw musimy wykonać! No bo jak mam Ci opowiadać o Jego miłości, skoro Ty nie kochasz siebie. Pamiętaj, bo oto teraz zdradzę Ci sekret. Ale nie takie fiu bździu, ale prawdziwy skarb! I nie podkreślaj go wężykiem, bo jeszcze wiele razy Ci go przekażę (aż się nauczysz na pamięć). Musisz widzieć w innych Boga, ale i w sobie. On Cię kocha, tylko w to uwierz i pokochaj sam siebie. O Jego miłości jeszcze Ci powiem, na sam początek jednak coś o miłości własnej.

Słyszałem, jak zadałeś koleżance pytanie o to, dlaczego są ludzie, którzy żyją tylko z dnia na dzień. Nie są jakoś szczególnie ambitni, niczego od życia nie chcą, niczego nie robią żeby się rozwijać. Wstają rano, piją kawę, oglądają paradokumenty, przejadą się samochodem. I się nie martwią życiem. Mają miłość, zdrowie, kasę, szczęście (jaka by nie była tego definicja). I żyją sobie.

Piszę do Ciebie, bo usłyszałem, że z jednej strony nie chcesz tego przerywać, co już robisz, bo włożyłeś w to pracę. Tylko że jeśli coś nie przynosi efektu, to już uznajesz, że nie ma sensu. No i sam się zastanawiasz, czy na darmo nie marnujesz sił. Też chciałbyś po prostu tak żyć, od pierwszego do pierwszego, rzucić studia i pracować na umowach tymczasowych. Bo schemat jest prosty: 20 dni pracy -> pensja -> praca-> pensja. Nie mieć czasu na wymaganie od siebie. I tylko że jeszcze wierzysz w to, że tak Ci nie wolno robić, bo Twoja praca jeszcze komuś może pomóc i ufasz, że Twoja praca, którą się włożysz teraz, zaowocuje kiedyś.

Wilku, to właśnie jest głos Pana. Bo On chce dla Ciebie jak najlepiej i szepcze Ci subtelnie do ucha to, żebyś się nie poddawał. Racjonalnie tego nie rozumiesz, bo faktycznie, gdy coś nie przynosi efektu, to łatwo się zdemotywować. Wilku, taki schemat życia przyjęli ci, dla których to było wyjście awaryjne, którym w życiu się nie ułożyło i są skazani na taki stan albo poddali się rozpaczy i uciekają w pracę. Proszę, zaufaj tej drodze. Pytaj Boga. Wiem, wiem, czasem wydaje Ci się, że milczy. Przypomnij sobie, no: rusz głową! Pamiętasz te niepokoje, które Cię trawiły, a potem jakoś to było i jakoś się samo ułożyło. On to ułożył. Zaufaj Mu, wiedz, że nawet jeśli coś teraz nie ma sensu, to potem wyda owoce. Rób swoje. Ora et labora! Módl się i pracuj! Pamiętaj o Nim, narysuj sobie rybkę lub zawieść krzyż nad biurkiem, na nadgarstku noś czarny rzemyk, który będzie Ci przypominał o tym, że idziesz swoją drogą, ale On na tej drodze usuwa kamienie.

Bo widzisz, nawet jeśli teraz Cię boli, coś się nie udaje, to jeśli Mu zaufasz, będzie dobrze. I to nie jest pusty slogan, którym pocieszają się koledzy, gdy innego powodu na wyeliminowanie czyjegoś smutku nie widzą (a po chrześcijańsku chcą potrzebującego pocieszyć). Ja nie wiem, jakie są Jego plany. Nie wiem też, dlaczego człowiek cierpi. On cierpiał i umarł na krzyżu, by pokonać ten ból. On nie zsyła cierpienia, bo zło nie pochodzi od Niego. Wilku, zaufaj. Bo gdy zaufasz, to On Cię poprowadzi. I jest z Tobą, gdy cierpisz. A może to okazja do tego, by zbliżyć się do Niego?

To Rogacz wmawia Ci, że jest tak źle, że tylko się położyć i nie wstawać. Że lepiej nie myśleć o jutrze, bo ono tragiczne. Może nawet podsuwa niechciane myśli, mówi Gdzie jest twój Bóg?Pamiętasz, co odpowiedział psalmista?

Czemu jesteś zgnębiona, moja duszo,

i czemu jęczysz we mnie?

Ufaj Bogu, bo jeszcze Go będą wysławiać:

Zbawienie mego oblicza i mojego Boga.

Tylko On zna Twoją drogę. Pamiętasz, ile razy byłeś na samy dnie, a potem okzało się, że wszystko jakoś się ułożyło, a to, czego pragnąłeś, okazało się niepotrzebne i w sumie to fajnie, że nie wyszło, bo tylko byś się na darmo napracował, a to było niekonieczne? Pamiętasz, że wtedy sobie przypominałeś ten fragment, w którym jest mowa o tym, że na co się troszczymy jutrem, skoro mamy dzień dziesiejszy? Że ptaki na niebie są pod Jego opieką, to ludzie tym bardziej. To nie namowa do lenistwa, o nie! Ale o zaufanie Mu i robienie swojego a zaufanie, że On i tak Ci pomoże. W swoim czasie, już może nie teraz. Bo u niego setki i tysiące lat są jak jeden dzień, a jeden dzień jak całe wieki.

Pamiętaj! I wiesz co? Ja widzę, że będę musiał pisać częściej. Myślałem, że wyślemy sobie po widokówce, by się wzajemnie poznać, pozdrowić i pożegnać, a tu będzie trzeba sporo atramentu wylać. Uff… wysprzątałem pokój, mam teraz gdzie przechowywać korespondencję przychodzącą.

Twój Alter Ego

Nie smuć się, przecież TO jest niepojęte

Fot. Public Domain (https://www.publicdomainpictures.net/view-image.php?image=28535&picture=winter-sunset)

 

Nagle zaległa cisza. Nie włączałem jeszcze telewizora, nie przeczytałem wiadomości z kraju i ze świata. Trochę się odciąłem medialnie. Ekonomiści wkrótce zaczną analizować nasze wydatki, w związku z końcem roku podsumują sytuację finansową. Niektórzy dziennikarze i językoznawcy swój pierwszy tekst w nowym roku poświęcą temu, dlaczego mamy dwa tysiące piętnasty, a nie dwutysięczny piętnasty, bo rok 2000 był raz i się skończył. Jeszcze policyjne statystyki, porozsyłane do lokalnych mediów i opisane. I temat Bożego Narodzenia 2014 ucichnie, przynajmniej w mediach, bo o tym, że Słowo przyszło na świat, a świat Go nie przyjął, powiedzą jeszcze kolędy, stajenka w zasięgu ołtarza i ludzie zgromadzeni na Mszy.

Ale poza kościołem świat będzie już żył nowym rokiem, potem karnawałem, studenci sesją, uczniowie szkołą, maturzyści studniówką, pracujący swoim fachem, bezrobotni szukaniem sposobu na kolejny dzień egzystowania.

I co nam pozostało? Chciałoby się powiedzieć, że wspomnienia. Trzy dni spędzone z bliskimi, z samym sobą, z Nim. Szybko przeminęło. Pamiętam, jak czasem walczyłem z utartym święta, święta i po świętach, pisząc w sieci, że ten czas powinien nam towarzyszyć, że Jezus powinien w nas mieszkać każdego dnia. W tym roku już nie walczę. Powiem więcej: nie czuję nawet uczucia pustki po tym, że Święta się skończyły.

Gdy trochę światła przygasły, zrobiło się ciszej, zostałem sam ze sobą, w wieczór Bożego Narodzenia zajrzałem do aktualnego numeru Tygodnika Powszechnego (nr 51-52/2014). W tekście Trzy ucieczki Boga Ryszard Koziołek napisał, że

Prawda o Bożym Narodzeniu jest spóźniona, jak każda prawda. Majaczy nam w poświątecznej melancholii, kiedy prezenty powoli tracą blask, stając się rzeczami, a żółkniejące igły na choince zaczynają być bardziej widoczne. Nie wiemy dokładnie, w czym uczestniczyliśmy, a pewna teatralność naszych zachowań pozwala lepiej odczuć bolesną zwykłość dnia powszedniego, kiedy ze smakami dojadanych potraw w ustach ruszymy do ucieczki lub pościgu, każdy wedle przypisanej mu roli. Ten smutek, który raźno zagadujemy (,,święta, święta i po świętach”), nie jest zły. Święta opowiadają przez nastrój, nie przez wydarzenia. Jeśli są ,,udane”, powstaje żal utraty; poczucie, że dotknęliśmy tylko pozoru, a tak naprawdę nas tam nie było i nigdy nie będzie. (s.18)

Tekst jest trochę nieuporządkowany, bliżej mu do medytacji lub obszernej refleksji połączonej z literackimi przykładami, niż do spójnego artykułu (nawet publicystycznego). Możemy się zgadzać z autorem, albo i nie. Wolna droga. Tylko że właśnie w tym fragmencie uderza to, że próbujemy pojąć coś, co jest niepojęte. Świętujemy tajemnicę, która odsyła nas do stajenki, do żłóbka, do tego dnia, gdy Bóg narodził się na świecie. Nie w pokoju, a w czasie konfliktów. To tak jak i w 2014 roku.

To dlatego powstaje w nas ten smutek, ten żal. Oto przez kilka dni byliśmy dla siebie mili, teraz przyszła rutyna. Trzeba było pójść do pracy, zająć się domem, posprzątać, odłożyć na chwilę na hak wspomnienia i zacząć żyć tym realnych, do bólu niemetafizycznym życiem doczesnym. Tylko że w sercu nadal pozostaje ta radość, ta wyjątkowość. I tak co roku.

Tajemnicę Wcielenia przeżywamy oficjalnie raz do roku, ale żyjemy nią przecież codziennie.  Miłość, gdy już spotkamy, też chcemy powielać. Tylko że nie zdołamy jej w pełni poznać, opisać, zamknąć. Jak z rzeczami egzystencjalnymi: całe życie je poznajemy, chcemy zgłębić, poznać, ogarnąć w humanistycznej żądzy i egoizmie, ale prędzej umrzemy, nim w pełni poznamy. Tworzymy sobie więc pozory, prowizoryczne budynki, szufladki i schematy, żeby jakoś ten świat uporządkować, by mieć w głowie taki bryk dla własnego życia i płynnie przechodzić dalej. Z Bożym Narodzeniem jest podobnie. Gdy przychodzi ten czas, mówimy sobie w głowie: Bóg narodził się, świętujemy Jego narodziny.

Pozostają jednak pytania: co to dla mnie znaczy? Jak żyję z tą prawdą? Czy żyję tymi narodzinami tylko przez trzy dni końca grudnia, czy też cały rok? Co dało światu Wcielenie? Czy ja w ogóle wierzę w to, że Bóg przyszedł na świat w ludzkiej postaci?

No dobrze, ale najpierw pozostaje pytanie o to, czy ja w ogóle wierzę w Boga. Nie w szopkę, piękną choinkę, zapach piernika, atmosferę Pasterki, gdy na legalu mogę wyjść w nocy z domu i się bezkarnie przejść po mieście.

Boże Narodzenie zadaje niełatwe pytania. Te same zada nam później Wielkanoc. To dlatego świętujemy co roku te same wydarzenia z Pisma Świętego. Pytamy się o to, czy my w ogóle, tak na serio, wierzymy.

Bo z Bożym Narodzeniem jest tak, że cały czas jakoś nas wyprzedza, jest tuż obok, może już za nami, a może jeszcze przed? Już nam się wydaje, że przeżyliśmy ten czas dobrze, a potem przychodzi gorzka refleksja i czekamy na kolejny rok, by się poprawić? To tak jak ze spowiedzią: odchodzisz od kratek z wiarą w to, że od teraz to już na sto procent będzie dobrze. I nagle okazuje się, że znowu coś nie wyszło. Jest jednak w powietrzu szansa na nowy los. Bo jeśli poszedłbyś nieskazitelnie czysty przed Jego ołtarz, to co miałby ci wybaczyć? Jak poznałbyś Jego miłosierdzie, bezgraniczne dobro, wiarę w twoje siły?

Jeśli przeżyłbyś święta w stu procentach, nie czułbyś tego smutku po ich zakończeniu, to nie szukałbyś dalej Jego obecności. Skąd poznać, że On istnieje naprawdę? Bo nie jesteś w stanie Go pojąć. Boże Narodzenie właśnie o tym przypomina. I zadaje pytania, na które być może będziesz szukać odpowiedzi jeszcze długo po świętach. Bo one nie mijają, zadają po prostu pytania i czekają na owoc refleksji.