Archiwum kategorii: szkiełko i oko

Panie, jeśli masz przyjść powtórnie, to najlepiej w Boże Narodzenie, albo może dzień po

Totalnie nie czuję ,,magii” świąt, klimatu ,,tych dni”. Pogoda jest w tym adwencie jak w Wielkim Poście, czyli tak już post-zimowo. Może to wina pogody, może to natłok obowiązków w pracy. Chyba przede wszystkim nie czuję tego, że nadchodzi Boże Narodzenie. Jest po prostu tak zwyczajnie.

Czytaj dalej Panie, jeśli masz przyjść powtórnie, to najlepiej w Boże Narodzenie, albo może dzień po

Pełnia kobiecości pełna piękna

 

Na pewnej aukcji internetowej spodobała mi się reprodukcja Ikony. Matka Boża w odcieniach czerwieni, żółtego, brązu i pomarańczowego. To barwy późnego lata, prawie złotej jesieni, która przychodzi z wrześniem. Lubię patrzeć na ten obraz w dniu Wniebowzięcia Maryi, te barwy przypominają mi o bukietach z ziół i Matce Bożej Zielnej. Jest w tym obrazie piękno i radość. Wstyd się przyznać, ale nie bardzo znam się na obrazach. Szukając w sieci tytułu Ikony okazało się, że to Matka Boska Bolesna. Piękno, ale i smutek. Maryja uczy radości, ale pomaga też w przeżywaniu tych chwil zwątpienia, straty, zagubienia, niezrozumienia – tego, co ludzkie.

Czytaj dalej Pełnia kobiecości pełna piękna

Boga nie męczy machanie do nas

Późny wieczór, biegnę po chodniku, z naprzeciwka nadbiega drugi nocny przemierzacz miasta. Pokonuję jakąś wewnętrzną blokadę i zgodnie z biegowym zwyczajem podnoszę prawą dłoń w geście pozdrowienia. Biegacz  popatrzył na mnie z politowaniem i oburzeniem i odbiegł, nasze spojrzenia na szczęście spotkały się tylko na sekundę. Poczułem się dziwnie i tylko nabiłem sobie głowę. Bo jak to, bo ja do niego z pozdrowieniem, z gestem, a on nic? Może już od teraz mam się z nikim nie witać na ścieżce, bo może znowu ktoś mnie odtrąci?

Czytaj dalej Boga nie męczy machanie do nas

Bóg w którego wierzę jest dobry, nie okrutny

Do mojego Boga mówię czasem wprost:  ,,Tatusiu”. Jest potężnym Panem, Stwórcą mającym moc nad światem, a złe duchy i największe szkodniki duchowe drżą przed Nim i boją się Go. Mój Pan – nasz Pan – jest wielki i ma moc. Ale dla mnie jest troskliwym Tatusiem.  I mam też ,,podkładkę” Biblijną. Po aramejsku ,,abba” oznacza ,,ojczulku”.

Czytaj dalej Bóg w którego wierzę jest dobry, nie okrutny

Mów do mnie Panie, i w rapie, i na Instagramie

Bóg do nas przemawia. Czasem Go słyszymy, a czasem nie. Nie wiem od czego to zależy, no bo przecież nie zawsze od naszej niechęci. Nie zawsze też od zabiegania. Czasem Go nie słyszymy, bo się boimy, bo nie mamy stuprocentowej pewności. Wiele razy po kilku miesiącach uderzam się w głowę, czując coś w stylu: ,,aaa, to o to chodziło. To dlatego mi nie wyszło, bo…, a więc wszystko się teraz układa”. Serio, w ostrożności potrafię zajść daleko, ale są takie chwile, gdy wszystkie kropki zaczynają mi się łączyć. I wtedy sobie myślę, że chyba kolejny raz nie usłyszałem Głosu. A wierzę, nie mam wiedzy tylko właśnie przekonanie lub wiarę, że Bóg chce mi coś powiedzieć. Skąd wiem? Bo czuję wtedy, że to coś dobrego, coś budującego, coś motywującego do działania, albo do nadziei. Nie wiem, po prostu wtedy wierzę, że to On. Ale muszę wtedy być ostrożny, bo zawsze gdy Go słyszę, On wykorzystuje do tego mój język – język popkultury.

Czytaj dalej Mów do mnie Panie, i w rapie, i na Instagramie

Czy można w niedzielę robić zakupy?

fot. CC0; https://www.pexels.com
fot. CC0; https://www.pexels.com

 

Dlaczego handel w niedzielę jest… kontrowersyjny?

To  nie jest tak, że Kościół wtrąca się w twoje życie i decyduje o tym, jak masz żyć. Im byłem starszy tym bardziej przekonywałem się o tym, że ten nakaz zwolnienia w jeden dzień w tygodniu nie ogranicza mnie, ale buduje. Bo im więcej miałem obowiązków, tym bardziej widziałem, że nie mogę ciągle czegoś robić, bo tak się nie da. Bo potrzebna jest w życiu też jakaś higiena psychiki. Że często nawet nie robiąc niczego, nie wyłączamy myślenia. I potrzeba jednego dnia, gdy nie muszę myśleć (choć wtedy, gdy umysł jest wolny, myśli jest więcej).

Przez prawie dekadę wiedziałem, czym jest tylko jedna wolna niedziela. Mój rodzic trzy na cztery weekendy w miesiącu miał wolne. I pracował w hipermarkecie w Warszawie. W takim ogromnym. Jeśli byłeś w Warszawie na zakupach na pewno tam byłeś. Ze swojego okresu dorastania (mniej więcej od 13 roku życia wzwyż) pamiętam, jak ważne było to, żeby całą rodziną móc ze sobą być. Tu nie chodziło o rzeczy wielkie, ale o to, by zjeść wspólny obiad, odwiedzić groby zmarłych, pójść do kościoła, na spacer, obejrzeć film, porozmawiać.

Przez krótki czas sam byłem kasjerem w tym dużym sklepie. Też czasem w niedziele. To nie było tak, że zadzwoniłem i poprosiłem o to, żeby to mnie wystawić. Chciałem pracować, musiałem być i w niedzielę. Tak jest w wielu pracach. Co dla jednych było rodzinną rozrywką (bo na zakupy przychodzą całe rodziny, by pospacerować, niektórzy nawet od razu jedzą ciepły obiad. Jeśli jesz kurczaka z rożna w markecie nie pytaj nigdy, błagam, jak wygląda przyrządzenie tej potrawy i jakiej jakości mięso dostajesz – jedz w ciemno i lepiej nie pytaj, serio).

Nie zrozum mnie źle, nie oceniam i nie piszę o osobach, które mają jeden dzień w tygodniu wolny i pustą lodówkę, ale o tych, dla których niedzielny spacer do marketu to forma rodzinnej rozrywki.

To naprawdę nie jest tak, że ci ludzie przy kasie uśmiechają się i są życzliwi, bo ktoś im każe. Albo że tak się cieszą, że jesteś ich 300 osobą, którą w ciągu ostatnich kilku godzin muszą obsłużyć, i przez osiem godzin ruch ustał tylko na 20 minut, gdy zeszli na przerwę zjeść półtorej kanapki i popić kubkiem herbaty z plastikowej butelki.

Uśmiechają się i próbują być życzliwi, bo wiedzą, że pesymizmem się zaraża. Taka praca? Tak. Nie mówię, że jest to czyjakolwiek wina. Każdy zawód ma swoje ryzyko. Strażak musi się namęczyć, rolnik musi się namęczyć, kasjer musi się namęczyć, nauczyciel musi się namęczyć. Każdy.

Niedziela jednak ma kulturowe konotacje, wszystko z automatu zwalnia, nic nie załatwisz na poczcie, w urzędzie, gdziekolwiek i automatycznie nie wpędzasz się w obowiązki. Dostać wolne w środę a dostać wolne w niedzielę – robi różnicę. W środę załatwisz milion spraw, w niedzielę dłużej pośpisz bo nigdzie ci się nie będzie śpieszyło.

Lubię podejście empatyczne. Widzę, że mój wybór może kogoś odciążyć, więc ja daję tym ludziom wolne. Będą mieć jedną osobę w niedzielę mniej do obsłużenia. I nie restrykcyjnie przestrzegam tego, by nie robić zakupów w niedzielę – od lat. Da się, nie zabrakło mi nigdy niczego ,,nagle”, bo wszystkie niezbędne rzeczy kupiłem wcześniej. Nie jest to więc wymądrzanie niepoparte działaniem.

Nie kupuję, bo widzę tam człowieka, który nie może obejrzeć z dziećmi filmu i porozmawiać przy obiedzie, bo dopóki będą chętni i interes będzie się kręcił, szef nie da mu wolnego. To znaczy da: tyle, ile w kodeksie pracy się należy.

Czasem pracowałem w niedzielę przy rzeczach tzw. ,,koniecznych”, gdzie wiedziałem, że ta moja praca ma realne odniesienie do czyjegoś codziennego życia (nie leczyłem i nie gasiłem pożarów, ale to co wykonywałem, też miało jakieś znamiona misyjności).

Ale pracowałem też w niedzielę z wiedzą, że to co robię, mogło być wykonane w inny dzień, ale szefostwo kazało. Towarzyszy ci wtedy takie poczucie beznadziei i zwątpienia w to, co robisz. Serio.

Nie są to moje idealistyczne wywody, oparte na abstrakcji. Tylko realne doświadczenie – jednostkowe.

Rynku pracy nie zmienisz i niedzielnej pracy też. Ale najprostszy ruch to ograniczyć niedzielne zakupy. To nie są postulaty religijne. Ludzie myślą, że markety otwarte w niedzielę to pokazanie Kościołowi, że jego władza nie jest dominująca. Zwolennicy otwartych w niedzielę marketów myślą, że walczą z Bogiem, Kościołem, księżmi. Nie, oni walczą z drugim człowiekiem. Trochę w tym hipokryzji i braku logiki, bo ci, którzy mówią, że ,,bronią” praw człowieka namawiając do aborcji, in vitro, antykoncepcji, edukacji seksualnej, odbierają wielu polskim rodzinom bliskość.

Bo widać w tym jedną stronę medalu: dajmy ludziom prawo i wolność robienia zakupów w niedzielę. A gdzie druga strona? A gdzie myślenie: pozwólmy ludziom odzyskać godność, odzyskać relacje rodzinne, dać im się poczuć wyjątkowo. Niech wiedzą, że nie są gorszej kategorii. Bo ci, którzy przychodzą do kasy z zakupami często czują się wyżej. Ci obsługujący niżej. Bo ,,oto ja mam wolne, a ty mnie obsłuż”. Naprawdę, nabijając komuś niedzielne zakupy: paczkę chipsów, gumę do żucia i dwie kajzerki, nie czujesz, że oto masz misję i przyczyniasz się do zmiany świata lub ratowania życia ludzkiego. Twój uśmiech tylko coś może zmienić, więc silisz się na autentyczną uprzejmość.

Ja mogę jedynie powiedzieć na swoim przykładzie. To jest tylko moje spostrzeżenie. Refleksja, która pewnie jest mocno polemiczna. Prawo do wolnej niedzieli jest uzdrawiające, takie czysto humanistyczne. Kolejny raz wychodzi na to, że to do czego namawia Kościół to nie jakaś wyrwana od przyziemności abstrakcja, ale coś, co człowiekowi służy – to uniwersalna rzecz, która służyć każdemu niezależnie, czy wierzy czy nie.

Pokój w oczach

Creative Commons 0/fot. https://www.gratisography.com/#0
Creative Commons 0/fot. https://www.gratisography.com/#0

 

– Nie „zdrowaśki”. Po prostu mów. Rozmawiaj jak z kolegą. Módl się. Zobaczysz, jaką radość będziesz czuł z każdą poprawą tak jak ja czuję.

Takie słowa niedawno usłyszałem. Właściwie to zasłyszałem gdzieś z dali. I mocno mnie zastanowiły. Jaka powinna być modlitwa? Jedni mówią, że tzw. formułki dają bezpieczeństwo, bo spisane słowa to słowa sprawdzone. To pewnik, że o herezję, albo zbytnią poufałość nikt modlącego się nie posądzi. Są i tacy, którzy wskazują na modlitwę własną: z głębi serca, szczerą, nawet czasem więc pochmurną. Chodzi o to, żeby się wygadać i porozmawiać. Gdy wychodzisz na kawę ze znajomymi, nie recytujesz im Asnyka, albo nie przemawiasz Mickiewiczowskimi wersami. Mówisz, tak jak czujesz. I jak serce dyktuje. A serce dyktuje szczerość. Ale i szacunek. Dla Boga – Twojego Pana i Ostoi – należny.

Pojawiają się wskazówki: różance, koronki, nowenny, litanie. Medytacja ingacjańska, czytanie Pisma Świętego, akty strzeliste. Czasem modlitwą jest wdech symbolizujący pochwałę Stwórcy i wdzięczność za dar stworzenia. I wydech, który symbolizuje chwilę odejścia z tego świata. Kiedyś tam. Podobno każdy z nas ma w sobie taką ,,rezerwę” – trochę powietrza, które jest tym ,,ostatnim tchnieniem” i uchodzi z nas (może to, teologowie zgańcie mnie, dusza?). Na klęcząco, na siedząco, na leżąco. Albo na krześle, twarzą w Twarz – jak podczas rozmowy z przyjacielem, gdy mówimy do Przyjaciela. I albo całość własnymi słowami, albo trochę formułek a trochę prywatnie, albo zawsze rozpoczynając od: przeproszenia, podziękowania i poproszenia.

Każdy inaczej. Chcę wrócić do zasłyszanej rozmowy.

Te słowa, to mnie utwierdza w tym, ze modlitwa ma moc: nawet jeśli jest to moc wewnętrznego pokoju. To mnie utwierdza, ze Duch wieje kędy chce. Przez tę osobę właśnie przemawiał.

Bo niezależnie od formy, modlitwa daje ukojenie. Wewnętrzne. Pomaga, wyprasza, otacza opieką. Ale przede wszystkim daje wewnętrzny pokój.

Oglądałem ostatnio Fakty, w gorącym okresie rozmów o in vitro. Modlitwa za senatorów urosła do rangi wyśmiania i niepoważności. Pewną panią odpytywano właśnie w tym temacie – pani ze wspólnoty, która modlitewnie otaczała decydujących o ustawie. Oglądam Fakty i czytam czasem Gazetę Wyborczą, i jestem wierzący i mam tradycyjne poglądy. I choć często liberalne obyczajowo, to jednak profesjonalne. Ale widzę czasem manipulację.

Panią „maglowano” a ona spokojnie mówiła, odpowiadała. I opowiadała o tym, w co wierzyła. Z uśmiechem i spokojem. Widać w niej było radość i takie lekkie bycie poza ta doczesnością, bo czuć od niej było siłę modlitw, właśnie tę radość. Bo modlitwa daje radość. Człowiek nią promieniuje, jego oczy cieszą się. A jeśli jest smutny i przygnębiony, to w oczach widać jakąś powagę, pewną nostalgię. Oczy tak wiele mówią. Także o silne modlitwy. Mówiła o tym w Wielkanocnym wywiadzie w Tygodniku Powszechnym Józefa Hennelowa, m.in. o tej sile modlitwy.

Bo modlitwa umacnia. Tak po prostu. A może nie ,,po prostu”, tylko w jakiś cudowny sposób, którego człowiek nie rozumie, ale dostaje.

Nie smuć się, przecież TO jest niepojęte

Fot. Public Domain (https://www.publicdomainpictures.net/view-image.php?image=28535&picture=winter-sunset)

 

Nagle zaległa cisza. Nie włączałem jeszcze telewizora, nie przeczytałem wiadomości z kraju i ze świata. Trochę się odciąłem medialnie. Ekonomiści wkrótce zaczną analizować nasze wydatki, w związku z końcem roku podsumują sytuację finansową. Niektórzy dziennikarze i językoznawcy swój pierwszy tekst w nowym roku poświęcą temu, dlaczego mamy dwa tysiące piętnasty, a nie dwutysięczny piętnasty, bo rok 2000 był raz i się skończył. Jeszcze policyjne statystyki, porozsyłane do lokalnych mediów i opisane. I temat Bożego Narodzenia 2014 ucichnie, przynajmniej w mediach, bo o tym, że Słowo przyszło na świat, a świat Go nie przyjął, powiedzą jeszcze kolędy, stajenka w zasięgu ołtarza i ludzie zgromadzeni na Mszy.

Ale poza kościołem świat będzie już żył nowym rokiem, potem karnawałem, studenci sesją, uczniowie szkołą, maturzyści studniówką, pracujący swoim fachem, bezrobotni szukaniem sposobu na kolejny dzień egzystowania.

I co nam pozostało? Chciałoby się powiedzieć, że wspomnienia. Trzy dni spędzone z bliskimi, z samym sobą, z Nim. Szybko przeminęło. Pamiętam, jak czasem walczyłem z utartym święta, święta i po świętach, pisząc w sieci, że ten czas powinien nam towarzyszyć, że Jezus powinien w nas mieszkać każdego dnia. W tym roku już nie walczę. Powiem więcej: nie czuję nawet uczucia pustki po tym, że Święta się skończyły.

Gdy trochę światła przygasły, zrobiło się ciszej, zostałem sam ze sobą, w wieczór Bożego Narodzenia zajrzałem do aktualnego numeru Tygodnika Powszechnego (nr 51-52/2014). W tekście Trzy ucieczki Boga Ryszard Koziołek napisał, że

Prawda o Bożym Narodzeniu jest spóźniona, jak każda prawda. Majaczy nam w poświątecznej melancholii, kiedy prezenty powoli tracą blask, stając się rzeczami, a żółkniejące igły na choince zaczynają być bardziej widoczne. Nie wiemy dokładnie, w czym uczestniczyliśmy, a pewna teatralność naszych zachowań pozwala lepiej odczuć bolesną zwykłość dnia powszedniego, kiedy ze smakami dojadanych potraw w ustach ruszymy do ucieczki lub pościgu, każdy wedle przypisanej mu roli. Ten smutek, który raźno zagadujemy (,,święta, święta i po świętach”), nie jest zły. Święta opowiadają przez nastrój, nie przez wydarzenia. Jeśli są ,,udane”, powstaje żal utraty; poczucie, że dotknęliśmy tylko pozoru, a tak naprawdę nas tam nie było i nigdy nie będzie. (s.18)

Tekst jest trochę nieuporządkowany, bliżej mu do medytacji lub obszernej refleksji połączonej z literackimi przykładami, niż do spójnego artykułu (nawet publicystycznego). Możemy się zgadzać z autorem, albo i nie. Wolna droga. Tylko że właśnie w tym fragmencie uderza to, że próbujemy pojąć coś, co jest niepojęte. Świętujemy tajemnicę, która odsyła nas do stajenki, do żłóbka, do tego dnia, gdy Bóg narodził się na świecie. Nie w pokoju, a w czasie konfliktów. To tak jak i w 2014 roku.

To dlatego powstaje w nas ten smutek, ten żal. Oto przez kilka dni byliśmy dla siebie mili, teraz przyszła rutyna. Trzeba było pójść do pracy, zająć się domem, posprzątać, odłożyć na chwilę na hak wspomnienia i zacząć żyć tym realnych, do bólu niemetafizycznym życiem doczesnym. Tylko że w sercu nadal pozostaje ta radość, ta wyjątkowość. I tak co roku.

Tajemnicę Wcielenia przeżywamy oficjalnie raz do roku, ale żyjemy nią przecież codziennie.  Miłość, gdy już spotkamy, też chcemy powielać. Tylko że nie zdołamy jej w pełni poznać, opisać, zamknąć. Jak z rzeczami egzystencjalnymi: całe życie je poznajemy, chcemy zgłębić, poznać, ogarnąć w humanistycznej żądzy i egoizmie, ale prędzej umrzemy, nim w pełni poznamy. Tworzymy sobie więc pozory, prowizoryczne budynki, szufladki i schematy, żeby jakoś ten świat uporządkować, by mieć w głowie taki bryk dla własnego życia i płynnie przechodzić dalej. Z Bożym Narodzeniem jest podobnie. Gdy przychodzi ten czas, mówimy sobie w głowie: Bóg narodził się, świętujemy Jego narodziny.

Pozostają jednak pytania: co to dla mnie znaczy? Jak żyję z tą prawdą? Czy żyję tymi narodzinami tylko przez trzy dni końca grudnia, czy też cały rok? Co dało światu Wcielenie? Czy ja w ogóle wierzę w to, że Bóg przyszedł na świat w ludzkiej postaci?

No dobrze, ale najpierw pozostaje pytanie o to, czy ja w ogóle wierzę w Boga. Nie w szopkę, piękną choinkę, zapach piernika, atmosferę Pasterki, gdy na legalu mogę wyjść w nocy z domu i się bezkarnie przejść po mieście.

Boże Narodzenie zadaje niełatwe pytania. Te same zada nam później Wielkanoc. To dlatego świętujemy co roku te same wydarzenia z Pisma Świętego. Pytamy się o to, czy my w ogóle, tak na serio, wierzymy.

Bo z Bożym Narodzeniem jest tak, że cały czas jakoś nas wyprzedza, jest tuż obok, może już za nami, a może jeszcze przed? Już nam się wydaje, że przeżyliśmy ten czas dobrze, a potem przychodzi gorzka refleksja i czekamy na kolejny rok, by się poprawić? To tak jak ze spowiedzią: odchodzisz od kratek z wiarą w to, że od teraz to już na sto procent będzie dobrze. I nagle okazuje się, że znowu coś nie wyszło. Jest jednak w powietrzu szansa na nowy los. Bo jeśli poszedłbyś nieskazitelnie czysty przed Jego ołtarz, to co miałby ci wybaczyć? Jak poznałbyś Jego miłosierdzie, bezgraniczne dobro, wiarę w twoje siły?

Jeśli przeżyłbyś święta w stu procentach, nie czułbyś tego smutku po ich zakończeniu, to nie szukałbyś dalej Jego obecności. Skąd poznać, że On istnieje naprawdę? Bo nie jesteś w stanie Go pojąć. Boże Narodzenie właśnie o tym przypomina. I zadaje pytania, na które być może będziesz szukać odpowiedzi jeszcze długo po świętach. Bo one nie mijają, zadają po prostu pytania i czekają na owoc refleksji.